Alicya w Krainie Słów


Drogę gubią ci, którzy obracają się za siebie


Koniec nie nadejdzie


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


Apokalipsa zombie w peerelowskim stylu? Czemu nie!

Cofnijmy się do 1963 roku. Czasów, gdy posiadanie telefonu stacjonarnego dla wielu pozostawało odległym i często nieosiągalnym marzeniem, rozmowy zamawiało się przez centralę, o smartfonach czy internecie nikomu się jeszcze nie śniło, a informacje podawane w prasie, radiu i telewizji były skrupulatnie wyselekcjonowane – no i na takowe trzeba było oczywiście trochę poczekać. Ponadto w sierpniu 1963 roku, we Wrocławiu, wybuchła jedna z ostatnich epidemii czarnej ospy na świecie. Do walki z nią powołano większość pracowników służby zdrowia, wprowadzono obowiązkowe szczepienia, zorganizowano izolatoria i szpitale ospowe*. A o zombie, mało kto w polskim grajdołku, dotąd słyszał.

Tyle jeśli chodzi o fakty. Teraz wyobraźcie sobie, że znajdujecie się właśnie w objętym kwarantanną Wrocławiu. Władza ludowa straszy obywateli epidemią (wiadomo, nie tylko) i jesteście odcięci od szybko i łatwo dostępnych informacji. Wiecie tyle, co usłyszycie od innych lub zobaczycie na własne oczy, a w mieście ewidentnie zaczyna dziać się coś niepokojącego. Wojsko urządza kanonadę, włodarze ewakuują się w pośpiechu, podobno atakuje nowa zaraza, która sprawia, że martwi, wcale nie są tak martwi jak powinni…

Dokładnie w takie realia – miasto otoczone kordonem sanitarnym z powodu czarnej ospy -,  w taki stan świadomości – totalnej niepewności i zagubienia -, rzuca czytelnika Robert J. Szmidt. Historia „Szczurów Wrocławia” zaczyna się dla nas w momencie, gdy w jednym z izolatoriów dochodzi do przedziwnych ataków i „zmartwychwstań”. Początkowo nikt nie bierze na poważnie słów naocznych świadków, z czasem okazuje się jednak, że nie dość, że była to prawda, to już nie da się zamieść jej pod dywan. Miasto z minuty na minutę pogrąża się w coraz większym chaosie. A my, czytelnicy, rzucani z miejsca na miejsce, od bohatera do bohatera, jesteśmy tego świadkami: krok po kroku, człowiek po człowieku, zombie po zombie.

Biorąc pod uwagę konstrukcję powieści, autor zaryzykował pewien eksperyment i moim zdaniem taka forma jak najbardziej się broni. Wielotorowy sposób prowadzenia fabuły i wielogłosowość doskonale oddają atmosferę wydarzeń i klimat panujący w opanowywanym przez zombie mieście. Bohaterem staje się tutaj każdy: od wojskowego, lekarza, strażaka po pielęgniarkę, cmentarnego ciecia czy przebywającego we Wrocławiu na wakacjach dzieciaka. Z czasem orientujemy się, że nie ma co się do kolejnych postaci przyzwyczajać, ponieważ Szmidt, po tym gdy sprawi, że się z nimi polubimy, dowiemy o nich sporo i niejedno z nimi przetrwamy, pozwoli popełnić im jakiś fatalny w skutkach błąd. Nigdy nie wiemy jednak kiedy i w jak malowniczy sposób. Element zaskoczenia jest więc tutaj kluczowy i nadaje powieści niepowtarzalną dynamikę. Mnie „Szczury…” przypominały poniekąd grę, w której co chwilę mogę zmieniać „skórki” i wyruszać na kolejne misje bardziej lub mniej (tak częściej) uzbrojona i przygotowana.

Losowość zdarzeń, idiotyczne rozkazy wierchuszki, groza niejasnej sytuacji, przypadkowo splecione łuty szczęścia – to wszystko w pełni oddaje panujący w takich sytuacjach CHAOS. Sytuacja od samego początku nie należy do tych, które można by opanować, więc najlepiej byłoby po prostu brać nogi za pas, ukryć się w jakimś bezpiecznym (ale czy takie istnieje?) miejscu i przeczekać. To się właściwie nikomu nie udaje. A żeby było jeszcze trudniej, autor postanowił nieco podrasować klasycznego zombiaka i te jego wrocławskie wersje mają inne niż standardowe cechy, co czyni je niebezpieczniejszymi i bardziej niezniszczalnymi. Muszę przyznać, że jego koncepcja zombie – ciekawe jak rozwinie się w kolejnych tomach – jest bardzo interesująca. Szczególnie wyrwał mnie z butów tym, co dzieje się, gdy ulegną całopaleniu (czytajcie koniecznie!).

Jest krwawo, niepokojąco i mrocznie. Jak wiele się tutaj dzieje niech uświadomi wam fakt, że cała akcja rozgrywa się w ciągu, zaledwie, 12 godzin. Szalone tempo i hipnotyzująca szarża niefortunnych zdarzeń sprawiają, że od tej sporych gabarytów lektury, trudno się oderwać i od razu chce się sięgnąć po kolejny tom. Jeśli więc nie straszne wam latające w powietrzu flaki i poodrywane kończyny, jesteście fanami wszelakich odmian zombie i w smak wam peerelowskie tło historyczne oraz oryginalne w formie wizje artystyczne, to jest to książka dla was.

Na koniec ciekawostka. Wiecie, że lata sześćdziesiąte w Polsce były nazywane okresem „małej stabilizacji chaosu”? Świetnie to sobie Schmidt obmyślił, prawda?

*Dzięki sprawnym działaniom zarazę udało się opanować dosyć szybko, bo w 97 dni i nie wyrządziła ona też zbyt wielu szkód, ponieważ zabiła „tylko” 7 osób.

[współpraca reklamowa barter]

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2024 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com