Portret doskonały samouwielbienia
Po raz pierwszy zetknęłam się z Dorianem Grayem jeszcze w liceum, potem wróciłam do niego na studiach – i z pewnym zawstydzeniem muszę przyznać, że należałam do tych, których to spotkanie nie do końca zachwyciło. Tych, którzy co prawda byli świadomi, że mają przed sobą dzieło wybitne, uznane przez krytyków, ale nie potrafili go naprawdę poczuć. To było trochę jak randka ludzi z dwóch różnych światów – widzisz, że ta druga strona jest interesująca, wiesz, że powinna ci się spodobać… ale nic nie iskrzy. Docenialiśmy książkę raczej z rozpędu, trochę na siłę, niezdolni dosięgnąć jej istoty. Jakby mówiła do nas, ale my nie potrafiliśmy jej usłyszeć.
Nietrudno się domyślić, że również moje wyobrażenie o autorze nie wykraczało poza pewien banał. W mojej głowie wszystko kręciło się wokół jednego, dość uproszczonego obrazu ekstrawaganckiego dandysa, buntownika nie liczącego się z konsekwencjami wypowiadanych słów, lwa salonowego i uczestnika dosyć przewrotnej rozprawy sądowej. Kojarzyłam, że Wilde wytoczył proces o zniesławienie ojcu swojego kochanka, ale w efekcie niestety sam (żart losu w najczystszej postaci) trafił do więzienia. Chociaż nigdy w życiu nie zhańbił się pracą, został też skazany na roboty w Reading Gaol i koniec końców, w niełasce wyjechał do Francji. Tam zmarł w nędzy i zapomnieniu w wieku zaledwie 46 lat. I na tym właściwie kończyło się moje rozumienie Wilde’a, jako Wilde’a.
Tak wiem, wstyd. Dlatego piszę o tym trochę ku przestrodze – bo zamiast się uprzedzać, warto wracać do klasyki po latach -, a trochę ku pokrzepieniu – bo jak widać, na wszystko przychodzi właściwa pora, trzeba tylko dać sobie szasnę. Tak było ze mną.
Na szczęście bowiem – jak to bywa z wielką literaturą – przychodzi moment, gdy człowiek w końcu do niej dojrzewa. Pewnego dnia coś ostatecznie przeskakuje nam w głowach i nagle klucz pasuje już do zamka, a my dziwimy się, że tak długo nie odnajdywaliśmy tego właściwego. Ja w przeciągu ostatnich paru tygodni po „Portret Doriana Graya” sięgałam trzykrotnie i wciąż mi go mało (dla mnie z przed dwóch dekad, coś nie do pomyślenia).
*
Tytułowy Dorian Gray jest wybrańcem losu, obdarzonym przez naturę wyjątkową urodą – nic więc dziwnego, że staje się obiektem fascynacji malarza Bazylego Hallwarda. Ten, pełen zachwytu i uwielbiania, postanawia namalować niepowtarzalne arcydzieło – portret młodzieńca – a efekt jego pracy jest zaiste hipnotyzujący. Tymczasem, pod wpływem lorda Henry’ego Wottona, Dorian zaczyna wyzwać ideę, że nie ma nic ważniejszego ponad młodość i przyjemność. Dociera do niego także porażająca świadomość, że z każdą sekundą staje się starszy od własnej, doskonałej(!) podobizny. Pod wpływem chwili wypowiada więc życzenie, by to obraz się starzał zamiast niego. Dzieje się jednak coś o wiele bardziej przerażającego – portret staje się „żywym” dowodem na jego moralny upadek. Od tej chwili jego życie dzieli się bowiem na dwa światy: pierwszy, ten na pokaz – fałszywy, bez wad, bez najmniejszej zmarszczki lub śladu cienia, drugi – ten prawdziwy, gnijący, ukryty w mroku przed ciekawskim spojrzeniem oceniających oczu.
To co powinno wybrzmieć już wyraźnie na samym początku, to to, że „Portret Doriana Graya” nie jest czytanką-przestrogą przed tym, by nie ulegać nie ulegać pokusom i dobrze się prowadzić. Nie byłaby to powieść wybitna, gdyby sprowadzić ją do takiej umoralniającej pogadanki, o negatywnych skutkach hulanek i swawoli. Oczywiście nie sposób zaprzeczyć, że powieść Wilde’a pozostaje w tym swoim pierwszoplanowym przekazie niepokojąco aktualna i wciąż wywiera na czytelnikach duże wrażenie. Nikt nie odkryje przecież Ameryki, jeśli stwierdzi, że ludzie przecież od zawsze marzyli o wiecznej młodości i obezwładniającym pięknie. Dla nich byli gotowi posunąć się zdecydowanie za daleko – a nawet dalej i dalej. Dziś uzbrojeni w coraz to sprawniejsze ku temu narzędzia, by je zdobyć (zatrzymać w końcu ten przebrzydły czas i dogodzić próżności) również się nie szczypiemy, tylko działamy w myśl zasady „wszystkie chwyty dozwolone” i „cel uświęca środki”. Mamy tony kosmetyków (nie ważne z czego i jakim kosztem, byle działały), wszczepy, skalpele, filtry i AI. Z ich pomocą tworzymy coraz lepsze odbicia, marząc by odsunęły od nas starość, brzydotę i…wyrzuty sumienia. Więc może i akcja powieści rozgrywa się w dziewiętnastym wieku, może obce są nam ówczesne konwenanse i puste gesty, ale i tak zawiera ona w sobie boleśnie współczesne bolączki i dosyć jasno wskazuje miejsce do którego zmierzamy. Portret wciąż obnaża skazy naszych dusz – i maski, które wystawiamy na sprzedaż.
Jeśli w powieści dostrzegamy ów motyw obsesji na punkcie młodości i urody, to nie umknie nam również zawarta w niej bezlitosna krytyka społeczeństwa, w którym pozoranctwo i sztuczność znaczą więcej niż cokolwiek innego. Nie da się ukryć, że taka postawa musi nieuchronnie prowadzić zagłady. Wilde pisząc o hedonizmie, zawraca naszą uwagę na to, co dzieje się, gdy bezrefleksyjnie pozwalamy mu rosnąć w siłę – im większe nasze samouwielbienie, tym szybsza degrengolada i boleśniejszy upadek. Ponadto autor pokazując związek między życiem, a obrazem (będącym zaledwie tego życia odbiciem), wskazał, że największe niebezpieczeństwa wcale nie przychodzą z zewnątrz. One wyłażą z najciemniejszych zakamarków naszych wypaczonych myśli, wypełzają w postaci pragnień i pokus, ciągłej potrzeby bycia podziwianym. A kiedy im ulegamy, stajemy w obliczu kolejnego zagrożenia: ostatecznej demaskacji brzydoty – przed którą nie ma ucieczki. I tutaj też nie napiszę nic odkrywczego, twierdząc, że najgorszym ze wszystkich potworów, jest człowiek. I to taki, który potrafi się świetnie maskować.
To, co w powieści stanowi źródło dodatkowego niepokoju, to obecność archetypu diabła – tyle, że w odsłonie dosyć wyrafinowanej i niezwykle (co by nie mówić) sympatycznej, bo nie owijającej w bawełnę (i co gorsza, ja się z nim głównie zgadzam). Jeśli kierujemy się tylko tytułem, to za głównego bohatera uznamy nieszczęsnego, próżnego Doriana. Ale przy uważniejszym spojrzeniu nietrudno zauważyć, że jednym z głównych rozgrywających pozostaje tutaj lord Henry Wotton. To właśnie on stanowi kluczowe ogniwo, on mami i zwodzi, niewinnego przecież kiedyś, młodzieńca. Zresztą, nie tylko jego. Henry to wyrafinowany erudyta, błyskotliwy cynik, uwodziciel pierwszej wody, drapieżnik, który bez najmniejszego wysiłku podporządkowuje sobie towarzystwo. To wodzący na pokuszenie, czołowy aktor na scenie moralnej dekadencji. Chociaż to Bazyli sportretował cud-chłopca i „księcia z bajki”, to nie on jest winny jego upadku. Klątwa i jej konsekwencje są tak naprawdę dziełem Wottona, który nigdy nie przyłożył pędzla do przeklętego płótna. Dorian trafiając w jego ręce, dał mu się wyrzeźbić wedle jego snobistycznego i hedonistycznego upodobania.
Co więcej, ta książka ma w sobie coś naprawdę wyjątkowego – można ją otworzyć na którejkolwiek stronie i od razu dać się porwać magii słowa. Każdy akapit to zbiór językowych perełek, które zachwycają swoją celnością, subtelnym urokiem i intelektualną głębią. To właśnie dowód prawdziwego kunsztu literackiego – takiego, który sprawia, że Dorian Gray się nie starzeje, mimo upływu lat (a jednak zyskał tę swoją upragnioną wieczność!). Jest to więc bez wątpienia artystyczny fenomen. I trudno się temu dziwić, skoro jej autorem jest człowiek, który twierdził, że „nie ma książek moralnych lub niemoralnych – są książki napisane dobrze lub źle”. Człowiek, który cenił i wielbił przede wszystkim artyzm, interpretację traktując drugorzędnie.
W „Portrecie Doriana Graya” tkwi prawdziwa siła wielkiej literatury. Nie polega ona tylko na tym, że potrafi cierpliwie czekać na czytelnika, ale, że bez najmniejszych skrupułów pozostawia go w rozterce. Bo jeśli potraktowalibyśmy ją jak lustro, to co byśmy w nim zobaczyli, gdybyśmy odważyli się zerknąć w nie tak naprawdę? Obawiam się, że nawet Dorian, zaprawiony już przecież w boju, zerkałby na nie przez palce z niekłamanym lękiem.
Przypuszczam nawet, że gdyby Wilde wstał dziś z grobu i spojrzał na współczesność, powierzchowną, pustakowatą, nad(nie)estetyczną i pozbawioną głębi – uznałby, że z tego, co tak radykalnie potępiał, uczyniliśmy karykaturalny styl życia. Jako buntownik, uczulony na hipokryzję rozjechały nas i pociął ostrzem krytyki, zapewne w tak błyskotliwy sposób, że jeszcze byśmy mu za to podziękowali, biorąc jego słowa za komplementy.
[współpraca reklamowa barter]













