Alicya w Krainie Słów


Drogę gubią ci, którzy obracają się za siebie


Koniec nie nadejdzie


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


Póki śmierć nas nie rozłączy

Film rozpoczyna się nagraniem ze ślubu, na którym nowożeńcy – Bea i Paul – ćwierkają do kamery o tym, jak strasznie się kochają i jacy są szczęśliwi. Chwilę to trwa, ale na szczęście w miarę szybko się kończy. Kolejny etap to miesiąc miodowy. I tutaj we wstępie numer dwa, który trwa już zdecydowanie dłużej, nie dzieje się nic innego niż ciąg dalszy wstępu pierwszego: czyli bohaterowie nadal sobie słodzą i jedzą sobie z dzióbków. Młodzi są sobą zafascynowani, świetnie się razem bawią, gruchają i migdalą się w kółko i na okrętkę. Na szczęście ten nużący i przydługi wstęp numer dwa też się kończy, a wraz z nim odchodzi w zapomnienie słodko-mdląca atmosfera. Uff, co za ulga. Sielankę kończy tajemnicze, nocne zniknięcie Bei, którą Paul znajduje nagą w lesie. Ona nie pamięta co się jej przytrafiło, on nie wierzy w lunatykowanie, widz zresztą, też nie przyjmuje do wiadomości takiego wyjaśnienia. Zwłaszcza, że po tym wydarzeniu dziewczyna zaczyna się dziwnie zachowywać. Zapomina o tym, jak się wykonuje najprostsze czynności, unika kontaktu fizycznego i, co gorsza, traci tożsamość. Z minuty na minutę zatapia się w galopującym szaleństwie. Paul próbuje dociec, co się stało, a widz ma kilka teorii – ale o tym za chwilkę.

Odkąd zaczyna się kluczenie, niepewność, poszukiwanie przyczyn, a bohaterowie oddalają się od siebie, robi się coraz ciekawiej. Po TEJ nocy żadne z nich nie jest już tym samym człowiekiem, podkręcana paranoją atmosfera gęstnieje z minuty na minutę. Surowy obraz aż kipi od emocji. Zresztą już sam wybór miejsca na miesiąc miodowy zapowiadał, że może być ciekawie. W pierwszym momencie ucieczka pary na łono natury, samotny domek nad jeziorem, w wyludnionej okolicy przypominają film W sidłach opętania z 2003 roku.  Relacja Paula i Bei zmierza jednak w zupełnie innym kierunku, niż tamtejszej pary Julianne i Mitcha. To do ilu filmów wydaje się odnosić fabuła, świadczy o tym, że Janiak wykorzystuje liczne motywy wchłonięte i przetrawione przez popkulturę. Wątki nie są nowe ani oryginalne, ale zostały splątane w zgrabny sposób. Honeymoon nie jest więc bezczelną ani bezmyślną kopią. Nie oglądamy bowiem typowego filmu o UFO, ani o miejscowym kulcie, to co widzimy w nocnych światłach może być bowiem czymś zupełnie innym. Może, ale nie musi. Zakończenie jest otwarte, więc każdy może na pewne pytania odpowiedzieć sobie sam. Mnie pewne sceny – delikatnie nazwę je „roślinnymi” – rozgrywające się w okolicach rodnych bohaterki kojarzą się z Martwym złem. I nawet przyłapałam się na tym, że czkam na zemstę, która nadejdzie z najmniej oczekiwanej strony, czyli kaczek krzyżówek. Oczywiście jeśli, ktoś dostrzega coś innego, nie będę się upierać, że we wszystkim nie maczali palców obcy. Jednak chcę patrzeć na ten film również przez pryzmat makabrycznego echa ekofeminizmu. Powrotu kobiety do NATURY -poszerzona strefa kobiecości – która czyni z ludzkiego ciała swoje narzędzie.

Film został praktycznie pozbawiony efektów specjalnych. Nastrój grozy i napięcie buduje ponury las, domek nad lodowatym jeziorem, okoliczności przyrody budzące, zwłaszcza nocą, pierwotny lęk. Kamera skupia się na relacji między dwójką kochających się osób. Z czasem obraz zdaje się stawać coraz brudniejszy, a Bea coraz brzydsza. To co z początku w swojej surowości zdawało się toporne, nabiera finezji. Minimalistyczna fabuła, jest nagim odzwierciedleniem pierwotnego zewu, z którym przyjdzie zmierzyć się bohaterom. Dodatkowo przestrzeń, wyludniona po sezonie okolica, mimo ogromu przytłacza, ogranicza i osacza. Jak dla mnie: MAJSTERSZTYK.

Odtwórczyni roli Bei, aktorka Rose Leslie, zanana z Gry o tron pokazuje, że potrafi grać nie tylko biustem. Fale emocji, które nią targają, świetnie odzwierciedlają jej skazaną na porażkę walkę z przemianą. Nie mogę powiedzieć jednak, że jest świetnie przez cały czas – głównie na początku filmu, bohaterka działała mi strasznie na nerwy. Dopiero, gdy z dziewczynki Bea staje się kobietą szaloną, jej nadmierna ekspresja wreszcie nabierała dla mnie sensu. Harry Treadaway wydał mi się bardziej naturalny w swojej roli. Próbuje pomóc żonie, desperacko szuka rozwiązania. Niestety w starciu z tym, co między nimi stanęło, nie ma najmniejszych szans na zwycięstwo.

Na co szczególnie zwróciłam uwagę oglądając ten film, to pokonywanie przez parę kolejnych etapów życia małżeńskiego w przyśpieszonym tempie. Od fascynacji, skrajnego uwielbienia, parzenia się jak króliki, po tajemnice, kłamstewka, oddalanie się od siebie i brak zaufania. Infantylne przeświadczenie o wyjątkowości własnego związku, zachwyt nad każdą chwilą, zderza się z rzeczywistością i wywołuje kryzys, bo nagle okazuje się, że „jesteśmy tacy sami jak wszyscy”. Poznawanie „prawdziwej” twarzy tej drugiej osoby następuje tutaj bardzo szybko. Co prawda twórcy posiłkowali się specyficznym przyśpieszaczem akcji i nadali jej niecodzienny wymiar, dla mnie jednak ten horror jest metaforą, która pokazuje, co dzieje się z ludźmi, gdy już wypowiedzą magiczne „tak” z nadzieją na: „i żyli długo i szczęśliwie”.

Zakończenie mnie rozczarowało, nie dlatego, że jest w pewnym sensie przewidywalne i nie dlatego, że jest otwarte. Dramat, który wydarzył się nad jeziorem, brutalny w swojej naiwności, wymagał silniejszego wyrazu. Zabrakło uderzenia, albo pomysłu na to, jaki nadać mu kształt, by zostawić widza z cierniem wbitym w umysł, który ten próbowałby bezskutecznie wydłubać. Jednak biorąc pod uwagę fakt, że to debiut i tak uważam, że to bardzo ciekawa produkcja. Leigh Janiak udało się stworzyć naprawdę ciekawą miksturę z body horroru i horroru psychologicznego.

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2019 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com