Alicya w Krainie Słów


Drogę gubią ci, którzy obracają się za siebie


Koniec nie nadejdzie


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


Bo każda wariatka ma w głowie kwiatka!

Mam Grażynę i nie zawaham się go użyć!

Mowa, rzecz jasna, o pewnym – nie pierwszym lepszym, co to to nie! – kocurze, któremu bliżej do samozwańczego strażnika miejskiej zieleni niż leniwego sierściucha pilnującego miski z chrupciami. Nasz Grażyna bowiem, to pogromca kosiarek, Che Guevara trawników i czuły wielbiciel delikatnych stokrotek. Jako legendarny postrach osiedlowej administracji, nie cofnie się przed niczym, by powstrzymać nieustanną rzeź zieleniątek.

A jest co robić, bo jak większość zarządzających zielenią w tym betonozowym kraju, i administracje osiedlowe, z uporem maniaka ścinają, przycinają i dokaszają wszystko, co ośmieli się wyrosnąć wyżej niż dwa milimetry. Wygląda to trochę tak, jakby od wysokości trawnika zależały losy świata.

I jeśli się tak nad tym głębiej zastanowić, to okazuje się, że jednak zależą. I to nie jednego, ale kilku! Bo im bardziej oni koszą, tym radośniej swoje parchate łapska zaciera Kościej Suchotnik – niszczyciel światów, mroczna pokraka i okrutny zwiastun wiecznej suszy. Demon, który bez mrugnięcia okiem, ale za to z dziką satysfakcją, wysysa życie z roślin i nadzieję z ludzi.

Chociaż Kościej to złol nielichy, to i tak nie na rękę jest mu jakikolwiek ruch oporu. A już na pewno nie taki rozeźlony, bezkompromisowy i futrzasty. Taki, który w każdej poważnej powieści, mógłby odegrać chwalebną rolę chowańca potężnej wiedźmy. Ale cóż, to nie jest poważna powieść, Grażyna to nie rasowy chowaniec, a rzeczona wiedźma woli nie wyściubiać nosa z bezpiecznego balkonu.

Grażyna i balkon chaosu

Choć Grażyna bezapelacyjnie kradnie show, to nie jest on, stety niestety, głównym bohaterem tej opowieści. Tę rolę pełni, totalnie niewydarzona i nieogarnięta, wiedźma balkonowa. Aniela Jasna, jak wielu innych nieszczęśników w dobie kapitalizmu i patpodeweloperki nie ma lekko. Bo kiedy w jej (rejonizacja rządzi) Wiedźmowej Radzie Osiedla zasiadają potężni czarownicy i wiedźmy, odpowiedzialni za politykę, bandyterkę i bezduszny biznes, to ona z tymi jej roślinkami nie może odtrąbić, znaczącego cokolwiek dla reszty towarzystwa, sukcesu. To co robi, nic dla nich nie znaczy – bo czym jest uśmiech i zachwyt nad kwiatkiem, albo umiejętność wyhodowania pomidora w doniczce, skoro nie ma z tego wymiernej korzyści? Szczerze mówiąc, to pozostali członkowie wiedźmiarskiej kompanii mają ją po prostu za pozbawioną talentu histeryczkę i totalną niemotę. Prawda jest jednak taka, że tylko ona – no i my, uwrażliwieni na naturę czytelnicy – dostrzega krótkowzroczność takiego podejścia. W tej powieści jest bowiem, jak w życiu: podejście Rady uosabia bowiem to wszystko, czego jesteśmy świadkami na co dzień. Każdy, kto chociaż trochę interesuje się tematem już dawno dostrzegł, że nie słucha naukowców, aktywistów czy ekspertów ten, kto ma kieszeń szerzej otwartą niż głowę. A Sylwia Dec, ubrała to po prostu w fantastyczny kostium ironii. I w sumie dobrze, bo chyba jedne co nam pozostało, to się z tego wszystkiego pośmiać.

I tak, nasza stłamszona i wypchnięta na margines Anielka, tkwi w poczuciu życiowej porażki, hodując pelargonie i zombie-dżdżownice, spędzając samotnie czas w towarzystwie zmutowanej biedronki, łajduszków (czyli nawiedzonych ogórków śpiewających w kółko przebój Backstreet Boysów), wspomnianego już kociego anarchisty oraz Demoncjusza – sąsiada-pisarza, specjalisty od erotycznych powieści o zombie. I jak tak na nich spojrzeć z boku, to… No cóż, nie jest to dream team na miarę superbohaterów, ale z braku laku muszą nam wystarczyć, kiedy nieubłagane z innego wymiaru nadciąga do naszego świata niebezpieczeństwo. Okazuje się wtedy, że Aniela to może i aspołeczna łajza – ale jedyna łajza w okolicy, która coś z tym niszczycielskim fantem może konkretnego zrobić.

Pożałuje Rada, pożałuje przystojny Adriel (aj, ten tu namiesza, szczególnie w urzędzie), a nawet wspominany już siewca suszy i chrzęszczący morderca wszelkiej roślinności, że w porę jej nie docenili.

Backstreet Boys i ogórkowa rewolucja

Ode mnie powieść, „Do Jasnej Anielki. Balkony i demony”, już na wstępie dostaje trzy ogromne plusy. Pierwszy za ekoprzekaz (tutaj się rozwodzić bardziej nie będę, każdy kto zna mnie trochę bliżej, doskonale wie, że, gdy zaczynam temat, lepiej brać nogi za pas i zatykać uszy). Drugi za kocura – który, mimo całej swojej zapalczywości, potrafi kiedy trzeba, zaangażować się w przygotowanie powalającej kreacji dla swojej ludzkiej współlokatorki (i nie ważne, że nie było efektu wow, jak u „Kopciuszka”, tylko tiulowa katastrofa). Trzeci za sarkazm i dystans. Jako ogromna fanka wszystkiego, co ociera się o absurd, mogę śmiało napisać, że właśnie takiej rozrywki potrzebowałam. Przerysowanej, momentami groteskowej, niezbyt poprawnie wrażającej się o otaczającej nas, pełnej nonsensów i dyrdymałów, rzeczywistości.

Ponadto doskonale odnajduję się w chaosie, jak – nie wymawiając Anieli – dżdżownica w kompoście. Dlatego konstrukcja powieści, jej nieco zaburzone proporcje i przesunięte tu i ówdzie środki ciężkości, kompletnie mi nie przeszkadzały. Podobało mi się również, to, że fabuła momentami ustępuje – ale z wdziękiem – miejsca humorystycznym scenkom, co nadaje całości nieco skeczowego charakteru. Wspominam o tym z myślą o tych czytelnikach, którzy wolą bardziej klasyczną konstrukcję – żeby wiedzieli, czego się po powieści spodziewać. Podobnie z przekleństwami – mnie zupełnie nie ruszają, ale zdaję sobie sprawę z tego, że są osoby, które ich unikają. A bohaterowie Sylwii Dec nie mają oporów, żeby rzucić mięsem, kiedy trzeba (albo i kiedy nie trzeba, ale mają na to zwyczajnie ochotę). Więc wiecie, czujcie się ostrzeżeni.

A nasza balkonowa wiedźma? Cóż… babeczka jest dosyć specyficzna – tak jak jej relacja z matką (rasową kuguarzycą) i ze światem, który zdaje się ją atakować przy każdej możliwej okazji. Momentami może sprawiać wrażenie niedojrzałej, ale, umówmy się, tacy ludzie też istnieją i zasługują na swoje love story (nawet, jeśli jest ono dziwaczne). A jak wynika z najnowszych badań: dzisiejsze trzydziestki to właściwie dwudziestki sprzed dekady, więc wszystko się zgadza. Ja bym się więc Anieli nie czepiała. Poza tym trzeba czasem powiedzieć wyraźnie „stop” opresyjnej wersji dorosłości. Tak sobie, na zdrowie.

Bardzo dobry debiut. Niepodrabialny. Chcę więcej.

[współpraca reklamowa barter]

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2026 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com