Alicya w Krainie Słów

Trwają prace techniczne nad stroną. Niektóre funkcję mogą nie działać poprawnie. Przepraszamy za utrudnienia.


Czytanie rzeczy różnorodnych sprawia największą przyjemność


Drogę gu­bią ci, którzy oglądają się za siebie


Nigdy niekończąca się groza...


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


I tylko koni żal…

Gdy słyszę stwierdzenie, że ten film został nakręcony na faktach, to robi mi się słabo. To co przyszło nam obejrzeć to przecież fikcja: wariacja mitów, domniemań i wyobrażeń. Chyba, że Joel Schumacher podobnie jak bohater Kodu Himmlera wszedł nagle w posiadanie tajnych dokumentów zdradzających szczegóły hitlerowskich eksperymentów, które miały pomóc „rasie panów” zawładnąć światem. Wizja tego, co miałoby być niemiecką, supertajną bronią, tak w przypadku Schumachera, jak i Piotrowskiego jest dosyć ciekawa. Nie będę jednak ukrywała, że wersja polskiego pisarza bardziej przypadła mi do gustu…

Początek filmu zrobił na mnie pozytywne wrażenie. Czarno-biała kolorystyka i skrótowe przedstawienie zdarzeń stworzyły aurę tajemniczości i wzbudziły ciekawość. Rodzinę Wollnerów poznajemy w 1936 roku, w momencie, gdy jej członkowie podejmują najgorszą z możliwych decyzji. Zgadzają się przyjąć pod swój dach, delegowanego z Niemiec profesora Richarda Wirtha (Michael Fassbender). Nie wiedzą, że dostąpili tego zaszczytu nie tylko ze względu na swoje niemieckie pochodzenie, ale głównie z powodu znajdującego się na ich ziemi kamienia runicznego. Wirth wierzy, że w Ameryce pozostawili go jej prawdziwi odkrywcy: Wikingowie. Jego z pozoru niewinne badania okazują się tylko drobnym elementem wielkiego planu (Projekt Kensington), jakim jest stworzenie nadludzko silnej i nieśmiertelnej istoty.

A potem jest już tylko gorzej. Gdy obraz nabiera barw, fabuła, klimat i wszystko co możliwe zaczyna się sypać. Even Marshall, sanitariusz (o czym nie omieszka nam w kółko przypominać) wciąż nie może pozbierać się po zaginięciu brata. Ten zniknął w tajemniczych okolicznościach podczas wspólnego wypadu na ryby. Victor, weteran wojenny, był tym bardziej „udanym” synem, dlatego ojciec ma żal do opiekującego się nim chłopaka, że to nie on zaginął. Z dalszych zdarzeń wynika jednak jasno, że rodzicielskie sympatie nie miały wpływu na siłę więzi jaka łączy braci. Gdy bowiem dzielny sanitariusz po ciężkim dniu (+ Halloween z siostrzeńcami) smacznie sobie śpi, nagle budzi go Victor zarośnięty jak Robinson Crusoe. Pojawia się znikąd, goli nadwyżkę owłosienia, każe bratu wziąć broń i iść ze sobą. A Evan (Henry Cavill) grzecznie pakuje się i bez szemrania podąża za odnalezionym. Kajakiem docierają na farmę Wollnerów i rozpętują tam piekło. Victor ma oczywiście swoje powody by tak postąpić, a Evan za to nie waha się wycelować bez zbędnych pytań broni w tego, kogo wskaże  mu brat.

Ich nagłe wtargnięcie powoduje, że KTOŚ nie dostaje na czas swojego posiłku. Budzi się więc głodny i zły. Niezrozumiała do tej pory dla widza bieganina Victora, który bez większego celu przemierza farmę wzdłuż i w szerz, zostaje na ekranie zastąpiona identyczną, bezsensowną bieganinę nazisty-mumi, który, jak się okazało, czerpie energię z kamienia. Jedynie co różni faceta w czarnym płaszczu od amerykańskiego żołnierza to to, że ten pierwszy nie  może wejść do domu. Nasyła więc na ukrywających się w nim ocalałych, ożywione przez siebie psy-zombie i konie-zombie. Nie mogąc znieść bezsilności, na przemian mamrocze coś pod nosem albo wrzeszczy jak opętany, co powoduje, że jest bardziej śmieszny niż straszny. Bez względu na to, co próbuje zrobić, nie ma szans z superbraćmi. W końcu jeden to żołnierz a drugi to sanitariusz,  taki dream team da kreaturze popalić i na wielki pochowa jej marzenia o potędze. Chaos panujący na ekranie smuci, zwłaszcza, że Wirth naprawdę się stara, potrafi nawet sam sobie rozłupać czaszkę i wydłubać na wierzch trzecie oko. Ale niestety wszystkie jego starania przyćmiewa jego bezładna bieganina po farmie. Jakby nie był tajną hitlerowską bronią, tylko bezradnym dzieckiem zagubionym we mgle…

Jeśli ktoś nosi długi, skórzany, czarny płaszcz, chodzi nienaturalnie wyprostowany, to zapewne jest – złym, okrutnym i podłym – nazistą.  Najwyraźniej taki obraz hitlerowskiego agenta zadomowił się w zbiorowej świadomości. Wystarczy dodać jeszcze błysk szaleństwa w oku, z czym dobry aktor, którym jest Fassbender nie ma raczej problemu i już nie trzeba niczego więcej. Poza nazistowskim mamroczącym do kamienia zaklinaczem zombie-koni, nie mamy tutaj bardziej skomplikowanych postaci. Próbuje się bezcelowo wykrzesać jakąś głębię z Liese (Emma Booth), córki farmerów, która zdradza braciom najwięcej na temat możliwości pokonania wroga. [Uwaga spojler]. Nie rozumiem jednak dlaczego działającą na niego zbroję z kości trzyma w stodole zamiast w chronionym przez runy domu. I informuje braci o jej istnieniu dopiero wtedy, gdy sytuacja jest już dla pozytywnych bohaterów bardzo zła, bo Wirth przeskakuje na wyższy stopnień wtajemniczenia – bo przypadkowo akurat tej nocy jest zaćmienie, czego się nikt nie spodziewał (w XXI wieku…). [Koniec spojlera]. Aktorstwo jest tutaj naprawdę zbyt toporne by można było mówić o jakiejś kreacji postaci. Victor, czyli Dominic Purcell, gra jak zwykle sam siebie, jego ekspresja ogranicza się więc do jednej miny. Chociaż trzeba przyznać, że do roli porywczego i wyżej ceniącego zemstę od wolności faceta, to akurat pasuje.

Montaż również pozostawia sporo do życzenia. Na przykład źle zmontowana została scena, w której jeden z mężczyzn odskakuje spod końskich kopyt, tak sztucznego skoku z przysiadu dawno nie widziałam (no chyba, że na amatorskich filmikach na you tube). Nie przekonuje również miotająca się po podłodze Liese, obok której co chwilę lądują kopyta rozjuszonego konia-zombie. Zbyt wyraźnie widać niedociągnięcia, by podobne akcje mogły wzbudzić napięcie. Na dokładkę zafundowano nam naprawdę kiepskie efekty specjalne. Najlepiej wypadły w Nienasyconym (polski tytuł jak zwykle wymiata) konie. Chociaż rozwalają i gryzą co popadnie, to w scenach, w których nie są wygenerowane komputerowo są po prostu majestatyczne i przepiękne. Ale cóż konie to konie. Naturalnego piękna i gracji nie trzeba poprawiać.

Zbrakło także płynności w przechodzeniu od sceny do sceny. Zbyt wiele razy powtarzał się motyw wyskakującego jak królik z kapelusza rozwiązania sytuacji, co zabiło klimat i spowodowało, że ogląda się te produkcję z dystansem. Co za tym idzie, starszak nie starszy (najbardziej przerażające w całym filmie jest pragnienie Wirtha, by cały świat posługiwał się językiem niemieckim, brrr). Możliwe, że reżyserowi zależało przede wszystkim na utrzymaniu tempa i nie chciał się on bawić w stopniowanie akcji – po prostu od razu, bez ceregieli wrzucił nas w wir zdarzeń. W efekcie powstał bardziej film akcji z demonem-nazistą w tle, niż horror. Żeby nam jednak nie było smutno na pociechę dostaliśmy jeszcze zbroje z kości, osikowy skalpel i upuszczanie krwi.

Jeśli ktoś lubi pędzącą na łeb na szyję akcję i przeszkadzają mu pojawiające się w fabule luki, a do tego lubi jeszcze podumać nad tym do czego byli zdolni naziści, powinien ten film obejrzeć. Tak czy siak wydaje mi się jednak, że to typowa produkcja „w sam raz na raz”.

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2018 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com