Alicya w Krainie Słów


Drogę gubią ci, którzy obracają się za siebie


Koniec nie nadejdzie


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


Wieczór z rekinem #1: A rekiny nadal warczą

Widzieliście kiedyś Wodny świat Kevina Costnera? Jeśli nie – nic straconego. Możecie nieco nadrobić braki oglądając jedną z najnowszych produkcji Sy-Fy, będącej skrzyżowaniem tejże epickiej produkcji ze Szczękami Spielberga. Przyznam, że dopóki nie poznałam zarysu fabuły w mojej głowie zrodziło się pewne nieśmiałe wyobrażenie Ziemi zdominowanej przez rekinich najeźdźców z kosmosu. Idąc tym tropem wydumałam jeszcze planetę X, na której najwyższą formą życia są istoty przypominające nasze rekiny. Oczywiście ludzie podczas swoich wypraw w nieznane przypadkowo na tę planetę trafiają i… niestety potem dowiedziałam się o czym naprawdę jest Planeta rekinów i odechciało mi się wymyślania. Trzeba przyznać, że pomysł na film, mimo, iż odległy od moich wyobrażeń, był całkiem ciekawy. Szkoda, że produkcja okazała się tak koszmarnie nudna.

Akcja Planety rekinów rozgrywa się w bliżej nieokreślonej przyszłości. Ocean pokrywa 98% – teraz już naprawdę – błękitnej planety. Ta piękna katastrofa, to oczywiście efekt działalności ludzi, którzy wegetując na platformach (w większości drewniane prowizorki) zmuszeni są do walki o przetrwanie. Chociaż woda nie jest naturalnym środowiskiem życia człowieka, to trzeba przyznać, że ci którzy przetrwali świetnie sobie radzą w nowych warunkach. Oczywiście i tak po cichu każdy marzy o tym, by wrócił stary porządek i można było biegać po suchym lądzie. Sprawa wydaje się jednak beznadziejna, a kres ludzkości nadciąga wielkimi krokami. Wiary w cud nie należy mimo wszystko porzucać. Na szczęście żyją jeszcze naukowcy, którzy główkują nad tym, jak wszystko naprawić wysyłając w atmosferę rakietę -oczyszczarkę. Zanim jednak dokończą budować i odpalą to cudo, będą musieli stawić czoła stadu warczących rekinów.

Przywódca płetwiastych – zmutowany alfa – jest niebywale inteligentny. Zachowuje się wręcz tak, jakby wyczuł pismo nosem i nie chciał dopuścić do tego by znów osuszono Ziemię, więc organizuje atak na ludzi. Tak naprawdę jednak stadem drapieżników kieruje głód: globalne ocieplenie trwa w najlepsze, jest coraz mniej ryb, muszą zadowolić się więc tym, co chowa się na powierzchni. Zwłaszcza, że bardzo łatwo to upolować, gdy opanowało się już umiejętność skakania w zwolnionym tempie. Nasz alfa nie wyróżnia się niczym szczególnym oprócz tego, że pysk mu połyskuje – mniej więcej jak skóra Edwarda w promieniach słońca (kto widział nieszczęsny Zmierzch ten wie). Oprócz tego, że lubi tandetne, brokatowe efekty, to potrafi jeszcze „zahipnotyzować” swoich mniejszych kolegów i im rozkazywać. Mimo wszystko nie łudźcie się – nie jest wampirem.

Seans mógł być ciekawy, ale niestety wynudziłam się na nim jak mops. Wszystko przez pseudonaukowy bełkot (z odrętwienia wyrwał mnie tylko fragment w którym stwierdzono, że rakietę wystrzeli się napędzając ją energią z rekina), który powodował, że w głowie uaktywniał mi się mały, czerwony młotek rozbijający kolejne, szare komórki na miazgę. Tępo patrzyłam więc na betonowe twarze wygłaszające sztywne, nienaturalnie brzmiące kwestie. Jeśli chodzi o poziom aktorstwa, to tradycyjnie nie ma na czym oka zawiesić. Bohaterowie zlewają się w jedną papkę. Nie ważne kto i co mówi – jeden kit. Niezbyt przekonująco wypadają zwłaszcza nasi naukowcy. Podobno nad ocaleniem planety pracują „najtęższe umysły”. No cóż, widać, że naprawdę niewielu ludzi przetrwało i nie trzeba do bycia geniuszem wysokich kwalifikacji… Czasami wystarczy w postapokaliptycznej rzeczywistości wciąż nosić koszulę i muszkę by uchodzić za inteligentnego.

Żadne to odkrycie, że w filmach klasy Z efekty specjalne są nędzne. I tym razem nie jest inaczej. Rekiny nie wchodzą właściwie w interakcję z otoczeniem. Ewidentnie widać też płycizny na jakich kręcone są poszczególne sceny – bohaterowie kucają po prostu w wodzie. Reżyser Mark Atkins, ma na swoim koncie m.in. Rekiny z plaży wie więc, że w porządnym sharkmovie, ryby muszą strącać maszyny latające. Nie mogło więc obyć się bez tego motywu i tym razem. Zazwyczaj drapieżniki celują w samoloty pasażerskie, helikoptery bojowe itd. W Planecie rekinów, ze względu na to, że o większych zdobyczach techniki po potopie można zapomnieć, wyszło to bardziej niż skromnie, ale mimo to – reżyser się wywiązał – i „strącanie” było.

Film tylko dla rekinomaniaków. Tylko oni w imię wyższych celów i chorej fascynacji, są  w stanie nie żałować czasu poświęconego na oglądanie takich produkcji.

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2020 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com