Raz, dwa, trzy – błędnica patrzy
Przygodowe ekoSłowiantazy napędzane przez złamane serce? Chociaż takie połączenie brzmi jak przepis na literacki chaos, to jednak Lucie Ortega udowadnia, że z takiej mieszanki może powstać coś zaskakująco świeżego – i całkiem, całkiem wciągającego. Autorka oczywiście czerpie garściami z zasłyszanych opowieści, ale dopisuje do nich nowe rozdziały – odważne, pulsujące magią i niebezpieczeństwem, a przy tym zaskakująco trafne w komentarzu do współczesności. Jej „Światła nad moczarami”, to w efekcie fantastyczna podróż przez świat, który mógłby istnieć tuż obok nas, gdybyśmy tylko potrafili rozglądać się wokół siebie uważniej.
*Kto za błędnym ognikiem kroczy, ten w moczarach nogi zmoczy*
Poznajemy Lenę podczas jej szkolenia i pierwszego, nieudanego polowania. Chociaż z początku nie bardzo rozumiemy jej motywację i powód dla którego bez mrugnięcia okiem chciałaby utopić, bezbronnego i bogu ducha winnego przechodnia, to i tak czujemy do niej sympatię. Z czasem dowiadujemy się, że dziewczyna nie zaznała w życiu zbyt wiele szczęścia i nie widząc dla siebie miejsca pośród żywych, wybiera śmierć. Okazało się jednak, że taka forma ucieczki nie przynosi wcale upragnionego końca – wszystko dopiero się zaczyna. Trafia bowiem do Pogranicza, do świata Pomiędzy, który staje się domem dla tych, którzy tak zbyt mocno zapamiętali się w swoim cierpieniu i nie potrafią pójść dalej. Jako nawka, balansuje między życiem a śmiercią i ma siedem lat, by dokończyć przemianę – która zwiąże ją na zawsze z dziką, kapryśną magią bagien. Wtedy stanie się pełnoprawną błędnicą. Niestety zabicie człowieka – bo taki jest wymóg – na moczarach, w czasach w których każdy ma GPS w telefonie i raczej nikt nocą nie zabłądzi na bagna, wydaje się niewykonalne. A jakby tego było mało, to już po paru tygodniach w nowej skórze, zadziera z nieodpowiednią strzygą i za karę jej czas na przemianę zostaje skrócony. Już nie ma siedmiu lat, tylko siedem….dni.
Zaczyna się więc wyścig z czasem. Nasza jeszcze-nie-pełnoprawna-demonica wraca do świata ludzi, by upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. Pozbyć się z krajobrazu mężczyzny, który chce zniszczyć jej nowy dom i przy okazji szybko dokończyć przemianę. Szybko okazuje się jednak, że ów mężczyzna jest tylko marionetką w rękach kogoś o wiele potężniejszego, a historia Leny musi zahaczyć o samo centrum piekła. Z totalnie niewierzącej w siebie dziewczyny zamienia się w wojowniczkę w imieniu świata, o którego istnieniu dopiero co się dowiedziała, a bez którego już nie wyobraża sobie (nie)żyć. A przemiana? Ta schodzi na dalszy plan! Przetrwanie nowej rodziny na moczarach jest najważniejsze!
*Błędny ognik świeci w dali, kto mu ufa, ten się spali*
Oprócz pełnych niebezpieczeństw przygód – szczególnie tych w nieprzyjaznym środowisku królestwa wszelkiego plugastwa, czyli krainie, w której powietrze drży od cuchnącego agresją gniewu – i dosyć oczywistego ekologicznego przekazu, o tym, co ludzie czynią przyrodzie mając się za lepszych od wszelkiego stworzenia, znajdujemy tuta coś jeszcze. Coś bardziej intymnego. Powieść zdradza co nieco o tym co współczesnego człowieka, i nie tylko, uwiera najbardziej: o ciężarze trudnych decyzji, o niewidzialnych ranach, o cichych procesach, które latami dojrzewają w sercu, zanim wreszcie wybuchną na powierzchnię i o potrzebie bycia kochanym.
Historia Leny przypomina nam, że nic ważnego nie rodzi się w przypływie nagłego impulsu. Decyzje, które z zewnątrz wyglądają jak efekt nagłego szaleństwa, są w istocie jedynie czubkiem góry lodowej – wierzchołkiem długiej, niewidzialnej drogi. A my, skłonni do szybkich ocen i oskarżycielskich wyroków, chętnie ferujemy opinie tam, gdzie powinniśmy okazać empatię i zrozumienie dla bólu, który poprzedził ostateczny straceńczy, gest.
Poza tym, opowieść podkreśla, że są rzeczy, których nie naprawi nawet najpotężniejsza magia. Świat – choć pełen cudów i zaklęć – pozostaje miejscem, gdzie każda decyzja niesie ze sobą konsekwencje, a każde zaniechanie ma swój mroczny cień. Nie da się odczynić wszystkiego, co raz zostało uczynione. Można jedynie próbować, to naprawić, ale i to nie zawsze.
Ponadto, „Światła nad moczarami”, mają jeszcze jeden istotny przekaz: nie wolno opierać swojego szczęścia na kimś innym, choćby ten ktoś świecił dla nas, jak gwiazda prowadząca na skraj świata. Inni nie określą naszej wartości, nie zdefiniują nas ani nie zbudują na nowo. To zadanie, którego nikt nam nie zdejmie z ramion. Trzeba więc, choćby serce pękało, złapać się z życiem za bary i samemu zdecydować, kim się jest – i dokąd chce się iść. Spełnianie potrzeby bycia kochanym trzeba po prostu zacząć od tego, że pokocha się samego siebie.
Dopiero, gdy uświadomimy sobie tych kilka, co by nie mówić, prostych-ale-trudnych kwestii, zrozumiemy dlaczego historia Leny kończy się w taki zaskakujący sposób. Sama dałam się złapać pułapkę! Jako czytelnicy przyzwyczajeni do pewnych schematów, przewidujemy, że finał będzie zupełnie, ale to zupełnie inny. A Ortega zamiast słodkości, funduje nam siłę.
*Nie wchodź na moczary, jeśli boisz się mary*
Choć na pierwszy rzut oka to opowieść pełna niebezpieczeństw, potworów i rozmaitych paskud, które z chęcią zrobiłyby bohaterom krzywdę, tekst nie tonie w mroku ani rozpaczy. Wprost przeciwnie – traktuje wyprawę nieco z przymrużeniem oka. To literatura rozrywkowa w najlepszym wydaniu: taka, która nie udaje filozoficznego traktatu, ale przy okazji potrafi szepnąć kilka mądrości, zanim czytelnik zdąży zauważyć, że właśnie się czegoś nauczył. W sumie, to właśnie w tym tkwi urok tej historii: pokazuje świat w krzywym zwierciadle, przypomina o ważnych sprawach, ale nie próbuje przemeblować nam życia. Raczej zaprasza, żeby na chwilę rozsiąść się wygodnie, pośmiać, zamyślić – i ruszyć dalej w dobrym nastroju i sercem pełnym nadziei, że nigdy nie jest za późno, by próbować zawalczyć o lepsze jutro.
Podobnie jest ze słowiańskością, która pełni tu przede wszystkim rolę rozrywkową, a nie dydaktyczną. Nie niesie sobą gruntownie rozbudowanej wiedzy godnej profesora etnologii, ale nasączoną ludycznością zabawę, pełną wierzeń, podań i znajomych, swojskich strachów. Jeżeli więc ktoś po lekturze poczuje chętkę do dalszych poszukiwań i sięgnie po rzetelne opracowania tematu, należy się tym faktem cieszyć i potraktować to jako dodatkowy plus powieści Ortegi.
Podczas lektury był nawet moment, w którym zaczęłam być przekonana, że znów trafiłam na romans – taki, co to wślizguje się do fabuły nieproszony i potem nie chce wyjść. Na szczęście szybko okazało się, że te uczuciowe akcenty stanowią jedynie delikatne tło, subtelną przyprawę, a nie danie główne. I dobrze, bo trudno byłoby je całkowicie pominąć: niezależnie od tego, w jak dziwaczny, magiczny czy niebezpieczny świat trafimy, miłość i jej wszelkie odcienie zawsze gdzieś tam są – jak echo, jak cień, jak przypomnienie, że bez niej żadne uniwersum nie działa do końca jak należy.
*Bagna wciągają – na to właśnie demony czekają*
Zanim zdążyłem się zorientować, trafiłem do krainy, gdzie słowiańskie bóstwa snują intrygi z wdziękiem godnym najpodlejszych dworskich plotkar, a moczary żyją własnym, niezbyt przyjaznym człowiekowi rytmem. Powieść nie tylko odmalowuje niezwykły świat, ale ochoczo nas do niego zaprasza. Bo czasem naprawdę warto podążyć w mrok za błędnymi ognikami – nawet jeśli ich urok jest podejrzanie hipnotyzujący – bo to właśnie tam kryje się najwięcej magii i przygód.
[współpraca reklamowa barter]













