Alicya w Krainie Słów

Trwają prace techniczne nad stroną. Niektóre funkcję mogą nie działać poprawnie. Przepraszamy za utrudnienia.


Czytanie rzeczy różnorodnych sprawia największą przyjemność


Drogę gu­bią ci, którzy oglądają się za siebie


Nigdy niekończąca się groza...


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


Rodziny się nie wybiera. Czyżby?

Kojarzycie Kobietę jelenia? John Landis zaprezentował nam ten obraz w pierwszej serii Mistrzów Horroru. W drugiej serii także mieliśmy okazję zetknąć się z jego twórczością. Tym razem reżyser zrezygnował ze zwierzęcych motywów i indiańskich legend, w których panny rozdają ciosy raciczkami, na rzecz mrocznych tajemnic skrywanych przez mieszkańców słodkich, sielskich przedmieść. I jak to z Landisem zazwyczaj bywa, znów zafundował nam więcej komedii niż grozy.

Harold Thomphson (George Wendet) wydaje się niegroźny. To sympatyczny i wycofany tłuścioszek mieszkający w domku z zadbanym ogródkiem. Wprost idealny mieszkaniec amerykańskiego przedmieścia. Powszechnie wiadomo, że dopieszczone ganeczki, perfekcyjnie przystrzyżone trawniki, beztroscy, uśmiechnięci ludzie, to dla wielu wymarzona oaza spokoju. Głównie na zewnątrz, w środku bowiem to wylęgarnia świrów. Dlaczego? Urokliwa i pozornie bezpieczna okolica skutecznie usypia czujność potencjalnych ofiar. Wystarczy tylko umiejętnie wtopić się w otoczenie. A pan Tomphson osiągnął w tym mistrzostwo. Kamera zdradza jednak widzowi to, czego nie mają szansy zobaczyć za zamkniętymi drzwiami sąsiedzi: ten skromny, kulturalny, delikatnie obchodzący się z układanymi w wazonach kwiatami mężczyzna, ma psychopatyczną osobowość. A objawia się ona w dosyć szczególny sposób.

Ofiary Harolda nie są przypadkowe. Muszą do siebie pasować tak samo, jak pasują do siebie elementy wystroju jego mieszkania. Stanowią uzupełnienie perfekcyjnej, nieożywionej przestrzeni, przede wszystkim jednak wypełniają dotkliwą pustkę, którą gospodarz rozpaczliwie próbuje zwalczyć. I w końcu mogłoby mu się udać, mogłoby być idealnie, gdyby tylko ucichły te wszystkie zachęcające, wdzięczne, kuszące głosy… I chociaż nasz główny bohater wzbudza raczej instynkt opiekuńczy zamiast przerażenia, to jednak nie chcielibyśmy stać się częścią jego doskonałej „rodzinki”, która jest – co tu dużo mówić – po prostu „creepy”.

Gdy naprzeciwko wprowadza się młode małżeństwo, od razu wiadomo, że będą oni stanowić dla naszego bohatera „świeże mięso”. Jeśli ktoś miałby co do tego jakieś wątpliwości, to te szybko rozwieją się, gdy nasi bohaterowie po zakrapianej kolacji, przypadkowo rozjadą autem skrzynkę na listy sąsiada. Poszkodowany dobrodusznie uzna, że „nic się nie stało” i wykorzysta sytuację do zacieśnienia relacji z Davidem (Matt Keeslar) i z Cecil (Meredith Monroe), szczególnie z Cecil. Im bliżej jednak będziemy poznawać Fuller’ów, tym więcej szczegółów przykuje naszą uwagę. Zaczniemy przeczuwać, że coś tutaj nie gra, że mają oni jakiś sekret. Podczas seansu po cichu zaczęłam liczyć na to, że Harold nieświadomie rozpoczyna polowanie na innych myśliwych, że młodzi okażą się parą psycholi. Niestety nie zgadłam. Trzeba przyznać, że że John Landis (reżyser) i Mick Garris (scenarzysta) stworzyli całkiem zgrabny twist.

Rodzinka to oparty na prostej fabule, lekki film o humorystycznym zabarwieniu (chociaż jest go zdecydowanie mniej niż w Kobiecie jeleniu). Niestety obraz ten w ogóle nie straszy. Nie mamy gore, nie oglądamy brutalnych scen, ani nie obgryzamy z nerwów paznokci. Zamiast strachu odnajdujemy tutaj smutek i samotność zagłuszane rozrywkową muzyką. Swoją drogą, twórcom udało się osiągnąć świetny efekt, gdy połączyli teksty piosenek Jesus gave me water, Wash me In the water ze scenami w których Harold wykorzystuje swoją moc twórczą, dając kolejnym członkom swojej rodziny nowe życie i symbolicznie obmywa ich „ciała”. Pozornie makabra i radosne, zmuszające do bujania się, pieśni nie pasują do siebie ani ociupinkę. Mimo to, tworzą całkiem udaną kompozycję.

Mimo prostoty w fabułę Rodzinki wkrada się pewna dwuznaczność. Nie trzeba jednak wcale jej dostrzegać ani się nad nią zastanawiać. Warto pamiętać, że postać Harolda wzorowana była na Normanie Batesie z Psychozy Hitchcocka. Obaj panowie mieli problemy w relacjach z matkami i bardzo, ale to bardzo, potrzebowali uznania i bliskości.

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2018 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com