Alicya w Krainie Słów


Drogę gubią ci, którzy obracają się za siebie


Koniec nie nadejdzie


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


Wieczór z rekinem #5 Surferka i Szczęki

Nie atakuj rekina, chyba, że masz pewność, iż on ma zamiar zaatakować ciebie. Ta rada Beara Gryllsa to prawdziwa perełka. Zwłaszcza gdy dopasujemy ją do sytuacji, w której w nierównej walce ściera się uzębiona po płetwy maszyna do zabijania i chuderlawa surferka. Szanse tej drugiej na przetrwanie wydają się być zerowe. Nie należy jednak zapominać, że człowiek również jest drapieżnikiem. I chociaż dziewczyna pozbawiona jest broni (mięśni w sumie także), a woda nie jest jej naturalnym środowiskiem bytowania, to bestia sporo się napoci próbując ją spałaszować.

Koszmar zaczyna się sielankowo. Amerykanka przybywa do Meksyku by odnaleźć tajemniczą, dziką plażę. To miejsce ma dla niej szczególne znaczenie, gdyż wiele lat wcześniej odkryła je jej matka. Ta nostalgiczna podroż ma pomóc Nancy pogodzić się z jej śmiercią. Trzeba przyznać, że dziewicza zatoczka wydaje się być doskonałym schronieniem przed żalem, rozterką i szarą codziennością. Swój magiczny urok zawdzięcza między innymi temu, że jest wyludniona. Nie przetaczają się przez nią chmary turystów, nie ma śmieci, barów ani budek z lodami. Po prostu cisza, spokój, deska i szansa na niezakłócone niczym obcowanie z majestatycznym pięknem natury. Sytuacja niestety tylko wydaje się idealna, ma bowiem jeden drobny minus: nikt nie zobaczy, że Nancy jest w niebezpieczeństwie. Chwile, które miała spędzić sama ze swoimi myślami zostają brutalnie przerwane przez atak samozwańczego właściciela zatoczki. Od tego momentu zaczyna się zacięta walka o przetrwanie. Rekin nie szuka niczego na ząb, nawet gdyby, to surferką i tak by sobie nie pojadł. Najzwyczajniej w świecie pilnuje łupu (martwy wieloryb), który gwarantuje mu wyżerkę na dłuższy czas. Nic dziwnego, że eliminuje każdego, kto wkroczy na jego nowe terytorium. Trudno jednak jednoznacznie osądzić, które z nich – Nancy czy żarłacz – miało większego pecha wchodząc drugiemu w drogę….

183-metry-strachu-3Oczywiście od początku, czekaliśmy na to, aż potwór zaatakuje. Ten moment musiał po prostu nastąpić. Nie wiedzieliśmy jednak, jak i kiedy do tego dojdzie. Atrakcyjność widowiska zależy od tego, co z tą oczywistością zrobił reżyser. Trzeba przyznać, że 183 metry strachu (The Shallows) to produkcja, w której fabularny, survivalowy schemat został ciekawie wypełniony. Siła filmu tkwi w bajkowym otoczeniu i w umiejętnym wyeksponowaniu dramatyzmu, jakim charakteryzuje się kameralna rozgrywka. Dodatkowym atutem jest sam rekin, a raczej jego nieobecność. Idąc za radą Stevena Spielberga (ach, te Szczęki) reżyser Jaume Collet-Serra ograniczył jego bytność na ekranie do minimum. Wiemy, że rozjuszony żarłacz cały czas czai się gdzieś pod powierzchnią i to wystarczy. Świadomość obecności niewidocznego dla ofiary niebezpieczeństwa, a także dojmujące poczucie bezradności, wystarczy by widz odczuwał niepokój i z ogromnym napięciem kibicował surferce i – co tu ukrywać – mistrzowi drugiego planu, czyli mewie.

Nasza bohaterka jest niesamowicie zdeterminowana. Mimo ran, głodu i nadciągającego przypływu, który lada moment całkowicie pozbawi ją schronienia, nie traci zimnej krwi i umiejętności analizy sytuacji. Chociaż jedyne co ma to kawałek skały i towarzystwo mewy z przetrąconym skrzydłem, nie zamierza się poddać. Trzeba przyznać, że Blake Lively doskonale odnalazła się w roli „niezniszczalnej”. Poza tym kamera ewidentnie lubi jej wysportowane, smukłe ciało i nie szczędzi nam zbliżeń, tak na jej wdzięki, jak i na odniesione w walce rany.

183-metry-strachu-2Chyba każdy kto zobaczył na ekranie tajemniczą plażę, zapragnął rzucić wszystko i wyjechać właśnie w takie miejsce. Cudowne ujęcia, wymuskane pejzaże i nasycone kolory, czynią z filmu widowisko pełne dopracowanych wizualnie efektów. Nawet mnogość scen prezentujących nam akcję w zwolnionym tempie wydaje się uzasadniona. Niestety można doszukać się tutaj także kilku wpadek: parę razy cyfrowe efekty wyglądają za bardzo sztucznie, pojawia się także nieprawdopodobności, zwłaszcza pod koniec filmu, gdy twórców ponosi wyobraźnia, a rekina nieuzasadniona agresja. Mimo to produkcja się broni, zwłaszcza jako kino czysto rozrywkowe. Nie przeszkadzało mi nawet tym razem polskie tłumaczenie tytułu – oddające jak zwykle naszą narodową fantazję – które z „Płycizny” zrobiło „183 metry strachu”.

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2020 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com