Nieśmiertelność pisarza
Zacznę od ciekawostki.
Słyszeliście kiedyś o Turku? I nie, nie chodzi mi o mieszkańca Ankary, ale o zdumiewającego „androida” sprzed wieków. Maszynę samodzielnie grającą w szachy, przy pomocy której, przez kilka dekad oszukiwano świat. Cała hucpa z mechanicznym szachistą miała swój początek w 1769 roku, kiedy to, węgierski wynalazca Wolfgang von Kempelen, zaprezentował światu niezwykły automat. Jego kształt i dbałość o szczegóły (turban na głowie, fajka w ustach – by jak najbardziej przypominał tureckiego baszę) robił na widzach onieśmielające wrażenie, sugerował bowiem, że rozgrywa się partię z maszyną udającą człowieka – która, co znamienne często z żywym graczem wygrywała. Podobno z Turkiem zmierzyli się nawet Benjamin Franklin, Charles Babbage i Napoleon Bonaparte.
O humanoidalnym robocie opowiadano przede wszystkim z fascynacją, jako o cudzie techniki. Podsycany przez oszustów rozgłos sprawił, że wielu ludzi uwierzyło, że na ich oczach zaczęła zacierać się granica między maszynami a ludźmi. Nie każdy jednak w tę bezczelną mistyfikację uwierzył. Gdy w 1835 roku showman Johann Maelzel przywiózł Turka do Stanów Zjednoczonych, jego pojawienie się spotkało się z natychmiastową reakcją samego Edgara Allana Poe. Od początku coś mu w tym wszystkim nie pasowało: ruchy maszyny były zbyt ludzkie, zbyt długo także wahał się i „zastanawiał”. Jego podejrzenia okazały się całkowicie słuszne: Turek nie był bowiem maszyną udającą człowieka, a człowiekiem udającym maszynę. W środku ustrojstwa chował się bowiem, wysokiej klasy szachista. A raczej szachiści, bo w tym szachrajstwie brała udział całkiem spora liczba osób.
Poe, zareagował w swoim stylu: napisał błyskotliwy esej demaskatorski. Stawiał w nim siebie w roli tropiciela faktów, mistrza weryfikacji i wielkiego racjonalisty. Autor słynnej biografii pisarza, John Tresch, poddaje jednak w wątpliwość oryginalność wywodów Poe, ale to tak naprawdę czyni jego postać jeszcze ciekawszą i wielowymiarową, pozwala bowiem spojrzeć na mistrza z wielu różnych perspektyw.
Trudno uwierzyć, że ten wyprzedzający swoje czasy, dziś niemal legendarny autor, za życia borykał się z biedą, był wiecznie zadłużony, pracował dorywczo w różnych redakcjach i uchodził za niespokojnego ducha. Gdziekolwiek się pojawiał, ciągnęła się za nim opinia ekscentryka, pijaka (podobno lubił mieszać laudanum z mocnymi trunkami), a nawet narkomana i nekrofila. Jego kontrowersyjny ślub z trzynastoletnią kuzynką, Virginią Clemm, wzbudzał niepokój nawet w realiach XIX wieku. Nigdy jednak nie potwierdzono, by Poe miał skłonności pedofilskie – przypuszcza się, że związek ten nie został skonsumowany. Przypominał bardziej relację brata i siostry niż męża i żony. Poza tym po śmierci Victorii poeta wiązał się raczej z „dojrzałymi” kobietami. Dodać do tego należy trudny charakter, cięty język i niezwykły talent do zrażania do siebie ludzi – i oto mamy obraz pisarza, którego życie prywatne było równie mroczne i burzliwe, co jego opowieści. Łatwo na tej podstawie stworzyć sobie w głowie obraz ponurego marzyciela, pechowego nieszczęśnika, którego byle drobiazg mógł strącić w przepaść wprost w objęcia melancholii a nawet szaleństwa.
Warto wspomnieć również o wydarzeniu, które rzuciło cień na ostatnie lata życia Poego i odbiło się echem w jego twórczości. 14 marca 1843 roku pisarz otrzymał życiową szansę: został zaproszony na spotkanie z samym prezydentem Stanów Zjednoczonych w Białym Domu. W ciągu kilku minut mógł odmienić swój los – uciszyć krytyków, którzy pogardliwie nazywali go „jingle manem” (czyli „brzękajłą”), i wkroczyć na salony z należnym mu respektem. Niestety, zamiast wykorzystać tę wyjątkową okazję, Poe postanowił… ruszyć w tango. Do Białego Domu przybył kompletnie pijany i bełkotliwie zażądał audiencji u prezydenta. Zamiast spotkania – został wyrzucony za drzwi. Szansa przepadła bezpowrotnie.
Nawet śmierć Poego obrosła legendą i do dziś pozostaje zagadką, nad którą głowią się badacze. Zmarł cztery dni po tym, jak znaleziono go błąkającego się po ulicach – nieprzytomnego i ubranym nie w swoje rzeczy.
*
Edgar Allan Poe w jednym ze swoich listów stwierdził, że pisarz musi być przede wszystkim czytany. I trzeba przyznać, że ten cel udało mu się zrealizować w pełni. Jego twórczość nie tylko znana jest dziś na całym świecie i nieustannie wznawiana, ale i jego twarz – ta z charakterystycznego dagerotypu: z wąsami i melancholijnym spojrzeniem -stała się ikoną popkultury. Któż z fanów literatury grozy nie czytał chociażby „Upadku domu Usherów”, „Kruka”, „Studni wahadła” albo „Czarnego kota”? Któż nie słyszał przeróżnych anegdot na temat Poego? O honorarium za wspomnianego „Kruka”, które wynosiło tylko 10 dolarów, o wspomnianych już powyżej hulakach, nieszczęśliwym małżeństwie, i o tym, że po jego śmierci Rufus Griswold – wróg Poego – opublikował oczerniający go nekrolog i biografię, które przez dekady wpływały na jego złą opinię w USA. W ogóle to dosyć ciekawe, że w Stanach Poe miał pod górkę, a w Europie uważano go za wizjonera i mistrza nastroju (m.in. dzięki Charles’owi Baudelaire’owi).
*
Bez wątpienia, to co pozostawił po sobie, to literatura przez wielkie „L”. Mądre głowy, znawcy słowa pisanego oraz akademiccy krytycy literatury zdążyli już niemal wszystko powiedzieć na temat jego twórczości. Trudno więc, żebym to ja – mały, szary żuczek -nagle zabierała się za wygłaszanie własnych mądrości o kanonicznych tekstach. Brakuje mi do tego zarówno narzędzi, jak i wiedzy. Co więc mogę dodać od siebie? Przede wszystkim to, że wyprawa w przeszłość z Poem to zawsze melancholijna i mroczna, nieśpieszna przygoda. To także fakt, że jego literatura się nie starzeje. Trudno nie docenić nieograniczonej wyobraźni autora, jego nowatorskiego podejścia, przemyślanych fabuł, literackiego kunsztu oraz znaczenia, jakie w jego twórczości – zarówno poetyckiej, jak i prozatorskiej – mają rytm i brzmienie. Co więcej, fascynujące jest to, że jego dzieła nie są ani egalitarne, ani hermetyczne. Poe doskonale zdawał sobie sprawę, że aby zarabiać na pisaniu, musi trafiać do czytelników, a jednocześnie jego utwory potrafią zaspokoić bardziej wyszukane gusta.
Za najwybitniejsze opowiadanie naszego poety mroku, wielu badaczy uważa „Zagładę Domu Usherów”. Już pierwsze zdania tego utworu, przenoszą nas do mrocznej krainy, gdzie wszystko zdaje się osaczać ponurą aurą. Do posiadłości Usherów, osadzonej tuż obok posępnego – jak i reszta krajobrazu – jeziora, udaje się nasz coraz bardziej zdjęty niepokojem bohater. Ma zamiar odwiedzić Rodericka Ushera, swojego przyjaciela z dziecięcych lat. To co zastaje na miejscu z czasem go przerasta. Gospodarz trawiony przez tajemnicze bolączki i niepokoje popada w obłęd, a jego siostra, eteryczna Madeline, równie wycieńczona – coraz bardziej gaśnie, aż w końcu umiera. Śmierć kobiety nie jest tu jednak końcem koszmaru, ale paradoksalnie jego początkiem. Wszystko zmierza u ku klęsce i tragedii. Aby ta się dopełniła, rzeczywistość musi rozpaść się doszczętnie. Nasz bohater stając się świadkiem zdarzeń, które wymykają się ludzkiemu pojmowaniu, ucieka w siną dal, a posiadłość, jakby z żalu, niknie w odmętach jeziora.
Poe, lubujący się w literackich eksperymentach, splótł w „Zagładzie… wątki gotyckie z elementami fantastycznymi, doprawiając apokaliptycznym językiem wprost z Biblii i alchemicznymi obrazami. Jednym z ciekawszych symboli pojawiających się w opowiadaniu jest Czerwony księżyc – prawdopodobne nawiązanie do figury Czerwonego Króla, alchemicznego znaku ostatecznej przemiany, uwolnienia duszy z więzienia cielesności. Cała konstrukcja utworu, podporządkowana zasadzie chiazmu, zdaje się być nie tylko opowieścią o upadku rodu, ale również kunsztowną „medytacją nad kompozycją i dekompozycją” – egzystencji, budowli i struktury.
Nie da się ukryć, że nad twórczością Poe unosi się cień bólu i straty – konsekwencja zarówno traumatycznego dzieciństwa, jak i przedwczesnej śmierci ukochanej. To właśnie lęk, mrok i głęboki smutek najczęściej kojarzą się z jego dziełami. Jednak mało kto zdaje sobie sprawę, że Poe miał również wyśmienite poczucie humoru i pisał teksty satyryczne. Warto w tym miejscu przypomnieć opowiadanie „Król Mór” – błyskotliwą krytykę ówczesnej sceny politycznej, a także intrygujący i pełen gier słownych „Złoty żuk”. W tym drugim dziele odnajdziemy także fascynację autora zagadkami, szyframi i tajemnicami, które nadają opowieści wyjątkowy, niemal detektywistyczny charakter.
Jeśli macie ochotę na kolejne spotkanie – zarówno z Poe jako poetą, jak i prozatorem – warto sięgnąć po najnowsze wydanie jego tekstów. Trzeba przyznać, że Wydawnictwo Replika ponownie stanęło na wysokości zadania. Zapraszam więc do świata pełnego majaków, tajemnic i niepokojących wizji, gdzie granica między rzeczywistością a snem jest niezwykle cienka. Kto raz tu zajrzy, ten…raczej wiadomo – Poe, nie bez powodu, na przekór wielu, stał się nieśmiertelny.
[współpraca reklamowa barter]













