Alicya w Krainie Słów

Czytanie rzeczy różnorodnych sprawia największą przyjemność


Drogę gu­bią ci, którzy oglądają się za siebie


Nigdy niekończąca się groza...


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


Literacki koci żarcik

Odwieczne prawo mówi: człowiek jest poddanym kota. Nigdy odwrotnie! Książka, którą chciałam wam przedstawić, od pierwszych zdań sprowadza do parteru każdego, kto ośmieliłby się myśleć inaczej. Zresztą Iza Rozbicka z rozbrajającą szczerością przyznaje, że jest tylko autorem-widmo na usługach kota. Orange, kocur o którym będzie tutaj mowa, postanowił bowiem napisać autobiografię. Z niewyjaśnionych jednak przyczyn (ludzki mózg nie jest wystarczająco rozwinięty, by to ogarnąć), zdecydował, że nie będzie robił tego sam.

Na pewno przyczyną tego stanu rzeczy nie jest wrodzona skromność, bo czego by nie mówić o Orange’u, tej cechy z całą pewnością nie posiada. Bliżej prawdy będziemy jeśli założymy, że jego niemoc ma swoje źródło w lenistwie. Przede wszystkim bowiem nasz koci (anty)bohater to mistrz zachowywania energii na później, czyli po prostu wałkoń, który niechętnie zajmuje się czymkolwiek innym poza zachwycaniem się samym sobą. Właściwie więc skrócie można przedstawić go tak:

Obibok
Rozwydrzony
Arogancki
Niedzielęsięjedzenieminajchętniejzjemtwoje
Gnuśny
Egoista

On sam oczywiście postrzega siebie inaczej. Przestawia się jako geniusz finansjery i założyciel jednej z największych sieci telefonii komórkowych w Europie. Poza tym widzi siebie jako świetnego sportowca, arystokratę, przykładnego męża i wspaniałego, tolerancyjnego ojca. Nie trzeba się wybitnie wysilać, by zgadnąć, że większość jego opowieści jest wyssanych z pazurka. Synami nie zajmuje się wcale, wie tylko o istnieniu dwóch cyfr (przecież znajomość „jedynki” i „zera” milionerowi wystarczają), nie jest też zbytnio dystyngowany. I już właściwie spisalibyśmy tego pyszałka na straty, gdyby nie pewna ryzykowna akcja, w której bierze udział. Nasze bożyszcze, władca absolutny i lew kanapowy w jednym, postanawia bowiem wytropić i unieszkodliwić straszną bestię, która nocami terroryzuje okolicę.

W zasadzie niewiele w O-booku akcji. To zlepek pojedynczych epizodów z życia Orange’a i jego rodziny, które szczególnie oryginalnością nie powalają. Kolejne anegdoty układając się w pewną historię mają na celu głównie humorystyczne przedstawienie nam „najbardziej zarozumiałego kota świata”. W moim odczuciu nie do końca się to jednak udało. Niektóre żarty sytuacyjne i słowa przerobione na kocią modłę (np. catsitterka, bizneskot) są wprowadzone w tekst na siłę. Wydaje mi się, że zabrakło ostatecznego „dopieszczenia” tekstu i wyważenia. Np. nadmiar szczegółów przez które przedzieramy się w pierwszym rozdziale niepotrzebnie zamula wstęp. Spokojnie można było je poporcjować i dawkować czytelnikowi w różnych momentach. Nie zaszkodziłoby również rozbudowanie niektórych wątków i skupienie się na świetnych uwagach Orange’a np. takich jak ta (genialna!): Musiałem jej wybaczyć, gdyż weszła do kuchni i otworzyła lodówkę (…) Chciałem zlekceważyć przysmak, aby ją ukarać, ale nie miałem serca.

Tym razem nie przyczepię się do niepolskich imion i nazw pojawiających się w treści. Nie mają one na celu nadania „światowości” książce, są spójne i pasują do arystokratycznej wizji świata Orange’a. W końcu liczy się to jak on postrzega swoją rzeczywistość, a nie to jaka jest ona naprawdę. Skoro chce mieć kamerdynerów, niech ich sobie ma. Nie rozumiem jednak sensu umieszczania w opowiadaniu wtrętów takich jak: zerknąwszy na psa, mało nie zesrałem się ze strachu albo O czym ten debil mówi?! Przecież nawet komuś, kto tylko udaje arystokratę nie przystoi wyrażać się w taki sposób. Poza tym, po co używać tak wulgarnego języka bez potrzeby? Nie wiem jak wy, ale ja znalazłam fabularnego uzasadnienia dla użycia takich zwrotów. Jeśli miało to wprowadzić dosadne elementy humorystyczne, to zabieg średnio się udał, bo one tutaj zwyczajnie nie pasują.

Trudno także określić grupę docelową książki. Oczywiście są nią kociarze, to nie ulega wątpliwości, ale jeśli chodzi o wiek, to mam spore wątpliwości.  Na okładce widnieje informacja, że pozycja skierowana jest do młodzieży. Mam jednak wątpliwości czy ta będzie chciała czytać książkę z obrazkami – swoją drogą rewelacyjnymi i zabawnymi – o zarozumiałym kocurze? Dla młodszych czytelników ta książka ze względu na pewne słownictwo także się nie nadaje. Wątpię także by dzieci zrozumiały większość zawartych w niej żartów, jak te o „teorii waflów” i systemie zero-jedynkowym. Jeśli autorka (a raczej Orange) zdecyduje się na kontynuację radziłabym przemyśleć tę sprawę.

Ta lekka, rozrywkowa opowieść ma spory potencjał, trzeba tylko zająć się  wyeliminowaniem kilku potknięć. Autorka udowodniła w niej, że jest świetną obserwatorką i zdarza się jej zgłębiać tajniki kocich umysłów. A wiedzieć, co tym zwierzętom chodzi po głowie i czytać im w myślach, to nie lada wyczyn. Zaryzykowałabym nawet stwierdzenie, że O-book stanowi naszą polską, rudą odpowiedź na innego słynnego rudzielca: Garfielda. Każdy kociarz, uwielbiający książki o sierściuchach, powinien wiedzieć o jego istnieniu.

Długich dni i zaczytanych nocy.
Podążajcie za Atramentowym Królikiem!

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2019 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com