Alicya w Krainie Słów

Trwają prace techniczne nad stroną. Niektóre funkcję mogą nie działać poprawnie. Przepraszamy za utrudnienia.


Czytanie rzeczy różnorodnych sprawia największą przyjemność


Drogę gu­bią ci, którzy oglądają się za siebie


Nigdy niekończąca się groza...


Bler. Człowiek ze Światła! Poznaj POLSKIEGO SUPERBOHATERA!


Zapraszamy w pełną grozy podróż z mapą cieni


Czytam, bo lubię grozę


Sezon czarownic bez czarownic i – co gorsza – bez Michaela Myersa

Jeśli patrzeć na ten film jako na kontynuację Halloween, to jest to obraz całkowicie dla mnie niezrozumiały, nie pasujący do całości i to nie tylko ze względu na  fakt, że nie pojawia się (!) w nim Michael Myers. Oprócz daty w kalendarzu, z pierwszymi dwoma produkcjami nic go nie łączy. NIC! Ani nastrój, ani klimat, ani bohaterowie – jedynie Jamie Lee Curtis dostała tutaj czwartoplanową rolę: została „głosem” telefonistki i spikerki zapowiadającej godzinę policyjną. Jeśli tylko celtyckie święto ma stanowić spoiwo trzech części, a nie kultowa postać Myersa, to seria straciła sens.

Jeśli zaś odciąć ten film od poprzednich (a także następnych) części i obejrzeć go jako osobną produkcję, to niestety tylko jako ciekawostkę i znak minionych czasów, ponieważ do zapadających w pamięć horrorów, to on nie należy. John Carpaneter (reżyser pierwszej części, producent drugiej i trzeciej) tym razem słabo pilnował tego, co działo się na planie….Przede wszystkim na ekranie nie zawitała żadna czarownica, i nikt nawet o żadnej nie wspomniał. Pojawia się za to motyw składania ofiar, ponieważ akurat planety odpowiednio się ułożyły i mamy Samhain. Nadchodzące wydarzenia są wyraźnym odniesieniem do celtyckich wierzeń i obrządków związanych z ostatnim dniem października, kiedy to palono ludzi żywcem w beczkach, by druidzi mogli zobaczyć przyszłość. W związku z tym podtytuł powinien raczej brzmieć: sezon druidów.

Początek filmu utrzymuje poziom i nawet towarzyszy mu nasz ulubiony, mroczny klimat – niestety sielanka trwa tylko parę minut. W momencie, gdy ścigany przez tajemniczych zbirów mężczyzna trafia do szpitala, złowrogą atmosferę trafia szlag. Nie pomaga nawet to, że zostaje okrutnie zamordowany, a na oczach przerażonych świadków morderca podpala się i wysadza w powietrze. Dan Challis (Tom Watkins) lekarz, na którego dyżurze do tego dochodzi, wiedziony ciekawością postanawia zbadać sprawę. Na podobny pomysł wpada także urocza córka zamordowanego – Ellie Grimbridge (Stacey Nelkin). Tych dwoje  postanawia więc połączyć siły. Dowiadują się, że Harry Grimbridge (Al Berry) był widziany ostatnio w Santa Mira, gdzie osobiście miał odebrać zamówione do swojego sklepu halloweenowe maski. We wspomnianej miejscowości znajduje się siedziba irlandzkiej firmy Silver Shamrock, która specjalizuje się w ich produkcji (i tylko z tego się utrzymują?). W tym roku producenci masek wydali miliony na reklamę, która w kółko puszczana (natrętniej się nie da, przy nich wysiada nawet reklama Media Expert z Eweliną Lisowską na czele) w radiu i telewizji, obiecuje, że na dzieci, które ubiorą maski i zasiądą przed telewizorem o 21:00 w Halloween, czeka niespodzianka. Harry prawdopodobnie poznał kilka szczegółów z nią związanych i przypłacił to życiem. Dan i Ellie uświadamiają sobie, że coś jest nie tak z fabryką, w momencie, gdy tylko przyjeżdżają do wymarłego, „uzbrojonego” w monitoring miasteczka. Ich każdy ruch jest śledzony nie tylko przez kamery, ale także dziwnych strażników – takie starsze wersje agenta Smitha. W końcu udaje im się spotkać z szefem firmy. Okazuje się, że Conal Cochran (Dan O’Herlihy) ukradł jeden z kamieni Stonehenge, którego moc ma uwolnić z masek tajemniczą, śmiercionośną substancję. A zagłady ludzkości chce dokonać, bo jest wyznawcą jakiegoś mało sympatycznego bóstwa. Ot i tyle…

Podczas seansu momentami odnosiłam wręcz wrażenie, że nie oglądam wcale horroru, ale jakąś sensację podszytą grozą, i tylko przypadkowo się złożyło, że wrogowie parają się czarną magią. Postacie nie zostały zbyt ciekawie „napisane”, chociaż dobrze zagrane – to trzeba przyznać. Dan to taki typowy bohater kina akcji: nie wylewa gorzały za kołnierz, da po mordzie komu trzeba i jeszcze uwiedzie piękną kobietę. Dla dobra dzieci ten bohaterski ojciec jest w stanie pokonać każde niebezpieczeństwo. Każdy go za to podziwia, oprócz eksżony, bo ta jest obowiązkowo zrzędzącą jędzą, która go nie docenia. Ellie za to w dosyć nietypowy sposób przeżywa żałobę po ojcu – romans nawiązujący się między nią a Danem jest kompletnie bezsensownym rozciągaczem fabuły. Także kilka innych rozwiązań jest w tej produkcji absurdalnych: co do tego wszystkiego mają androidy??? Totalna kpina! Zwłaszcza, że efekty specjalnie nie są na zbyt wysokim poziome. Całość dopełnia irytujący – co nie przeszkadza wpadać mu w ucho – dżingiel, który nagrali wspólnie John Carpenter i Alan Howarth.

Czekamy na Myersa, który się nie pojawia. I nie byłoby w tym może nic złego, gdybyśmy otrzymali w zamian coś ciekawego i ekscytującego. Powolne, wyważone ruchy strażników i ich twarze nie wyrażające żadnych emocji, w jakiś sposób z postacią Michaela korespondują. To jednak za mało, by kolejne filmy ze sobą powiązać. Zwłaszcza, że nawet trupów mamy tutaj jak na lekarstwo. Bardziej próbuje się nas straszyć telewizorem i możliwościami, jakie daje masowy przekaz informacji, niż nieuzasadnioną, bezduszną przemocą. To powoduje, że odczuwamy po seansie spory niedosyt, chociaż szczerze mówiąc na usta cisną się dosadniejsze określenia.

 

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2017 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com