Echa dawnych stosów
Kryteria, według których osądzano kobiety, dziś brzmią jak ponury żart. Ale na przełomie wieków oznaczały jedno – konanie w męczarniach. Wystarczyło, że ktoś spojrzał na kogoś krzywo, a resztę „dowodów” dopasowywało się już bez trudu. Oto kilka, pierwszych z brzegu, przykładów:
Nieatrakcyjna? Źle – bo odtrącona pewnie oddała duszę diabłu. Ładna? Jeszcze gorzej – uroda na pewno jest darem szatana, żeby kusiła i zwodziła biednych mężczyzn.
Wiekowa? Źle – bo już bezużyteczna, może się jeszcze przydać tylko czortowi. Młódka? Jeszcze gorzej – bo pełna energii i ciekawa świata, więc łatwiej było ją przekabacić na ciemną stronę.
Ma znamię? Niedobrze – to przecież znak, którym diabeł oznacza swoje sługi. Nie ma? Jeszcze gorzej – bo na swoich ulubienicach rogaty znaki ukrywa wyjątkowo starannie.
Nieporadna? Źle – bo łatwiej taką sterować, więc pewnie służy złemu nieświadomie. Mądra, zaradna, ma własne zdanie? Gorzej – bo to jest już bardzo podejrzane: skąd zwykła kobieta miałaby wiedzę, jeśli nie z diabelskich ksiąg?
Choruje? Niedobrze – diabeł ją trawi albo niesie zarazę ku jego uciesze. Jest zdrowa? Jeszcze gorzej – pewnie ją chroni czarna magia.
Żyje skromnie? Źle – bo może oddaje wszystko za mroczne moce. Ma trochę majątku? Gorzej – bo na pewno dorobiła się dzięki czarom.
Ma konflikty z sąsiadami? Wiadomo – rzuca uroki i klątwy, a oni poznali się na jej prawdziwej naturze. Żyje z ludźmi w zgodzie? Jeszcze gorzej – na pewno ich omamiła.
Pomaga ludziom? Źle – bo kto wie, czy jej pomoc nie jest tylko przynętą, by pozyskać kolejne duszyczki. Nie pomaga? Jeszcze gorzej – bo działa na szkodę dobrych ludzi.
Jaka by nie zrobić, jakim by nie być – ZAWSZE ŹLE.
Taki schemat myślenia, to niestety nie literacka przesada, ale historycznie udokumentowany mechanizm okrutnych oskarżeń. Jeśli już padło na kogoś podejrzenie, nie było zmiłuj ani sposobu by się w jednym kawałku wywinąć. W czasach polowań na czarownice twarda logika działania władzy była bezlitosna. W oczach oskarżyciela winien mógł okazać się każdy niezależnie od tego, kim był i co robił. Każda cecha, wypowiedziane słowo czy gest dało się dopasować do „dowodu winy”. Było to działanie w myśl zasady: dajcie mi człowieka, a znajdę na niego paragraf. Ni mniej, ni więcej.
*
Patrycja Pelica, w „Spalonej za czary”, przenosi nas do Słupska z przełomu siedemnastego i osiemnastego wieku, by krok po kroku odtworzyć przebieg jednego z najlepiej udokumentowanych procesów o czary na Pomorzu. Na jej warsztat trafiła sprawa Triny Papisten – kobiety, która stała się ofiarą „polowania na czarownice”. Rekonstrukcja zdarzeń i procesu ukazuje nie tylko los jednostki, ale także społeczny oraz mentalny krajobraz epoki, w której wystarczyło rzucić podejrzenie, by każda niewinna mieszkanka miasta zamieniła się, w oczach sąsiadów i sędziów, w służebnicę diabła. Odmienność, niechęć i zazdrość łatwo wówczas przekuwało się w dowód winy.
Trina Papisten, właściwie Katarzyna Zimmermann, była katoliczką (stąd przydomek „Papisten”, czyi papistka) pochodzącą z Westfalii. Po śmierci pierwszego męża kowala, została żoną rzeźnika – co już się niektórym nie spodobało. Bo podejrzane wydawało się, że ten pierwszy zmarł tak szybko, a ten drugi zakochał się tak nagle. Na swoje nieszczęście kobieta posiadała też wiedzę z zakresu medycyny ludowej oraz zielarstwa. Jej status społeczny, obce pochodzenie i wyznanie, sprawiły, że w oczach miejscowej społeczności wyróżniała się, a to nie było mile widziane. W 1701 roku została oskarżona o czary – zarzucano jej m.in. pakt z diabłem, rzucanie uroków, sprowadzanie nieszczęść na ludzi i zwierzęta oraz używanie tajemnej wiedzy do szkodzenia innym. Zatem, wszystko odbyło aż nadto standardowo.
Historia Triny nie była oczywiście odosobniona. W owym czasie, w Słupsku, na stosie spłonęło najprawdopodobniej aż osiemnaście kobiet. Pierwsze znane procesy miały miejsce już w 1651 roku, a ich ofiarami padły dwórki Scholastyka i Runga, na które padło podejrzenie księżnej Anny de Croy, szczególnie wyczulonej na punkcie uroków i czarnej magii. Oprócz nich oraz Triny, znamy jeszcze tożsamość tylko jednej kobiety – Anny z Rowów, spalanej w 1714 roku. Reszta zaginęła w odmętach historii, pozostawiając jedynie cień swoich tragicznych losów, w zachowanych szczątkowo zapisach i archiwach.
Symbolem tamtych wydarzeń stała się Baszta Czarownic, miejsce, które do dziś tkwi w tkance miasta niczym bolesny wyrzut sumienia (chociaż dziś znajduje się tam Muzeum). Niegdyś część słupskich fortyfikacji, w XVII i XVIII wieku przemieniła się w ponure więzienie dla kobiet oskarżanych o czary. To właśnie tutaj, w zimnych murach, podczas brutalnych tortur, wiele z nich straciło życie – niestety dokładnie ile, nigdy się nie dowiemy.
Dla przeciwwagi, a jednocześnie by uwypuklić absurdalność oskarżeń i interesowny charakter części procesów, Pelica wplotła w powieść również opowieść o młodziutkiej Emmie. Chodzącej niewinności, której jedynym „przewinieniem” było to, że zakochała się – z wzajemnością, więc wiedźma – w nieodpowiednim chłopaku. Jej historia pozwala zobaczyć, jak łatwo było znaleźć pretekst do zadania komuś krzywdy, podkreślając zarazem irracjonalność i brutalność mechanizmów, które rządziły ówczesną społecznością.
Motyw poruszony w książce jest tak bulwersujący, jak bulwersujące jest nadużywanie władzy, życie w ciągłym zastraszeniu, ze świadomością, że w każdej chwili można paść ofiarą oszczerstw i nie ma się żadnej możliwości obrony. To co uderza w czytelnika równie mocno, to brak empatii wobec drugiego człowieka. Nic dziwnego, że reagujemy na opisane wydarzenia dosyć emocjonalnie, odczuwając silne napięcie i niepokój. Już sama świadomość życia w zagrożeniu wywołuje w nas intensywne wrażenia, dlatego autorka nie musi ich dodatkowo podkręcać. Jej relacja w wielu miejscach pozostaje więc dosyć spokojna, niemal sprawozdawcza. Dzięki temu możemy w pełni zrozumieć wydarzenia, a jednocześnie nie zostajemy w nich zatopieni, co mogłoby stłumić przekaz i jego znaczenie.
*
Temat polowań na czarownice nie jest nowy – powieść przede wszystkim utrwala więc to, co już wiemy o dawnych przesądach i okrucieństwie epoki. Nowością dla niektórych może być okazać się jednak kontekst wydarzeń: uświadomienie sobie, że podobne procesy miały miejsce także na naszych ziemiach i mogły dotknąć naszych przodków. To jasno pokazuje, że złe rzeczy nie dzieją się wyłącznie daleko od nas, a i my nie jesteśmy wolni od przywar.
Ponadto, a trzeba to powiedzieć wprost, łatwo nam oceniać przeszłość z punktu widzenia współczesnego człowieka. Warto się od tej pokusy jednak powstrzymać. Inne realia, inne wykształcenie, inne mentalności – to wszystko kształtowało decyzje i działania ludzi minionych epok. Oni nie wiedzieli tego, co my wiemy teraz. Naszą rolą jest więc nie osądzanie ich, a uczenie się na ich błędach.
Warto mieć także na uwadze to, że pewien sposób myślenia: lęk przed obcymi, nieufność wobec tych, którzy różnią się od nas religią, pochodzeniem, stylem życia czy przekonaniami oraz tendencja do obwiniania „innych” za wszelkie niepowodzenia, nie zniknęły wraz z historią polowań na czarownice. Choć nie palimy już ludzi na stosach, mechanizmy psychologiczne – zbiorowa histeria i nienawiść – pozostają podobne. Szukamy winnych wśród tych, którzy odstają od tego co uważamy za normę, przypisujemy im złe intencje, a własne problemy tłumaczymy ich rzekomym wpływem. Współcześnie objawia się to w formie stereotypów, uprzedzeń, dyskryminacji czy teorii spiskowych. Historia Triny Papisten przypomina więc, że społeczna potrzeba „znalezienia kozła ofiarnego” to nie tylko odległa przeszłość, to wciąż realne zagrożenie dla sprawiedliwości i empatii, które wymaga od nas świadomego krytycznego myślenia i refleksji nad własnymi reakcjami wobec „innych”.
Nie cieszmy się zatem, że mamy to już za sobą. Nie czujmy się bezpieczni, że czasy stosów minęły. Pozostańmy czujni. Swoiste „polowanie na czarownice” towarzyszy każdej epoce i każdy z nas może kiedyś stać się jego celem. Dziś, w świecie głęboko spolaryzowanym, groźba ta brzmi niestety szczególnie wyraźnie. Niech ta część naszej historii będzie dla nas ostrzeżeniem i lekcją, którą odrobimy szczególnie sumiennie.
[współpraca reklamowa barter]













