Alicya w Krainie Słów


Drogę gubią ci, którzy obracają się za siebie


Koniec nie nadejdzie


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


Wieczór z rekinem #54 Rekiny morsowały zanim stało się to modne

Póki jeszcze mamy luty i trochę zimy, pora domknąć „zimową, rekinią trylogię”. Nie żeby była to jakaś prawdziwa trylogia. Postanowiłam tak po prostu nazwać filmy o rekinach atakujących w śniegu i mrozie, a filmów takich powstało, póki co, trzy sztuki: Ice Sharks (2016), Avalanche Sharks (2013) i Snow Sharks. Ancient Snow Beast (2011). Ostatni który wam przedstawiam, jest najstarszy, a zostawiłam go na koniec nie bez powodu. Mianowicie po to żebyście się nie czuli za bardzo bezpieczni.

Bo czy mogliście się czuć zagrożeni po obejrzeniu Ice Sharks? Tylko jeśli planujecie odwiedzić Antarktydę i w ten sposób narazić się na atak prehistorycznych rekinów polarnych (przypominam, że współczesne zasysają tylko plankton i są niegroźne). A po Avalanche Sharks? Raczej też nie ma czym sobie zaprzątać sobie głowy. No bo kto boi się eterycznych rekinów, grasujących na jednej górze i to tylko, gdy zostaną  uruchomione przez indiańską klątwę? I w pierwszym i w drugim wypadku prawdopodobieństwo raczej nikłe. Po obejrzeniu tych dwóch filmów, nie będziecie się więc raczej bać zimowych rekinów. A to błąd. WIELKI BLĄD. Okazuje się bowiem, że przed rekinami nie jesteśmy bezpieczni NIGDZIE. Istnieje bowiem gatunek podziemnych (ryjących tunele – ukłon w stronę Morderczych Kretów) rekinów, które lubują się w harcach na śniegu.

Początek filmu jest dosyć typowy. Mamy rok 1999 i trzech naukowców, którzy eksplorują las by dowiedzieć się, co sprawiło, że w okolicy zniknęły wszystkie dzikie zwierzęta. Wkrótce po tym, gdy odkrywają zwłoki jelenia, trafiają na gigantyczny krater w śniegu i wtedy wszystko staje się dla nich jasne: LEGENDARNE ŚNIEŻNE REKINY istnieją! Oczywiście nie będą mieli możliwości by opowiedzieć światu o swoim odkryciu, bo szybko podzielą los nieszczęsnego jelenia. Od tego momentu mija kolejnych dwanaście lat podczas których opowieści o śnieżnych rekinach nadal traktowane są jak bajki, albo co najwyżej kryptozzologiczna ciekawostka. Tylko jeden człowiek, Mike Evans (Qualiana), wierzy w ich istnienie, bo – uwaga – upolował kiedyś takowego rekina, ale władze miasteczka postanowiły zatuszować sprawę i spalono dowody. Nie wiadomo czemu, ale właśnie teraz w 2011 roku, ma wreszcie szansę udowodnić wszystkim, że miał rację, bo śnieżni drapieżnicy stali się nagle bardziej aktywni i zaczęło ginąć coraz więcej ludzi: pijące w ukryciu nastolatki, zakochana parka w lesie, nagusy w jacuzzi, a nawet Mikołaj w warsztacie samochodowym…Koniec końców burmistrz decyduje się zebrać zespół, który ma pozbyć się problemu z lasu. Co z tego wynika? Możecie się domyślić. Dużo wrzasku, trupów, strzelania i sporo dziur w ziemi…

Podczas seansu nie opuszcza nas wrażenie, że film powstał na zasadzie: zgrana paczka znajomych postanawia się zabawić i „zrobić film o rekinach”. Po pierwsze więc, zorganizowano szybką zrzutkę na hurtowy zakup ketchupu. Po drugie, rodzic wyjątkowo utalentowanego plastycznie dziecka, zgłosił się na ochotnika, że dostarczy kukłę rekina. Po trzecie, w trakcie wspólnej popijawy odbyło się losowanie ról, bo i tak nie miało przecież znaczenia, kto zagra kogo – nikt z zainteresowanych nie ma nawet za grosz umiejętności aktorskich. Po czwarte, pryskanie ketchupem to za mało, więc urozmaicono fabułę cyckami, bo jak wiadomo – film o rekinach bez cyków się nie liczy. Po piąte gdy już sobie wszyscy pobiegali (zapewne również pod wpływem) po zaśnieżonym lesie, okazało się, że w scenariuszu brakuje zakończenia, więc trzeba było je dokleić z jakiś niewykorzystanych wcześniej ujęć. I voila! Film gotowy!

Jak się domyślacie aktorów z prawdziwego zdarzenia to tutaj nie zobaczycie, a budżetu wystarczyło na ketchup, napoje wyskokowe i kukłę. Efekty wizualne są więc w najlepszym razie śmieszne, a na dźwiękowe lepiej spuścić kurtynę milczenia. Ryczących jak lwy rekinów właściwie nie widać – najczęściej podziwiamy je jako płetwę CGI sunącą przez śniegi. Ich ataki sprowadzają się do bryzgu czerwieni, oczywiście w akompaniamencie dzikich wrzasków. I mimo, iż do końca seansu dotrwają tylko najwytrwalsi fani naprawdę złego, słabego i tandetnego kina, to każdy kto chociaż zaczął to oglądać, powinien przyznać, że pomysł wyjściowy nie był wcale taki zły. Jedno co trzeba ekipie zaangażowanej projekt przyznać: naprawdę się starali i mieli z tego przy okazji mega frajdę. A to chyba w tego typu działaniach jest najcenniejsze.

Jako ciekawostkę zdradzę wam dlaczego powstał ten film. W jednym z wywiadów reżyser, scenarzysta i aktor w jednym, czyli Sam Qualiana przyznał: Zawsze bardzo bałem się rekinów. I pomyślałam, że byłoby przerażające, gdyby nie było przed nimi ucieczki, nawet na lądzie. Kiedy byłem młody, nakręciłem o tym krótki film i chciałem go zrestartować teraz, gdy mam większe doświadczenie.

To film dla każdego kto:

– marzy o tym, by nakręcić film ze znajomymi – jak widać nic nie stoi na przeszkodzie;
– nie zaprząta sobie głowy faktem, że rekiny ryją tunele w ziemi;
– jest odporny na „aktorstwo” naturszczyków;
– też walczyłby ze śnieżnymi rekinami używając granatów;
– jest fanem najtandetniejszych z tandetnych filmów o rekinach;
– ma problemy z bezsennością – ten film zadziała lepiej niż jakikolwiek lek;
– chce móc się chwalić, że naprawdę wie co kryje się pod stwierdzeniem: „żenujący paździerz”;

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2021 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com