Alicya w Krainie Słów


Drogę gubią ci, którzy obracają się za siebie


Koniec nie nadejdzie


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


One już po nas idą

Co nas kręci

I tym razem zacznę od ciekawostki. Zastanawialiście się kiedyś, w jakim utworze po raz pierwszy zostało użyte słowo „zombie”? Otóż po raz pierwszy w historii literatury pojawiło się ono w opowiadaniu pt. „Zombie z Grand Perou, czyli Hrabina de Cocagne” w 1697 roku. Jest to dziełko w sporym stopniu autobiograficzne, w którym to wykorzystano żywego trupa do pewnej seksualnej intrygi. Ów tekst popełnił żywo zainteresowany czarną magią hulaka Paul-Alexis Blessebois – Francuz zesłany na Karaiby.

W sumie to chętnie rzuciłabym na ten tekst okiem, z autora był bowiem niezły ancymon (dla pieniędzy podpalił nawet dom własnej matki) i nie mający zahamowań Casanava.

271 lat po powstaniu tego ironicznego utworu, czyli w 1968 roku, na ekranach kin pojawił się film ze wszech miar wyjątkowy: przełamujący wszelkie tabu, szokujący, poważny, wyznaczający nowe trendy. Horror o zombie, który uczynił z tych istot światowy fenomen. Mowa oczywiście o kultowej „Nocy Żywych Trupów” George’a Romero.

„Oni są nami”

Romero kręcąc swój debiutancki film stworzył zupełnie nowy typ horroru. Nie chciał powielać schematów i wzbudzać w widzu strachu przed tajemniczym potworem lub przybyszem z kosmosu, chciał by ten zaczął czuć obawę przed ludźmi – przechodniami mijanymi na ulicy, sąsiadami, nawet tymi których dobrze zna i lubi. Przekaz reżysera był całkiem jasny: potwór tkwi w każdym z nas i w każdej chwili może się obudzić. Po prostu, zombie to my.

Mało kto wie, że filmy to nie jedyny wkład reżysera w rozwój horroru. Romero postanowił napisać również powieść, będącą jakoby podsumowaniem ewolucji motywu zombie w popkulturze. Niestety nie udało mu się dokończyć tego monumentalnego dzieła. Po jego śmierci, tego zadania podjął się Daniel Kraus. Gargantuiczne „Żywe trupy”, jak się pewnie domyślacie, to nie tylko opowieść o hordach zombie, które fundują ludzkości twardy reset. Biorąc pod uwagę rozwój podgatunku i kierunek w jakim twórcy popkultury pchnęli zombie na przestrzeni kilku dekad, to także doskonały i boleśnie aktualny społeczny komentarz. Żadna z bolączek nie może nam umknąć: rasizm, kulejący system edukacji, dyskryminacja, seksizm, fałsz mass mediów, porzucanie indywidualizmu na rzecz roju cyfrowego, uzależnienie od mediów społecznościowych, konsumpcjonizm tak zachłanny, że pożerający już własny ogon itd. A to wszystko dopełnione czającymi się pod płaszczykiem postępu prymitywnymi instynktami, czekającymi tylko na to, by wydostać się na zewnątrz i dać upust najbardziej pokręconym żądzom.

Warto pamiętać przy tym, że zombie zaprzeczają wszystkiemu co sprzedaje nam kultura konsumpcyjna: estetykę, kult ciała, zatracenie w przyjemnościach i posiadaniu. Mit żywych trupów jest także obrazem przełamującym tabu. Mowa tu o jedzeniu ludzkiego mięsa, bezczeszczeniu zwłok i niszczeniu podstawowej komórki społecznej i rozkładzie relacji.

Zombie zombie zombie

Napisana z rozmachem historia obejmuje wydarzenia rozgrywające się na przestrzeni piętnastu lat z hakiem. Od momentu w którym pojawia się pacjent ZERO (a właściwie to TRUP ZERO) obserwujemy wydarzenia z kilku różnych punktów widzenia: marynarzy i pilotów lotniskowca, kornera i jego asystentki, zbuntowanej nastolatki uwięzionej na osiedlu przyczep, nietowarzyskiej statystyczki oraz sztabu osób odpowiedzialnych za tworzenie programów informacyjnych. Mnogość perspektyw pozwala uchwycić istotę tego, co się wydarzyło, walący się porządek starego świata, rozpaczliwą walkę o pozostanie na szczycie drabiny i ukazać różnorodność postaw, jakie ludzie przyjmują w obliczu zagrożenia. Po pierwszym szoku następuje stagnacja. Ludzie zepchnięci do ofensywy próbują dostosować się i przetrwać, nie porzucając jednak mokrych snów o potędze i wygranej. Co z tego wynika widzieliśmy już wielokrotnie. Poza obrazami wszechobecnej śmierci i plugastwa, najgorsza jest degeneracja humanizmu. W skrócie: lepiej już czasem spotkać zombie niż drugiego człowieka. Zwłaszcza, że te konkretne zombie nie kierują się tylko szczątkami pierwotnych instynktów, mają w sobie bowiem „iskrę”.

Na tym etapie powieści coraz szerzej otwiera się przed nami jeszcze jedna perspektywa. To co wyróżnia „Żywe trupy”, to realizacja motywu zombie, które też są śmiertelne chociaż odporne na śmierć, a ponadto z żywymi łączy je więcej niż byśmy chcieli. Wystarczy wspomnieć chociażby o tym, że zombie nie chcą zabijać, one chłoną. Pochłaniając czyjeś życie, zapisują jego historię w zbiorowej pamięci. Czyli w pewnym sensie robią dokładnie to samo, co z ogromną pieczołowitością próbuje stworzyć dla przyszłych pokoleń jedna z bohaterek, archiwistka, od pewnego momentu nazywana bibliotekarką Etta Hoffmann. Do tej pory przypisywaliśmy potrzebę narracji ludziom, czyniąc z tworzenia ciągłości pamięci pewien wyróżnik. Nie da się ukryć, że kluczy interpretacyjnych, których można użyć w przypadku tej powieści jest całe mnóstwo. Wciąż mam wrażenie, że jakieś mi umykają, że można w „Żywych trupach” znaleźć więcej.

Zależnie od tego jak spojrzymy na, to co się stało możemy odczytać nadejście nowego dominującego gatunku na kilka sposobów. Bo czy zombiefikacja, z jednej strony, nie jest w pewnym sensie darem dla ludzkości, wyzwoleniem go z jarzma, które samo sobie narzuciło? Lekcją pokory, i nową szansą? A z drugiej strony czy nie można go potraktować jako leku na człowieka? I tutaj dochodzimy do sedna powieści, Romero i Klaus nie pozostawiają nas z gotowymi odpowiedziami. Pokazują za to wiele możliwych dróg dla obu stron, nie oceniając jednoznacznie żadnej z nich. Nie opowiadają się ani za ludźmi, ani za zombie. Pochylają się nad jednostką. I to właśnie sprawia, że trudno traktować tę powieść, tylko jako literaturę rozrywkową, możemy w niej bowiem, przy odrobienie chęci, znaleźć więcej.

Historia, którą tutaj poznajemy, dla tych którzy zjedli zęby na zombie, nie będzie jakoś szczególnie odkrywcza – wszak, powtórzmy to, stanowi ona zapis tego, co działo się w podgatunku od 1968 roku – a mimo, to jest wspaniała i zachwycająca. Wystarczy wspomnieć o możliwościach interpretacyjnych, które po lekturze kłębią mi się w głowie. Pozostaję też pełna podziwu dla zmyślnej konstrukcji powieści, która doskonale odzwierciedla proces atrofii. Trudno było mi się od tej ponad ośmiuset stronicowej cegły oderwać. Pewnie część czytelników uzna, że niektóre wątki, anegdoty są niepotrzebne lub nadmiernie się rozrosły stając się nużące, ale w moim odczuciu, żadna scena czy słowo nie były w tej pomnikowej powieści zbędne. Nie odniosłam też wrażenia „przegadania”. Jak dla mnie ów rozrost jest w pełni uzasadniony jednym z tropów. Narrację i pamięć.

„Żywe trupy” to dopełnienie, pomnik i hołd w jednym. Lektura, którą warto polecać nie tylko fanom horrorów i zombie, ale każdemu, kto lubi rozsmakować się w odczytywaniu metafor i wchodzić w szerszy kontekst.

[współpraca reklamowa barter]

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2024 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com