Nonstead, przedsionek piekła?
Dla mnie była to powtórna wycieczka do Nonstead. Pamiętałam tylko szczątkowy zarys fabuły i to, że poprzednim razem, bez reszty kupił mnie klimat powieści. Niestety, trudno było mi przypomnieć sobie bardziej konkretne szczegóły. Wiedziona ciekawością, gdy powieść znów trafiła w moje ręce, chciałam szybko wszystko sobie odświeżyć. Wiecie jak to jest: miało być tylko kilka stron, tak na próbę, żeby znów wczuć się w tę historię. I nie wiem, czy urok rzuciła na mnie wszechogarniająca cisza, czy może to wina nocnej, wyostrzającej zmysły atmosfery niepokoju, ale wsiąkłam totalnie i nie potrafiłam książki odłożyć. Każda kolejna strona wciągała mnie coraz głębiej w świat bohaterów, ich emocji i tajemnic. Zanim się obejrzałam, był już środek nocy, a ja wciąż przewracałam kartki z rosnącym napięciem.
Na chwilę zamienię się w ciotkę dobrą radę i zacznę swoje rozważania o powieści Mortki tak: jeśli kiedyś zdarzy się wam nabroić tak bardzo, że będziecie zmuszeni zmieniać tożsamość i ukrywać się w zapomnianej przez świat dziurze, pamiętajcie o jednej, najważniejszej zasadzie – sprawdźcie dokładnie miejsce, do którego się wybieracie, bo możecie wpakować się w niezłe tarapaty, tak jak Nathaniel.
Jak się zapewne domyślacie, wspomniany Nathaniel (o uroczym nazwisku, przypominającym mi o tym, że po wymianie okien muszę wreszcie pewne ustrojstwo zamontować – McCarnish) to główny bohater „Miasteczka Nonstead”. Jako autor bestsellera doświadczył złej strony sławy, a na dokładkę rzuciła go dziewczyna – Fiona. Uznał więc, że najlepiej będzie zerwać z dotychczasowym życiem i na jakiś czas zniknąć. Dokonał jednak kiepskiego wyboru. Miejsce, w którym wynajął nowy dom, nie okazało się bowiem wymarzoną, bezpieczną przystanią.
I to nie dlatego, że właśnie w tym zapomnianym przez świat miasteczku spędził najwspanialsze chwile ze swoją byłą – więc wspomnienia czyhają na niego na każdym rogu – ani dlatego, że zostaje od razu rozpoznany przez miejscową nauczycielkę jako „ten” pisarz. Chodzi o to, że w Nonstead uwiła sobie gniazdko jakaś złowieszcza siła, która doprowadza ludzi do obłędu i karmi się ich szaleństwem. Nathan z niepokojem odkrywa więc, że tutejszy pastor odbiera telefony z piekła, miejscowy staruszek całkiem trafnie wróży z drobnych ogłoszeń, demon nocami dyskutuje z małą dziewczynką, w lesie stoi chatka, której nie da się spalić, a jakby tego było mało – ktoś ciągle mówi do niego z radia! Początkowo oszołomiony mężczyzna za wszelką cenę próbuje dowiedzieć się, co się tutaj dzieje i jak to coś pokonać. Całe szczęście, że Nathana wspierają miejscowy drwal Skinner i wspomniana już nauczycielka Anna, bo w przeciwnym razie nasz bohater bardzo szybko źle by skończył.
Muszę przyznać, że Mortka naprawdę świetnie skonstruował swoich bohaterów – zarówno tych „zwykłych” mieszkańców przeklętego miasteczka, jak i członków „ekipy do walki z tym czymś”. Szczególnie przypadł mi do gustu Skinner – pogodzony z rolą, jaką wyznaczyło mu życie, czujny, szorstki, a przy tym obdarzony poczuciem humoru, które idealnie trafia w moje. Potrafi rozładować napięcie dokładnie wtedy, gdy czytelnikowi zaczyna szybciej bić serce – i robi to bez przesady, bez sztucznego dowcipu.
No i ten demon… Cóż, na pierwszy rzut oka istota mordująca pedofili brzmi jak ktoś, kogo przydałoby się mieć także poza granicami Nonestead. To pomysł intrygujący i nieoczywisty – ale, jak to ze złem bywa, jest ono przewrotne. Niby wiadomo, kto tu jest potworem, a kto ofiarą, lecz im dalej w las (dosłownie i w przenośni), tym wyraźniej widać, że nic nie jest takie, jak się wydaje. Zresztą, jak całe Nonestead.
Kolejnym atutem powieści jest jej klaustrofobiczny, małomiasteczkowy klimat, potęgowany przez jesienną, ponurą – wręcz depresyjną – aurę. Wciąż leje, wieje, jest pochmurno, szaro i paskudnie zimno. Nic, tylko wyhodować skrzela albo zaszyć się pod kołdrą i w ramach ucieczki przed mrokiem zachlać na ament. Nic dziwnego, że ludzie tutaj snują się apatycznie po ulicach – przegrani i pogodzeni z tym, że coś w Nonstead jest mocno nie tak. Im bardziej to, co ich dręczy, staje się namacalne, tym bardziej są tym znużeni.
W mieście musi więc pojawić się obcy, by wyrwać ich z marazmu, by potrafili przyznać przed samymi sobą, że ich rzeczywistość zaczęła pękać – i że procesów tych za nic nie da się zatrzymać. To doświadczenie przebudzającej się świadomości wywołuje podskórny niepokój i buduje w powieści poczucie zagrożenia. Nie zawsze jednak udaje się autorowi utrzymać je na najwyższym poziomie. To, co wywołuje dreszcze, przyciąga nas i niepokoi, póki pozostaje w sferze domysłów. We fragmentach, w których Mortka odsłania przed nami kolejne elementy układanki, budowane z mozołem napięcie nieco przysiada. Wahnięcia te są odczuwalne, ale na szczęście niezbyt uciążliwe i nie powodują, że nasza ciekawość słabnie.
Kolejnym atutem „Miasteczka…” jest bez wątpienia wciągająca, a przy tym mocno zagmatwana intryga. Im głębiej zanurzałam się w ponurą rzeczywistość tego zapomnianego przez świat miejsca, tym bardziej chciałam odkryć, co tu się właściwie dzieje – o co chodzi z czarnym wilkiem, kim jest tajemniczy szaleniec „rzeźbiący” swoje ofiary i jaki związek ma z nim potworny cień. Pod koniec powieści odniosłam jednak wrażenie, że autor miał pewien problem z domknięciem – dotąd znakomicie prowadzonych i enigmatycznych – wątków (być może sam nie chciał jeszcze rozstawać się z miasteczkiem). Nie zawsze poszło mu to gładko. O ile końcowa rola szorstkiego, lecz sympatycznego Skinnera bardzo przypadła mi do gustu, o tyle motyw z Fioną kompletnie mnie nie przekonał. Jej zachowanie i relacja z Nathanem wypadły, moim zdaniem, mało wiarygodnie. Mam jednak nadzieję, że to celowy zabieg, mający w czytelniku wzbudzić lekki dyskomfort – bo może w kontynuacji wydarzy się coś, co postawi pewne kwestie jasno i „kawa na ławę” wyłoży, dlaczego było tak, a nie inaczej.
Godnym uwagi i mającym ogromny potencjał jest jeszcze zawarty w powieści motyw tajemniczego internetowego forum. Wiemy, że rozwój nauki i cywilizacji zabezpieczył nasz byt na tyle, że pozbawił nas większości lęków, które dręczyły naszych przodków, ale nie oznacza to, że, nagle jak za dotknięciem czarodziejskiej różdżki, przestaliśmy się całkowicie bać – zmieniły nam się tylko powody. A jako, że horrory odzwierciedlają nastroje i lęki swoich czasów, to okazuje się, że nawet demony idą z postępem. Ich ofiary muszą się więc liczyć z internetową inwigilacją i szukać sposobów na wyrwanie się z demonicznych macek wirtualnego świata. Muszę przyznać, że Mortka przetworzył ten motyw w bardzo ciekawy sposób.
Nie sposób nie wspomnieć o tym, że Nonstead to miejsce, które na długo zostaje w głowie czytelnika – miasteczko z pozoru senne i spokojne, a tak naprawdę pulsujące własnym, złowieszczym życiem. Można by rzec, że to „miasto umarłe i przeklęte”, gdzie rzeczywistość splata się z koszmarem, a czas rwie się i gubi. Od razu przywodzi na myśl mroczne, surrealne obrazy z „Twin Peaks”, gdzie każda pozornie zwyczajna postać skrywała tajemnicę, czy poczucie niepokoju w serialu „Stamtąd”, w którym świat z pozoru znany nagle staje się obcy i nieprzewidywalny. I wreszcie, klimat śledztwa w cieniu niewyjaśnionego zła przypomina najlepsze momenty „Z Archiwum X” – gdzie coś tak oczywistego jak codzienność nagle okazywało się wrotami do nieznanego i przerażającego.
Mortka zbudował świat, w którym każdy cień i każdy szelest wydają się znaczyć coś więcej. Miasteczko jest miejscem, gdzie podskórna niepewność i poczucie beznadziei nie są tylko elementami fabuły, a jego mroczne tajemnice wciągają nas w pełni, od pierwszej do ostatniej strony. To powieść, która fascynuje, pozostawiając w nas uczucie, że świat, który znamy, może kryć w sobie znacznie więcej, niż jesteśmy gotowi przyznać.
P.S. Początkowo chciałam dać jeszcze dużego plusa za kota, no ale jednak nie. Ci którzy czytali wiedzą, a ci którzy dopiero będą czytać, przekonają się dlaczego.
[współpraca reklamowa barter]










