Przytłaczająca bezsilność
Parę dni temu Polskę zmroził CHILD ALERT. Zagięła jedenastolatka. Pomijam już to, jak obrzydliwe wiadro pomyj wylało się na dziewczynkę, a nie na dorosłego (najpewniej, co wynika ze wstępnych ustaleń, zwichrowanego psychicznie) manipulatora – bo, jak widać victim blaming i wyżywanie się na słabszych, to zjawiska, które wciąż mają się u nas dobrze. To na czym chciałabym się skupić, to fakt że w całym tym nieszczęściu system zadziałał sprawnie i wszelkie służby zareagowały w porę. Z tego trzeba się, mimo ogromu wątpliwości, zwyczajnie cieszyć. Bo to daje nadzieję, że również w przyszłości, dzieci będą odnajdywane w porę – całe i zdrowe. Oby.
Ta trudna sytuacja bardzo mocno koreluje z książką Stefana Dardy pt. „Zabij mnie, tato”, w której CHILD ALERT nie został wdrożony, a zrozpaczeni rodzice pozostali z niczym – zbyt długo, aż do ostateczności. Podczas powtórnej lektury, tej trudnej tematycznie i uwrażliwiającej na wielu poziomach, powieści, nie potrafiłam wyrzucić z głowy aktualnie rozgrywających się zdarzeń. Bo jak nie przeżywać głęboko kwestii bezpieczeństwa dzieci i zagrożeń, które na nie czyhają, gdy tuż obok, rozgrywa się czyjaś, realna do bólu, tragedia?
I to chyba właśnie dlatego, dopiero teraz dotarło do mnie na czym polega fenomen tej historii. Jak to się stało, że „Zabij mnie, tato” tak mocno kiedyś do mnie trafiła – i jeszcze mocniej dzisiaj. Okazuje się bowiem, że Darda doskonale rozumie na czym polega budowanie metaforyki powieści na tym poziomie, na którym fikcja przestaje być dla czytelnika już tylko fikcją, a to co przydarza się zmyślonej postaci, przydarza się poniekąd jemu. Potrafi wejść mu do głowy i trafić w jego wrażliwość, mrok, niepokój i lęki… Rozumie jego świat. W skrócie: sprawnie zaciera granice między tym co realne, a literackie.
Ponadto – zanim zaczęło to być modne – mawiało się, że Stefan Darda jest polskim Stephanem Kingiem. Można się z tego typu stwierdzeniem oczywiście nie zgadzać. Chociażby dlatego, że nie lubi się takich porównań, bo np. są tylko marketingową zagrywką, wprowadzają często w błąd, szufladkują autorów i odbierają im autonomiczność. Można też nie mieć z nimi problemu i traktować je, po prostu, jako drogowskazy, dzięki którym trafniej typuje się autorów, po książki których będzie się sięgać. I oddając sprawiedliwość obu tym podejściom, nie da się ukryć, że w przypadku Kinga i Dardy można znaleźć znaczne różnice, ale i u obu pojawiają się także punkty wspólne, takie jak chociażby: mocno rozbudowana warstwa obyczajowa, mnóstwo wątków pobocznych i anegdot, które może i większego (no dobra, żadnego) wypływu na fabułę nie mają, ale budują bardzo szczegółowy świat przedstawiony (taka przewspaniała i absolutna sztuka dla sztuki). Należę do czytelników, którym, jeśli jest to ciekawie napisane, totalnie nie przeszkadza, że autor rozwodzi się przez ileś stron np. nad opisem mijanych na spacerze drzew, jedzenia czy pasty do zębów. Zwyczajnie lubię taki meandryczny sposób snucia opowieści bo to sprawia, że w irracjonalny sposób jestem w stanie lepiej wczuć się w postaci i zrozumieć ich motywacje. Stają się dla mnie nie tylko bohaterami konkretnego wycinka wydarzeń, ale przede wszystkim ludźmi, którzy po prostu gdzieś tam usiłują żyć i przetrwać. Nie bez znaczenia, w tym konkretnym przypadku, pozostaje także fakt, że obaj pisarze w pewnym momencie zdecydowali się odejść trochę od grozy (w rozumieniu grozy) i spróbować swoich sił z „poczciwym” kryminałem. Obaj też postanowili nie hołdować jego najprostszej formule, unikając w ten sposób sztywnego zaszufladkowania, ale nie schematyczności (kryminał jest przecież gatunkiem bardzo konsekwentnym).
Zwolenników jak i przeciwników wyboru takiej drogi nie brakuje. Moim skromnym zdaniem, wbrew tym drugim, Dardzie ten eksperyment się udał. W ostatnim czasie, przeczytałam bowiem kilkanaście kryminałów, które były miałkie, pozbawione finezji lub uroczo naiwne. Akcja, których szła jak po sznurku od punktu A do punktu B, by nagle okazało się, że „zbiegają się okoliczności” i już wiadomo, kto, czemu i gdzie. Wracając do „Zabij mnie, tato”, poczułam znów satysfakcję z lektury i te charakterystyczne mrowienie pod czaszką, którego mi już koszmarnie brakowało. Historia rodziny Szychowiaków i Zdzisława Mokryny, chociaż dostrzegam w niej dozę przesiąkniętej nostalgią życzeniowości, tchnęła we mnie poczucie, że jeszcze gdzieś są ludzie i, że warto. Dla nich, o nich. I, że takie właśnie książki chcę czytać. Takie, które pod płaszczykiem rozrywki, niosą z sobą coś więcej, niż „coś więcej”. Takie, o których można podyskutować.
Trzeba przyznać, że prowokująco bezpośredni tytuł powieści wywołuje niemałą konsternację i autor bardzo długo trzyma nas w nieświadomości co do jego kontekstu. Rozciągając akcję w czasie, dobitnie pokazuje nam, jak ulotne bywa szczęście, jak złudne może okazać się poczucie bezpieczeństwa i, że złe rzeczy często przytrafiają się dobrym ludziom. Zwyrodnialców bowiem nie brakuje i czekają na każdy, najmniejszy błąd, który może uczynnić z kogoś ofiarę. Tak się niestety dzieje w Rykowie, małej miejscowości, z której emerytowany policjant Zdzisław Mokryna uczynił swój nowy dom i w której znalazł rodzinę. Wkraczająca w fazę buntu Wiktoria – córka jego przyjaciela – pewnego feralnego dnia, wybiera spotkanie z znajomymi zamiast niańczenie młodszych sióstr. Te, pozostawione bez opieki, znikają bez śladu. Potem jest już tylko gorzej. Rozpacz, obłęd, wyrzuty sumienia i obojętność. Zawiodła „ustawa o bestiach”, zawiódł system, media. Mokryna nie może bezczynnie patrzeć na rozpad rodziny swojego przyjaciela. Zaczyna więc szukać dziewczynek na własną rękę, bez względu na wszystko. To dojrzały bohater, któremu bliżej niż dalej do pięćdziesiątki. Mający bliskie mi przemyślenia i rozterki. Do tego tak po ludzku przyzwoity, empatyczny, nieoceniający w bezmyślny i krzywdzący sposób, świadomy swych wad, przez co pozwalający mieć je też innym. Wymięty przez życie, ale pozostający człowiekiem. Poczciwina, któremu mimo wszystko lepiej nie wchodzić w drogę. Wszak wraz z odznaką nie odłożył na półkę swoich umiejętności, zacięcia i chęci naprawienia chociaż cząsteczki świata.W tym kontekście nieszczególnie przeszkadzało mi parę grubyminićmiszytości ani nawet hollywoodzkie zakończenie wątku kryminalnego, które trudno, co by nie mówić wpasować w nasze polskie realia. O zakończeniu wątku obyczajowego mogę powiedzieć tyle, że ludzie są różni i reagują różnie. To, że ja bym czegoś nie zrobiła, nie oznacza, że inni tak nie postępują.
Wspomniana powyżej meandryczność, sposób kodowania, dobitny przekaz, zwykła codzienność, bezgraniczny smutek, bolesna tematyka, typowy ale mądry (nie tylko) emocjonalnie bohater, pochwała uważności i głęboka refleksja nad mocą błahych, a brzemiennych w skutki, decyzji. To wszystko sprawia, że moim zdaniem warto po ten kryminał sięgnąć. Jeśli więc lubicie nieśpiesznie toczącą się akcję, lubicie odkrywać więcej niż to tylko koniecznie do zdobycia odpowiedzi na pytanie „kto jest winien?”, jeśli jesteście gotowi na emocje, duszącą niepewność, melancholię oraz zderzenie z prawdą, że szczęście czasami jest nam dane tylko na chwilę, a świat nie jest sprawiedliwy, to z pewnością odnajdziecie się w tej powieści.
[współpraca reklamowa barter]











