Alicya w Krainie Słów


Drogę gubią ci, którzy obracają się za siebie


Koniec nie nadejdzie


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


La La heLLand

W kontekście „Drogi do L”, koszulka z napisem „Problem Solved”, to niestety nadal pobożne życzenie. Problemu nie można bowiem uznać za rozwiązany dopóki, dopóty chociaż jeden człowiek, w jakimkolwiek zakątku ziemi jest niewolnikiem sek*ualnym. Czy to kobieta, dziecko, czy mężczyzna. Bo wbrew temu, co może nam się wydawać, to ta forma przemocy, która nadal, i za bardzo, ma się dobrze na świecie.

***

Lektura awanturniczej „Drogi do L” jest jak skok na główkę do pustego basenu. Nie ważne jak dużo trenujesz, jak długą zrobisz rozgrzewkę i ile śrub wykręcisz: nic nie przygotuje cię na to, co cię czeka. Bo chociaż powieść Joanny Lampki czyta się nader lekko, nie mamy w tym przypadku do czynienia z tekstem ani infantylnym ani niezobowiązującym. Stanowi on za to wyrafinowane oskarżenie wysunięte pod adresem naszego świata – opartego wciąż na tych samych zależnościach i cichej społecznej akceptacji przemocy wobec słabszych. Normalizowaną, spychaną na margines, nie pasującą do ślicznych obrazków, jakimi tapetujemy rzeczywistość wokoło siebie, by tylko nie widzieć postępującej  degrengolady.

Joanna Lampka uznała, że najwyższy czas, znów krzyknąć: DOŚĆ tego, TUTAJ jesteśmy! Że najwyższa pora znów upomnieć się o nasze serca i sumienia. I wiecie co? Robi to dobrze i nie bierze przy tym jeńców. Bez wątpienia mamy więc do czynienia z książką, którą czyta się emocjami i z narastającą wściekłością. Taką, która wywołuje szok, nie daje w spokoju zasnąć i taką, która nie pozwala długo o sobie zapomnieć. Bo wstrząsa, obrzydza i sprawia, że krew gotuje się w żyłach. W „Drodze do L”, od pierwszych stron, doświadczamy bezsilności ofiar. Zostajemy rzuceni w sam środek kotła praktyk, takich jak: handel żywym towarem (bohaterkę do bur*elu sprzedają rodzeni bracia), brutalne, zbiorowe gwa*ty, chłosta i bicie za nieposłuszeństwo i donosy (mechanizm łamania człowieka jest niezwykle prosty). To realia o których wciąż za mało się mówi. Tutaj człowiek to tylko niewiele znaczący kawałek miejsca z dziurami w odpowiednich miejscach – zużyty zostaje zutylizowany. Ofiar i tak nikt nie chroni ani nie liczy, aparat państwowy w tym zakresie jest tylko karykaturą samego siebie. Niestety, tak prezentująca się, odrażająca forma współczesnego niewolnictwa ma się wyjątkowo dobrze, bo człowiek dla zysku (i z poczucia władzy) gotów jest odrzeć innych i siebie z człowieczeństwa.

Dla nas czytelników – żyjących w bezpiecznych bańkach, którym wydaje się, że podobne praktyki, to zamierzchła przeszłość albo (co najwyżej!) sytuacje rozgrywające się w biednych krajach – obraz świata przedstawionego w powieści jest, jak cios w splot słoneczny. Bo to cywilizowana Anglia, wysoko postawieni politycy i wszędobylskie przymykanie oczu. Skąd więc pewność, że nas to nie dotyczy, że nie dzieje się obok? Przecież przestępcy funkcjonują w ramach pewnych struktur nierówności – a te pojawiają się wszędzie. Po tym ciosie, powalającym nas na łopatki, kiedy zastanawiamy się, co tu można jeszcze dodać, wydarza się ciąg dalszy. Joanna Lampka ogromie nas zaskakuje, a ciężar powieści totalnie się zmienia.

Zastanówmy się bowiem co mogą zrobić cztery kobiety, które uciekając z miejsca kaźni pozostawiły za sobą tylko zgliszcza. Kobiety, które różni właściwie wszystko, a łączy to, że są wyrzutkami odzyskującymi sprawczość i kontrolę nad swoim życiem. Nie mamy tutaj do czynienia z cukierkowym sojuszem, czyniącym z kobiecej solidarności mdłą mrzonkę. Tkwi w nim siła, szaleńcza furia, która nie pozwala cofnąć się bohaterkom przed niczym, jeśli chcą ocaleć i zbudować siebie na nowo. Nawet, jeśli w grę wchodzi, zadzieranie z najmożniejszymi tego świata i rozmontowywanie, krok po kroku, ich zwyrodniałego imperium. W takim duchu – awanturniczym, dzikim, chociaż nadal nie pozbawionym refleksji nad tym, co stanowi konstytutywny element naszej współczesności – utrzymuje się dalsza część powieści. Dotkliwiej wybrzmiewa w niej perspektywa ekonomiczno-klasowa, jako przyczyna rozgrywającego się wokoło zła i fakt, że im bardziej pragnie się wolności, tym dotkliwiej odczuwa się, że ona tak naprawdę wcale nie istnieje. A jeśli już, to tylko dla uprzywilejowanych bogatych. Obrzydliwie bogatych.

I znowuż, to nie wszystko. Wraz z Marlą, Key, Rei i Lucy, docieramy bowiem do miejsca, które chociaż na pierwszy rzut oka może wydawać się zanadto wydumanym, to w rzeczywistości jest bardzo prawdopodobne. Nie tylko jako metafora. Jedyne słowa, którymi można podsumować jego istnienie są takie, że raj ani nie został utracony ani odzyskany – raj po prostu nigdy nie istniał. W kontekście powieści, głębia tego stwierdzenia jest porażająca. Po wielokroć.

***

Jednym z wyróżników „Drogi do L” jest jej widowiskowość i spektakularność. Połączenie bolesnej tematyki, awanturniczych odwołań do klasycznych wzorców przygodowych, a także humoru i ironii, pozwalają na prowadzenie wymyślnej gry z odbiorcą i zręczne żonglowanie kliszami, bynajmniej nie tylko ku pokrzepieniu kobiecych serc. Dla wszystkich warstw i motywów, zgrabnie ukrytych pod płaszczykiem sensacyjnej powieści, można przymknąć oko na wątek romantyczny (muszę przyznać, że skoro już jest, to adekwatny, bo łączący mocno pokaleczonych ludzi, bez lukrowanych fajerwerków) i natężenie zbiegów okoliczności (wszak pasujących do dynamiki konwencji). Ważniejsza jest tu miłość ponad podziałami, zdrowa emancypacja, strata, siła sióstr, ich nieujarzmiona wola walki i brudna prawda o świecie, któremu trzeba czasami przywalić w paskudną gębę.

Co prawda w umieszczonym na końcu książki wywiadzie z jedną z bohaterek (Tak, Joanna Lampka fenomenalnie, to rozegrała!) zdradza co nieco na temat odczytywania tytułu, ale trudno nie zauważyć, że są to tylko sugestie. Same nasze poszukiwania jego sensu podczas lektury dają sporo frajdy. Zaraz na początku książki myślałam, że pod tajemniczym „L” kryje się Wyspa Lesbos – jak się okazało, wyspa w książce jest, ale zgoła inna. Do głowy wpadały mi także słowa takie jak: Liberty, Lady Love, Life, a nawet fraza La La Land. I wiecie co, wydaje mi się, że tak naprawdę w każdym z nich znajduje się cząstka prawdy i nijak nie warto w tym przypadku rezygnować z własnych przeczuć i skojarzeń.

„Drogę do L” polecam wam ze wszystkich sił. Będziecie przy niej płakać, będziecie zaciskać pięści, będziecie wściekać się i warczeć. Będziecie na zmianę rzucać nią o ścianę i ją przytulać. Nie mam wątpliwości, że doświadczycie tej historii w pełni, z każdą z jej bohaterek, na czterech wyboistych drogach. Lampka stworzyła powieść wymykającą się schematom, nietuzinkową, zaskakującą, wielowarstwową i zwyczajnie ciekawą. Tak w podejściu do tematu, jak i w jego realizacji. Jeśli dodać do tego miękki i sugestywny styl autorki, to wierzcie mi: takie książki nie trafiają się co dzień. Szkoda byłoby ją przegapić.

[współpraca reklamowa barter]

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2026 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com