Alicya w Krainie Słów


Drogę gubią ci, którzy obracają się za siebie


Koniec nie nadejdzie


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


Po mrocznej stronie nauki

Jeśli lubicie książki napisane przystępnym językiem i po sufit naszpikowane ciekawostkami, to Co za ohyda! jest idealną lekturą dla was. Zwłaszcza, gdy dowiecie się według jakiego klucza, te ciekawostki zostały wybrane.

Ale po kolei.

***

Do Eriki Engelhaupt poczułam ogromną sympatię już podczas czytania wstępu. Wyobraźcie sobie, że w dzieciństwie bawiła się gipsowymi odlewami szczęk i zębami! Jestem pewna, że jako jedyna dziewczynka w tej części Missouri mogłam poszczycić się domkiem dla lalek, w którym okna szczerzyły się rzędami krzywych zębów pełniących funkcję parapetów. No kto by tak nie chciał?! No kto?!

Dzięki takim nietypowym zabawkom i ojcu, który zbudował dla niej z pustaków małe laboratorium elektrochemiczne, nabrała przekonania, że można odkryć w jaki sposób się coś dzieje, wykorzystując do tego naukę. Wystarczy tylko porządnie to zbadać. Nie ma się więc co dziwić, że jej kariera potoczyła się tak, jak się potoczyła. Została dziennikarką i redaktorką Science News oraz National Geographic. Założyła także bloga Gory Details, na którym mierzy się z tematami obrzydliwymi, wstydliwymi i strasznymi, przyglądając im się z naukowego punktu widzenia. W książce, o której mowa, znalazły się najciekawsze z opublikowanych tam historii.

***

Co za ohyda! objaśnia nam więc, jak działa świat. Tłumaczy sprawy, które spędzają niektórym sen z powiek (czy kot lub pies zjedzą mnie po śmierci?), rozprawia się z mitami (np. o sikaniu na ranę po oparzeniu przez meduzę). Poświęca także sporo miejsca temu, o co wstydzilibyśmy się zapytać (co powstaje z połączenia chloru z moczem w basenie?) oraz  temu, co pewnie w ogóle nie przyszłoby nam do głowy (np. że można dać się pokąsać owadom, by stworzyć mapę bólu ludzkiego ciała). Wybór tematów, jak widzicie, jest dosyć szeroki i wykracza daleko poza tytułowe ohydztwa.

Autorka zabiera nas w szaloną i wspaniałą podróż, podczas której wylądujemy, na Konferencji Owadożerców, przyjrzymy się prawdziwej sekcji zwłok, przekonamy się, że lubimy łagodny masochizm i nie powinniśmy mieć wyrzutów sumienia, gdy zawzięcie wbijamy szpilki w laleczkę voodoo. Dowiemy się także, że wcale nie jesteśmy najbardziej morderczym ssakiem (zupełnie inny gatunek zabija z zimną krwią więcej swoich pobratymców niż człowiek. Szok! Jesteśmy dopiero na 30 miejscu tej niechlubnej listy.), poznamy „ciekawe” zastosowanie kału i „zwiedzimy” umysł psychopaty. Oprócz tego „poznamy” Pana Podpaskę, ludzi, którzy mają halucynacje pasożytnicze, kanibali i nekrofilów.

Odbiór treści – czy ktoś uzna je za obrzydliwe czy nie – zależy od wrażliwości czytelnika, tego, co już wie o świecie i czego w życiu doświadczył. Znajdą się na pewno tacy, którzy z całą stanowczością stwierdzą, że w omawianych tematach nie ma niczego odrzucającego, jak i tacy, którzy powiedzą, że zniesmaczyła ich tylko część (albo wszystko). Dla mnie tytuł z wykrzyczaną OHYDĄ jest jednak nieco na wyrost. O ile czytanie o leczeniu kupą i banku fekaliów, jedzeniu ślimaków, przeszczepianiu głów (i/lub przyszywanie ich do nóg) oraz nicieniach ryjących korytarze w naszych mózgach, wywołuje u mnie poczucie dyskomfortu, to czytanie o roju much w piwnicy, opisu makiet służących do szkolenia detektywów czy trupiej farmie, nie robi już na mnie większego wrażenia.

Brak stu procentowego zohydzenia, nie miał jednak w ogóle wpływu na mój stopień zadowolenia z lektury. Każdy rozdział pochłaniałam z ogromnym zaciekawieniem i coraz większym głodem wiedzy (całe szczęście, że są przypisy i źródła, dzięki którym można drążyć niektóre tematy głębiej). Ogromna w tym zasługa tego, że Erika ma prawdziwy dar opowiadania. Dziennikarka opisuje – niejednokrotnie trudne – zjawiska w sposób bardzo przystępny i zajmujący: wplata w teksty sporo humoru i unika naukowego nadęcia. Nie próbuje także epatować obrzydliwościami i na siłę wywołać odruchów wymiotnych u czytelnika.

Dzięki książce zupełnie inaczej patrzę na niektóre kwestie, zwłaszcza te do tej pory całkowicie przeze mnie ignorowane. Od teraz to sto razy zastanowię się zanim pozwolę się polizać czworonogom, już na pewno nic mnie nie przekona do jedzenia krewetek i nie będę się zachwycać uroczymi surykatkami.

To książka idealna dla osób ciekawych świata, które, tak jak autorka, czerpią przyjemność z odnajdywania piękna w brzydocie i porządku w chaosie.

P.S. Wiecie czego mi tylko w książce o ohydztwach zabrakło? Rozdziałów o tym z czego robi się parówki i ludzkiej stonodze.

Długich dni i zaczytanych nocy!
Podążajcie za Atramentowym Królikiem!

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2020 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com