Alicya w Krainie Słów

Trwają prace techniczne nad stroną. Niektóre funkcję mogą nie działać poprawnie. Przepraszamy za utrudnienia.


Czytanie rzeczy różnorodnych sprawia największą przyjemność


Drogę gu­bią ci, którzy oglądają się za siebie


Nigdy niekończąca się groza...


Bler. Człowiek ze Światła! Poznaj POLSKIEGO SUPERBOHATERA!


Zapraszamy w pełną grozy podróż z mapą cieni


Czytam, bo lubię grozę


Cały czas byliśmy w Amityville House, serio?

Nawet jak na wytwórnię Asylum, badziew jakich mało. Ten film dzielą całe galaktyki od innych produkcji klasy Z. Jak się pewnie domyślacie, do określenia tego co widziałam zabrakło nawet literek w alfabecie. Miało być The Amityville Haunting a wyszła kiepska parodia Paranormal Activity. Nazwy nawiedzonego domu użyto chyba tylko po to by przyciągnąć uwagę potencjalnych widzów, łaknących wciąż więcej i więcej wersji ekscytującej historii z Amityville w roli głównej.

Na początku serwuje nam się wstęp, który pewnie miał być mocnym uderzeniem rozbudzającym w nas apetyt na więcej. Dwie parki postanawiają urządzić sobie imprezę w domu owianym złą sławą i się przy tym nieźle zabawić. Ich upojna noc trwa jednak kilka minutek, bo najwyraźniej gospodarz nie lubi, gdy mu się pijane nastolatki pałętają po pokojach. Wydarzenia te nijak nie zazębiają się  z dalszą historią. Jedyne co wnoszą, to telefon z nagraniem, który znajdują nowi lokatorzy (i oczywiście nic sobie z tego nie robią). Wstęp to także jedyna okazja do tego by widz zobaczył przez sekundę cycki. Zdecydowanie lepiej byłoby gdyby te parę minut funkcjonowało jako krótkometrażówka dyndająca gdzieś na krańcach internetu. Wpakowanie ich do The Amityville Haunting jest nieporozumieniem (zresztą, tak jak cała produkcja).

Potem jest już tylko gorzej. Bzdurna fabułka z którą przyjdzie nam zmierzyć się zaraz po wstępie, każe bohaterom wspiąć się na wyżyny naiwności i głupoty. Wyobraźcie sobie bowiem, że świadomie kupujecie dom w którym dokonano brutalnego morderstwa (to jest już hardcore sam w sobie), na dokładkę wasze wymarzone gniazdko podobno jest nawiedzone. Sceptycy twardo stąpający po ziemi raczej się takimi duperelami nie przejmują. Rodzinie Bensonów najwyraźniej rzeź, która miała tutaj miejsce nie przeszkadza, trudno się więc dziwić, że uparcie ignorują także kolejne ostrzeżenia od gnieżdżącej się murach złej siły, która ostrzy sobie na nich zęby. Zanim się w ogóle wprowadzą, praktycznie na progu domu, ginie sprzedająca im go agentka nieruchomości. W trakcie przeprowadzki gość z ekipy transportowej spada ze schodów i żegna się z tym światem. Następnie znika nowy „kolega” obowiązkowo zbuntowanej, bo dorastającej córki Melanie. Jakby tego było mało, prąd zabija przyjaciela pana domu. Gdyby ktoś miał wątpliwości i potrzebował dowodów: wszystkie emanacje nagrywa najmłodszy członek rodziny Tyler (tak, ten film to found footage).

Co można zrobić w takiej sytuacji? Oczywiście opcja „wiać gdzie nogi poniosą” nie wchodzi w grę, gdyż byłoby to wbrew horrorowej logice. Ewentualnie można więc poradzić się jakiegoś egzorcysty lub podpalić dom licząc na pieniądze z ubezpieczenia. Wszystko wydaje się rozsądniejsze od pozostania na miejscu. Niestety w tym wypadku Douglas, głowa domu, gdy już mniej więcej dotrze do niego co się dzieje, postanawia nakupić świeczek i krzyży (chciał chyba żeby demon umarł ze śmiechu) i walczyć solo.

Ładu i składu się to wszystko nie trzyma, nudne to jak flaki z olejem, a sceny które miały zaskakiwać są przewidywalne. Aktorzy wzięli udział w produkcji, chyba po to by umorzono im mandaty za jeżdżenie na gapę. Nawet jak na found footage, które zazwyczaj maskuje takie niedoskonałości, ich gra jest tragiczna. Mam wrażenie, że reżyser, Geoff Meed, wykazał się totalną ignorancją i pomylił filmy na których planował się wzorować. Podsumowując: kompletna strata czasu.

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2017 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com