Galopem przez zaspy
– Maaamoooooo, a czy ja mogę mieć kucyka?
Właśnie za to kocham takie książeczki: potrafią, ot tak, rozniecić marzenie i w tej samej chwil je skutecznie ostudzić.
Bo z jednej strony – jakże to kuszące! Ochoczo rzucić się w wir przygody i pognać w nieznane. Mknąć przez zaspy z wiatrem we włosach, miękką grzywą pod palcami, patrząc jak rozmazujący się świat zostaje daleko w tyle…. taaaak – tak dokładnie wygląda dziecięca fantazja, w pełnym galopie.
Z drugiej strony jednak trzeba mieć świadomość, że kucyk nie jest zabawką wyciętą z marzeń. Nie da się go odstawić na półkę ani odłożyć na później. Ma swoje potrzeby, humory i słabostki. A w życiu trafiają się dni, gdy nie chce nam się wyściubiać nosa spod kołdry, a tu nie ma zmiłuj – trzeba wstać i wyjść! Opieka nad pupilem to nie tylko radość, ale też odpowiedzialność i ciężka praca. To nie jest decyzja, którą podejmuje się z kaprysu czy chwilowej zachcianki.
Przede wszystkim na ten właśnie temat rozmawiałyśmy z młodą po lekturze książki „Sigge i przyjaciele ze stajni. Zimowe przygoda”, czyli o cieniach i blaskach „posiadania” kucyka. I bardzo, ale to bardzo podoba mi się to, że historia Lin Hallberg stawia sprawę uczciwie. Bez uproszczeń i bez bajkowych obietnic. Dzięki temu dziecko widzi, że rodzic nie „wymyśla”, bo nie chce kupić kucyka, ale że za tym jego stanowczym „nie” stoi coś więcej: realne argumenty, które znajdują swoje odbicie zasłyszanej historii.
Już nie wspomnę o tym, że w naszym przypadku, w bloku kucyka nie bardzo można by trzymać – chyba że chciałabym zamienić salon w mini-pastwisko. Ale nie oszukujmy się, byłoby to jak próba zaparkowania czołgu w garażu: dużo zamieszania, a efekt mizerny. Na dokładkę Rockefellerem nie jestem, więc na zakup stajni mnie nie stać, a z wynajmem miejsca i utrzymaniem konia wcale nie byłoby lepiej. Póki co więc kucyk odpada. Pozostaje tylko… ewentualnie szkółka jeździecka. Negocjacje, jak się zapewne domyślacie, trwają.
*
To nasze pierwsze spotkanie z serią o Sigge, więc trudno mi się odnieść do wcześniejszych relacji między bohaterami i kucykami, ale ostatecznie w ogóle nie przeszkadza to w lekturze. Od razu wciągamy się w zimowy klimat przygody, gdy grupa zaprzyjaźnionych dzieciaków przybywa do stajni, by spędzić cały dzień ze swoimi ulubieńcami i wreszcie odbyć wymarzoną przejażdżkę po śniegu. Los jednak szykuje dla nich zupełnie inną przygodę – okazuje się, że kucyki… zniknęły! Przed nimi stoi więc trudne zadanie: wraz z instruktorką Ingelą, muszą przeszukać zasypany śniegiem las w mroźny dzień i sprowadzić zguby z powrotem do stajni. Oczywiście, mimo aury i przemoczonych butów, nie poddają się, a wszystko kończy się tak, jak powinno – przy tym nie brakuje ani emocji, ani radości.
Poza przyjazną dla młodszych odbiorców fabułą, książka zawiera także elementy edukacyjne: pokazuje, jak opiekować się końmi, co jedzą, co oznacza, że klacz jest źrebna, oraz czym różni się kłus od galopu. A wszystko to podane w przyjaznej atmosferze pełnej uśmiechu, dzięki której nauka staje się frajdą, jako część zabawy i chwil spędzonych w stajni. Mali miłośnicy koni na bank będą zachwyceni.
Szczególnie przypadł nam do gustu początek książki, w którym poznajemy wszystkich mieszkańców stajni – najważniejszych, choć milczących bohaterów. Każdy kucyk ma swoją osobowość i cechy, które sprawiają, że stają się prawdziwymi postaciami, a nie tylko tłem opowieści. Sam, choć najmniejszy, nosi w sobie ducha lidera; Sigge bywa nieco strachliwy; Molly nie przepada za skakaniem, ale poza tym jest do rany przyłóż; Japp to prawdziwy myśliciel; Nanou miewa humorki; a Sappo dopiero uczy się, na czym polega szkółka i zdarza mu się popełniać błędy typowe dla nowicjusza. To właśnie przy tym fragmencie spędzałyśmy najwięcej czasu i do niego najczęściej wracałyśmy, bo młoda nie mogła się zdecydować, którego kucyka chciałaby mieć za przyjaciela i powiernika własnych przygód.
Ilustracje Margarety Nordqvist są wyważone i sympatyczne – niekrzykliwe, stonowane, a jednocześnie pełne uroku. Każdy kucyk, każda scena w stajni i na śniegu została uchwycona z dużą troską o szczegóły, dzięki czemu obraz uzupełnia tekst i pozwala młodemu czytelnikowi w pełni poczuć atmosferę opowieści. Praca ilustratorki jest zatem subtelna, ale zarazem pełna charakteru. Widać, że rozumie świat koni i dziecięce emocje, dzięki czemu ilustracje stają się naturalnym przedłużeniem historii.
To książka stworzona z myślą o młodszych czytelnikach, którzy dopiero zaczynają samodzielną przygodę z literaturą – i trzeba przyznać, że spełnia swoje zadanie. Nieskomplikowana fabuła i krótkie, przystępne zdania sprawiają, że czytanie jest przyjemnością, a nie wyzwaniem. Dzięki temu młody czytelnik może zyskać pewność siebie i radość z własnych postępów, a przy okazji – niepostrzeżenie – poszerzyć swoje słownictwo (kłus, galop, padok, derka) i wzbogacić wyobraźnię. „Zimowa przygoda” uczy przez zabawę i pozwala dzieciom poczuć satysfakcję, po każdym samodzielnie przeczytanym rozdzialiku.
[współpraca reklamowa barter]












