Alicya w Krainie Słów

Czytanie rzeczy różnorodnych sprawia największą przyjemność


Drogę gu­bią ci, którzy oglądają się za siebie


Nigdy niekończąca się groza...


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


Doktor Moreau przewraca się w grobie

Ten film to must see dla każdego fana kina klasy „Z”. Zwłaszcza takiego, który w swoim życiu miał (nie)przyjemność oglądać chociaż jeden odcinek prawdziwego horroru wszech czasów, czyli Mody na Sukces. Biorąc pod uwagę to, ile ten tasiemiec ma odcinków, trudno zakładać, że ktokolwiek mógł takowego nie widzieć. Dlaczego wspominam o tej produkcji przy okazji tekstu o Rekinoludziu? Dlatego, że główną rolę w filmie o usilnych próbach rozmnożenia człowiekorekina młota dostała Hunter Tylo, czyli słynna, serialowa dr Taylor, jedna z kolejnych żon sławnych Foresterów (czy jakoś tak).

Trudno powiedzieć, czy aktorka dzięki tej roli odcięła się od wykreowanego dotychczas wizerunku. Ten film to też coś jakby telenowela, tylko że w skondensowanej formie. Postaram się wam nakreślić jego fabułę, co nie będzie łatwe ani przyjemne więc proszę: skupicie się. Główna bohaterka, Amelia (Hunter Tylo), miała kiedyś narzeczonego Paula, który zmarł na raka. Gorzki smak wspomnień dawnych chwil, zabija umartwiając się w solarium. Pech chce, że firma w której (niezidentyfikowany gigant farmaceutyczny) pracuje nie najlepiej potraktowała jej niedoszłego teścia – naukowca Prestona Kinga (Jeffrey Combs) – kradnąc mu wyniki badań i wyrzucając z pracy. King zagrał jednak wszystkim na nosie i na własną rękę rozwiązał tajemnicę komórek macierzystych. Oczywiście jego osiągnięcie stanowi doskonałą okazję do odświeżenia współpracy. Szef Amelii, Whitney Feder (Arthur Roberts), nie pozwoli sobie na odpuszczenie takiej biznesowej szansy wyrusza więc ze swoimi pracownikami na wyspę, na której rezyduje naukowiec. Żeby było ciekawiej Amelia ma nowego chłopaka, korpulentnego Toma Reeda (William Forsythe), który także jedzie z nimi, by wyznawać swojej partnerce miłość przy każdej możliwej okazji. Miejsce do którego zmierzają nasi bohaterowie, jest niezidentyfikowaną wyspą na Pacyfiku (widać producentów filmu nie było stać na wykorzystanie nazwy istniejącego miejsca – pewnie wszystkie fundusze poszły na aktorów) i nie ma na niej zasięgu – nawet telefon satelitarny wysiada!!! Na miejscu okazuje się, że King to jednak szalony, zły naukowiec, który zamienił swojego konającego syna w rekina młota i teraz usilnie próbuje go rozmnożyć. Chce nie tylko stworzyć nowy gatunek człowieka, ale także odtworzyć Atlantydę (tego ostatniego nie skumałam i lepiej by tak zostało). Widok Amelii szczególnie go więc ucieszył – nie dość, że dokona zemsty na tych którzy go kiedyś źle potraktowali, to jeszcze znalazł idealną kandydatkę na synową, czyli niedoszłą synową (nadążacie?). Ma nadzieję, że Paul rozpozna swoją eks i zapłodni ją zamiast pożerać. Do tej pory, niestety dla jego wybranek, za bardzo mu się to nie udawało. Ja się w sumie nie dziwię. Tatuś bezmyślnie podsuwa synowi ubrane lasencje i jak on ma je niby rozebrać? Płetwami? Nic dziwnego, że się irytuje i, że koniec końców woli je zeżreć. Gdy już mu się jakimś cudem udało nie skonsumować, którejś kobiety, to jego potomstwo niestety rodziło się martwe. W Amelii więc, nie wiedzieć czemu, ostania nadzieja – tak jakby fizycznie różniła się od innych samic homo sapiens…. Gdy już prawie uwierzyłam, że da się jednak „połączyć siłę rekina młota i inteligencję człowieka”, wszystko spłonęło i nastał czas pocałunków na tle morza, czyli happy end.

Niech wam się nie wydaje, że zdradziłam zbyt wiele. Główny rys fabularny tego filmu, to mały pikuś w porównaniu z tym, w jaki sposób zostały ze sobą połączone kolejne wątki. Dacie się nie raz zaskoczyć, bo na nadmiar logiki nie można tutaj narzekać. Przecież King pozwala uciec swoim ofiarom, by potem pieklić się, że jego najemnicy nie potrafią ich złapać i przyprowadzić mu z powrotem. W sumie niepotrzebnie się denerwuje, bo nasi bohaterowie planują sami wrócić do laboratorium. Cała gonitwa po wyspie była więc niepotrzebna. Służyła ona tylko temu, by setki razy wyjaśnić widzowi, o co chodzi w tym eksperymencie – gdyby przypadkiem oszołomiony nadmiarem akcji nie zrozumiał. Tylko, że niestety mimo kolejnych wyjaśnień, nic nie staje się jaśniejsze, np. Paul-rekin chodzi po lądzie, sprawnie rozczłonkowuje ofiary, ale z wanny już wyjść nie potrafi…. Scenarzyści nie raz więc wystawili czujność widza na próbę, np. każąc snuć Kingowi arcygłupie rozważania o wyższości rekina młota, nad innymi stworzeniami, uznając, że Paul mordując odzyska człowieczeństwo (Gdy ich zabije ewoluuje do bardziej ludzkiej postaci) lub dokonując zaskakującej, wewnętrznej transformacji jednej z współpracownic szalonego naukowca. Oprócz tego jak to w „zetkach” bywa mutant jest obowiązkowo zmiennokształtny (o rozmiar chodzi), karabiny są plastykowe, do tego wyposażone w niewidzialne lunety, rekin warczy pod wodą, a oglądanie efektów specjalnych powoduje fizyczny ból. Z tymi ostatnimi jest zdecydowanie najgorzej. Zwłaszcza podpada ostatnie „wybuchnięcie wszystkiego” i rekin młot, który pojawiając się niezwykle rzadko, pokazuje nam głównie zęby lub oczy, obowiązkowo mrużąc je złowrogo.

Może to i głupie, może to i przewidywalne, ale dawno się tak dobrze nie bawiłam podczas seansu. Mimo że film jest kompletnie nielogiczny, kolejne sceny przedstawiane są bez ładu i składu, ratują go dosyć wyraziste i przerysowane (ale w przyjemny sposób) postacie. Combs rewelacyjnie sprawdza się w roli psychola w diabolicznych okularkach, który morduje mysz pokazując, jakim to nie jest geniuszem zła – parodia Moreau w czystej postaci (ale czy zamierzona?). Klocowaty Forsythe bardzo szybko odnajduje się w roli komandosa ratującego ukochaną przed gwałtem w rekiniej wannie. Mógłby w sumie powalczyć z Paulem w konkursie na groźne miny i mrużenie oczu. Tylor na szczęście nadal jest atrakcyjną kobietą, więc można jej wybaczyć, że wciąż przesadza z olejkiem do ciała i połyskuje na tle reszty obsady, jak psie klejnoty. Szkoda tylko, że w żaden sposób nie uwypuklono dramatu człowiekorekina. W sumie od początku do końca pozostaje on bestią, która ani nas ziębi, ani grzeje.

Film jest tak zły, że na pewno pozostawi ślad w mojej pamięci. Powtórzę się więc: dla fanów gatunku pozycja obowiązkowa.

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2018 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com