Jak czytać potwora. Od laboratorium do…
To, o czym pisałam w poprzednim poście, było zaledwie wprowadzeniem do świata, w którym narodził się doktor Frankenstein. Skupiłam się na realiach społeczno-kulturowych, które ukształtowały autorkę oraz spuściźnie światopoglądowej, jaką odziedziczyła po rodzicach. Teraz możemy przyjrzeć się bliżej samemu utworowi – jego genezie, drogom interpretacji i odpowiedzieć sobie na pytanie, dlaczego historia o doktorze Frankensteinie i jego potworze okazała się ponadczasowym hitem.
Geneza
Lorda Byrona powinien znać każdy szanujący się bibliofil. Ów poeta przeklęty, był postacią na tyle nietuzinkową i magnetyczną (Lady Caroline Lamb mawiała o nim: „Mad, bad and dangerous to know”), że nikogo nie powinno też dziwić, iż to właśnie pod jego wpływem Mary Shelley przystąpiła do pisania swojej wspaniałej powieści. Latem 1816 roku, podczas pobytu nad Jeziorem Genewskim, to właśnie on rzucił towarzystwu wyzwanie, by każdy napisał własną historię grozy. W przedmowie do drugiego wydania „Frankensteina” (jak wspominałam w poprzednim tekście, pod tym wydaniem się już podpisała), Mary przyznała, że początkowo nie potrafiła wymyślić niczego godnego uwagi. Dopiero po jednej z wielu dyskusji o zasadzie życia, galwanizmie i eksperymentach naukowych przydarzył jej się sen-wizja o „bladym studencie sztuk nieświętych”, który powołał do istnienia ożywione ciało. I, nomen omen, zaiskrzyło. „Frankenstein”, którego do dziś czytamy, jest więc pokłosiem sennego koszmaru. Ale nie tylko.
Z pewnością niemały wpływ na powstanie powieści miały głośne eksperymenty Luigi Galvani, który przypadkiem odkrył, a następnie metodycznie zbadał zjawisko pobudzania martwej tkanki za pomocą elektryczności. Warto dodać jako osobliwą ciekawostkę, że o ile badania Galvaniego miały charakter ściśle naukowy, o tyle jego siostrzeniec, Giovanni Aldini, pozwolił sobie na znacznie bardziej widowiskowe i makabryczne eksperymenty. Kontynuując dzieło wuja, organizował publiczne demonstracje przy szubienicach, poddając świeże zwłoki działaniu prądu, ku przerażeniu i fascynacji zgromadzonych tłumów.
Być może – chociaż Shelley sama nigdy tego nie potwierdziła – pisząc, uległa też fascynacji pewnym alchemikiem. Chodzi o Johanna Konrada Dippela teologa, alchemika i lekarza, który urodził się i mieszkał w młodości na Zamku Frankenstein (!) nieopodal Darmstadt w Hesji. Wiadomo, że zajmował się eksperymentami chemicznymi i opracował preparat znany jako „olej Dippela” (Oleum animale Dippelii), otrzymywany w procesie destylacji substancji pochodzenia zwierzęcego. Interesował się także zagadnieniem przedłużania życia, i chciał stworzyć eliksir, który to umożliwi. Wokół jego osoby szybko zaczęły narastać mroczne opowieści: o rzekomych eksperymentach na ludzkich zwłokach, o grabieżach grobów, o praktykach balansujących na granicy bluźnierstwa. Nie ma jednak wiarygodnych dowodów, by podobne historie miały pokrycie w faktach – to raczej legenda, która przylgnęła do nazwiska i miejsca urodzenia.
Dippel stał się w pewnym sensie ofiarą swojej epoki – czasu, w którym nauka gwałtownie wyrywała się z objęć przesądu, lecz w oczach wielu wciąż pachniała siarką, dlatego jego obsesyjne poszukiwanie tajemnicy życia łatwo było pomylić z konszachtami z diabłem i czarną magią.
Na klimat grozy i ponurą atmosferę „Frankensteina” ogromny wpływ miał również krajobraz otaczający Mary Shelley podczas tworzenia powieści. Lato 1816 roku przeszło bowiem do historii jako „lato bez lata” – niebo zasnuwały wtedy gęste chmury pyłu wulkanicznego po wybuchu Mount Tambora (nadal czynny stratowulkan na wyspie Sumbawa w Indonezji). Nad Jeziorem Genewskim dominowała więc mroczna niemal apokaliptyczna aura: mgły, szarości, deszcze, a nawet przymrozki. Biorąc pod uwagę, że właśnie w takim złowrogim, ponurym otoczeniu, przebywała autorka, gdy wraz towarzystwem snuła opowieści o duchach i eksperymentach naukowych, nic dziwnego, że klimat „Frankensteina” jest tak depresyjny.
Podsumowując: choć Mary Shelley prawdopodobnie nigdy nie postawiła stopy w murach Zamku Frankenstein, trudno uwierzyć, by nazwisko jej najsłynniejszego bohatera było czystym przypadkiem. Zapewne słyszała bowiem legendy o ekscentrycznym alchemiku Dippelu, który miał eksperymentować z ciałami i „olejem życia”. Znała też na pewno wyniki elektryzujących – dosłownie i w przenośni – eksperymentów Luigi Galvani i makabryczne widowiska jego siostrzeńca Giovanni Aldini, który wprawiał w konwulsje nie tylko ciała zwierząt, lecz również dopiero co straconych więźniów. Gdy dodać do tego ponure lato nad Jeziorem Genewskim, literackie ambicje młodej autorki oraz prowokacje Byrona, to można odnieść wrażenie, że przepis na „Frankensteina” właściwie napisał się sam.
Wiktor
Historię doktora zna niemal każdy. Młody, ambitny Wiktor Frankenstein, zafascynowany potęgą nauki, postanawia przekroczyć nietykalną dotąd granicę i stworzyć życie z martwych fragmentów ludzkich ciał. Gdy eksperyment kończy się niesamowitym sukcesem, wszystko zaczyna się psuć. Doktor, widząc swoje dzieło, zamiast poczuć zachwyt, spanikował. Zamiast triumfu pojawił się instynktowny lęk, odraza i przerażenie. W tym momencie jego „dziecię” – nie wiedząc kim jest, w świecie, którego nie rozumie – zostało odrzucone po raz pierwszy. A potem było już tylko gorzej.
Początkowo potwór był potworem wyłącznie z wyglądu. Próbował się socjalizować, doświadczać i poznawać. Jednak z czasem, doznając coraz dotkliwszej pogardy i bolesnego odrzucenia, bestia zaczęła rodzić się także w jego wnętrzu. Skoro wszyscy, na pierwszy rzut oka, uznawali go za zdolnego do najpodlejszych czynów i okrucieństwa, postanowił dać im to, czego oczekują. Całe zło, którego doznał, przekuł w głód zemsty wobec tego, którego uznał za winnego swojego cierpienia. Pragnąc miłości, zaczął zabijać i odbierać swojemu twórcy każdego, na kim mu zależało. Wpadając w spiralę nienawiści i obsesji, stwór próbował nawet wymusić na doktorze kolejne „ożywienie” w zamian za obietnicę spokoju. Jak się to dla obojga skończyło, wszyscy wiemy. W tej tragedii nie było zwycięzców.
Piekło to inni
Powieść pokazuje, jak wielką rolę w narodzinach zła odgrywa społeczeństwo. Jeśli w człowieku drzemie cień, to najczęściej na światło dzienne wyciągną go inni. Potwór nie rodzi się zdolny do nienawiści; uczy się jej, krok po kroku, od tych, którzy mieli go pokochać. W tym wymiarze „Frankenstein” staje się opowieścią o naszej hipokryzji. Bo łatwo przychodzi nam mówić o miłości bliźniego, o tym, by nie sądzić po pozorach. Lubimy napychać sobie usta pustymi frazesami i powtarzać wzniosłe hasła, dopóki nie staniemy oko w oko z kimś, kto, w jakikolwiek sposób, się od nas różni. Wtedy, zapominając wszystko, co wcześniej mówiliśmy, pierwsi wydajemy wyrok.
W tej historii pojawia się również gorzka refleksja o odpowiedzialności. Powołanie kogoś do życia – dosłownie lub metaforycznie – nie kończy się na samym akcie stworzenia. Wiktor, przerażony swoim dziełem, nie potrafi zmierzyć się z konsekwencjami własnego działania ani właściwie zatroszczyć się o to, co stworzył. Z tej perspektywy to on sam jawi się jako potwór – przez swoją niedojrzałość i tchórzostwo. Sięgnął po rolę równą boskiej, zapragnął przekroczyć granicę śmierci, lecz nie uniósł ciężaru, który się z tym wiązał. Nie sprawdził się ani jako twórca, ani jako ojciec. A opuszczone dziecko – pozbawione miłości i nauczone pogardy – odpowiedziało światu złem.
W tym miejscu warto nadmienić, że tę historię można odczytać także inaczej: jako opowieść o kulturowej grze, w którą każdy z nas musi wejść, aby osiągnąć pełnię siebie, czyli o dojrzewaniu. W pewnym momencie życia trzeba odciąć się od cudzych projekcji i podążyć własną drogą. To proces trudny, wymagający siły i wsparcia – a bez niego potwór nie miał szans przejść go bez szwanku.
Oczywiście, to nie jedyne klucze do odczytania powieści. Frankenstein jest przecież „Nowym Prometeuszem”, ponieważ jego bunt wobec naturalnych i boskich granic nie jest jedynie aktem pychy, lecz siłą napędową poznania i postępu. Tworząc życie z martwych ciał, Wiktor przełamuje dotychczasowe ograniczenia człowieka, a tragiczne konsekwencje jego czynu pokazują, że prawdziwy rozwój rodzi się z nieposłuszeństwa i odważnego łamania reguł. Tak jak ogień Prometeusza dał ludziom narzędzie do przemiany świata, tak eksperyment Frankensteina otworzył ludzkości możliwość przekraczania granic śmierci.
Sama nauka w tej historii nie jest demonizowana; wręcz przeciwnie – to siła, dzięki której ludzkość poznaje świat, przesuwa granice możliwości i odkrywa to, co wcześniej wydawało się niemożliwe. Problem pojawia się dopiero wtedy, gdy pragnienie odkrycia staje się ważniejsze niż refleksja i umiejętność działania po fakcie. W tym sensie historia Wiktora Frankensteina jest historią postępu w pigułce. Każde wielkie odkrycie niesie bowiem ze sobą zarówno błogosławieństwa, jak i zagrożenia, a kolejne osiągnięcia naukowe od zawsze stawiają ludzkość przed dylematem, czy to co robimy przyniesie więcej pożytku czy szkody, czy uniesiemy ciężar wiedzy i będziemy potrafili odpowiedzialnie z niej korzystać. Niestety, tak jak Wiktor, ludzkość uczy się dopiero w praktyce, że moc odkrycia wymaga rozwagi i odpowiedzialności.
W centrum tej opowieści pulsuje także napięcie między twórcą a dziełem. Dzieło staje się lustrem, w którym twórca widzi własną pychę, lęk i niedojrzałość. Im bardziej Wiktor próbuje odciąć się od swojego czynu, tym silniej zostaje z nim związany. Relacja twórcy i dzieła staje się więc przestrogą: każde stworzenie – czy będzie to istota żywa, wynalazek, idea – wymaga nie tylko wielkiego geniuszu i ślepej ambicji, ale także dojrzałości. Nauka rozwija człowieka, ale nie powinna tłumić jego sumienia.
Siłą tej powieści jest także to, że nie oferuje prostych podziałów na dobro i zło. Każdy w pewnym sensie ponosi winę za to, co się stało: twórca za porzucenie, społeczeństwo za okrucieństwo, a potwór za wybór zemsty. To właśnie ta niejednoznaczność czyni historię tak przejmującą. Czytelnik nie może wygodnie wskazać jednego winnego i zamknąć sprawy. Musi zmierzyć się z myślą, że zło bywa procesem i że często wszyscy mamy w nim swój udział. Dlatego trudno nie współczuć, trudno nie rozumieć…
Jeśli czytać „Frankensteina” kluczem rodziców autorki, staje się on historią splecioną z ideami ich życia i myśli. Z ojca, Williama Godwina, czerpie anarchistyczną krytykę hierarchii i władzy – bunt jednostki wobec narzuconych praw i struktur. Z matki, Mary Wollstonecraft, powieść dziedziczy wrażliwość nierówność i znaczenie empatii – pokazuje, że zaniedbanie emocjonalne i społeczna marginalizacja mogą rodzić tragedię. W tym świetle „Frankenstein” nie jest tylko opowieścią o nauce i ambicji, lecz refleksją nad wolnością, odpowiedzialnością i moralnym kształtowaniem jednostki. I wyrazem głębokiej tęsknoty.
Natura
Badacze literatury często zwracają uwagę na jeszcze jeden ciekawy aspekt powieści. W „Frankensteinie” przyroda to nie tylko tło – to barometr dla stanu ducha bohaterów. Gdy Wiktor tonie w lęku i poczuciu winy, nad jego światem zbierają się burze. Krajobraz staje się surowy, lodowy, niemal wrogi. Górskie pustkowia, ciemne lasy i lodowe przestrzenie obrazują jego samotność i wewnętrzne rozdarcie. Nawet kiedy pojawia się chwilowe ukojenie, to obciążone nostalgią i smutkiem. Nawet chwile pozornego ukojenia są obciążone nostalgią i smutkiem. Wszystko przypomina, jak kruchy jest człowiek wobec potęgi natury. A człowiek – ignorant pierwszej wody – niczego nie słyszy, choć wszystko do niego krzyczy, żeby się opamiętał.
*
O tej powieści można mówić bez końca – analizować symbole, tropić filozoficzne inspiracje, rozkładać na czynniki pierwsze relacje i motywacje bohaterów. Można rozbijać każde zdanie na atomy. A jednak każda interpretacja pozostawia pewien niedosyt. Bo „Frankenstein” to nie tylko historia o eksperymencie wymykającym się spod kontroli. To opowieść, która wciąż żyje, bo dotyka spraw uniwersalnych i wciąż aktualnych: granic ludzkiej ambicji, ciężaru odpowiedzialności, potrzeby bliskości i ceny odrzucenia.
*
Na zakończenie warto spojrzeć, jak powieść została przyjęta przez współczesnych. Wiecie, że ówczesna krytyka zarzucała Frankensteinowi, że jest zbyt makabryczny i niestosowny, bo temat nie przystoi młodej damie? Tak, dobrze czytacie – w XIX wieku nie wypadało, by kobieta pisała takie bezeceństwa! Za życia Mary Shelley widziano raczej w niej wdowę po romantycznym poecie Percy Bysshe Shelley’u i córkę radykalnych intelektualistów – Mary Wollstonecraft i Williama Godwina – niż samodzielną, nowatorską pisarkę. Bo tak było wygodniej. Bo to pasowało do powszechnego – pseudonaukowego – przekonania, że kobiety, z racji rzekomych „wad anatomicznych”, nie mogą być inteligentne.
Choć powieść szybko zdobywała popularność, zwłaszcza dzięki adaptacjom scenicznym, krytycy i tak nie byli zadowoleni i potępiali powieść za jej „prowokacyjność” zamiast docenić jego filozoficzną głębię, która wręcz emanowała z każdej strony. Chociaż, by być uczciwym, trzeba przyznać, że zdarzały się pojedyncze głosy poparcia – na przykład Walter Scott chwalił oryginalny geniusz powieści i jej psychologiczną siłę.
Mary Shelley dożyła rozpoznawalności swojego dzieła, ale pełne literackie uznanie przyszło dopiero po jej śmierci. Świat w końcu dostrzegł, że to nie tylko „głupiutka kobieta”, nieszczęśliwa wdowa i córka radykałów, ale ważny głos epoki i prekursorka nowoczesnej fantastyki.
[współpraca reklamowa barter]












