Alicya w Krainie Słów

Czytanie rzeczy różnorodnych sprawia największą przyjemność


Drogę gu­bią ci, którzy oglądają się za siebie


Nigdy niekończąca się groza...


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


Nie mrugaj

Mówcie o nim co chcecie, ale mnie się ten film na swój sposób podobał. Zanim jednak przejdę do tego co mnie w nim urzekło, muszę się z wami podzielić pewnym spostrzeżeniem. Gdy wpisujemy tytułowe „don’t blink” w guglarkę, to pierwsze co wyskakuje, to opis jednego z odcinków serialu Doktor Who, w którym „poznajemy” płaczące anioły. Istoty te poruszają się z prędkością mrugnięcia i jeśli zdołają dotknąć swojej ofiary, wysyłają ją w przeszłość, do czasu, zanim się urodziła. Kradną w ten sposób energię dni, których ta nigdy nie przeżyje. Można się przed nimi uchronić tylko w jeden sposób: nie zamykając nigdy oczu. Kreatury te mogą się bowiem poruszać tylko wtedy, gdy nikt na nie nie patrzy. Niestety więc za każdym razem, gdy opadają nam powieki, nawet podczas niewinnego mrugnięcia, podchodzą coraz bliżej i bliżej. Wydaje mi się, że owe stworzenia świetnie wkomponowują się w wątek filmu Don’t Blink (polskie tłumaczenie Ani drgnij), ale niestety niczego nam w nim nie wyjaśniają. W filmie reżyserowanym przez Oatesa nie mamy bowiem żadnych kamiennych aniołów, ani niczego, co by je przypomniało. Jedyne co wiemy i czego możemy być pewni to to, że gdy kolejni bohaterowie znikając nam z oczu, przestają po prostu istnieć.

Zanim jednak dojdzie do najgorszego i nasi bohaterowie zderzą się z bolesną rzeczywistością, a raczej bezmiarem nieistnienia, rozbawieni i pełni wigoru będą roztaczać wokół siebie pozytywną energię. Gdy dotrą do celu podróży, czyli pensjonatu w górach Nowego Meksyku, okaże się, że ten jest podejrzanie opustoszały: nie ma w nim innych gości, ani obsługi. Jedyne co czeka na naszych bohaterów, to cisza, pustka i porzucone gdzieniegdzie przedmioty. Początkowo spragnieni wypoczynku biorą zaistniałą sytuację za dobrą monetę i napawają się urokliwym pustkowiem. Po tym, niepokojąco banalnym i wypełnionym beztroską wstępie, w niewyjaśnionych okolicznościach zaczną znikać kolejni bohaterowie i atmosfera filmu się zmienia. Miejsce wypełniającej pensjonariuszy radości zajmuje nieznośne napięcie, ciężkie i gęste od niepokoju. Zgodnie z horrorową logiką bohaterowie muszą się pokłócić, rozdzielić i nie mieć zasięgu (chociaż stacjonarny telefon działa, co jest dosyć dziwne). Oczywiście ci którzy nadal „istnieją” podejmują rozpaczliwe próby przetrwania i zracjonalizowania tego, czego są świadkami, niestety nie mając bladego pojęcia z czym walczą są tak naprawdę całkowicie bezbronni.

My także nie wiemy, co im zagraża. Wiemy tylko tyle, że cisza to zła wróżba, zwłaszcza w horrorach, a niestety grupka naszych bohaterów jest zbyt głośna, by ową ciszę w porę „usłyszeć”. Zresztą okazuje się, że nawet, gdyby wcześniej zauważyli, że coś w tym wszystkim nie gra i tak byłoby już za późno, ponieważ przyjeżdżając do pensjonatu, przekroczyli niewidzialną granicę i znaleźli się w zasięgu tajemniczego „czegoś”. Owo „coś” wciąż nam się wymyka i pozostaje w sferze domysłów, bo odpowiedzią na kotłujące się w naszych głowach pytania może być  tak samo Bóg, jak i UFO, eksperyment wojskowy albo zjawisko paranormalne. Dr Who, przynajmniej wiedział z czym ma do czynienia, oni tylko czekają na nieuniknione. Oglądając Don’t Blink poniekąd tkwimy więc w skórze bohaterów: boimy się nieznanego, żałujemy straconych szans i rozpaczliwie snujemy kolejne teorie. I o ile brak wyjaśnienia jest ogromnie frustrujący, o tyle w tym szaleństwie jest metoda, bo film naprawdę do mnie trafił i zmusił mnie do pogimnastykowania szarych komórek.

Na pierwszy rzut oka, wydaje się, że w polskim tłumaczeniu tytułu jest błąd, bo powinien on brzmieć Nie mrugaj (Don’t Blink) zamiast Ani drgnij. Na upartego można jednak uznać, że tłumacz rezygnując z dosłowności poszerzył możliwości interpretacji. Nakaz ani drgnij!, przywodzi na myśl zabawę z dzieciństwa: Raz, dwa, trzy Baba Jaga patrzy! Zasady gry były mniej więcej takie, że póki jędza nie patrzyła można było się przemieszczać, a gdy otwierała oczy trzeba było zastygnąć w bezruchu (to dokładnie ta sama zabawa, którą mieliśmy przyjemność oglądać w wykonaniu duchów w Sierocińcu i typ zagrożenia jaki stanowią kamienne anioły). Bohaterowie Don’t Blink, gdy już uświadamiają sobie skalę zagrożenia, także próbują zastygnąć w bezruchu i zarazem starają się nie mrugać. Każdy zdaje sobie bowiem sprawę z tego, że im mniej ludzi pozostaje przy życiu (?), tym większe stają się szanse na to, że następnym razem to właśnie on/ona może zostać przeoczony i przepadnie. Oprócz symbolicznych znaczeń w produkcji pojawiają się także trzy zastanawiające wątki: chłopak, który nie zniknął chociaż nikt nie wiedział gdzie on jest (czyli nikt go nie widział), sytuacja z ekipą ratunkową i anomalie pogodowe. Ich obecność zgrzytała mi z całością, ale pewnie umieszczenie ich w filmie miało cel. Możliwe, że powrót jednego z bohaterów miał nam pokazać do czego jesteśmy zdolni, gdy pojmujemy, że już niczego nie stracimy, bo niczego nie mamy. Sytuacja z ekipą ratunkową to prawdopodobnie spektakularne przedstawienie symbolicznego zapomnienia, które czeka na nas WSZYSTKICH. Co do pogody żaden z pomysłów nie pasuje mi za bardzo do kontekstu. To przekaz tak głęboko ukryty, że się do niego nie dokopię. Nazwę więc te kwestię wyrwą logiczną.

Występujący w Don’t Blink aktorzy może nie są pierwszego sortu, ale tego się właściwie podczas oglądania nie czuje. Jedynie Alex (Zack Ward) mnie drażnił, ale była to raczej kwestia antypatycznej roli, którą miał odegrać budziła moją niechęć, a nie jego brak talentu. Miło zaskakuje także fakt, że omawiany film to reżyserski debiut Travisa Oatesa. Skoro to jego pierwsze samodzielne kroki, to tym bardziej podziwiam jego podejście i pomysł. Film zdecydowanie wyróżnia się na tle tego, czym się nas ostatnio raczy, zmusza bowiem do myślenia i chociaż nie jest superprodukcją, to przyjemnie się go ogląda. Na pewno zadowoli więc widza mającego ochotę na nutkę napięcia i poszukującego smaku niedopowiedzenia. Jeśli ktoś ma jednak ochotę na mocne wrażenia raczej będzie seansem znudzony.

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2019 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com