Alicya w Krainie Słów


Drogę gubią ci, którzy obracają się za siebie


Koniec nie nadejdzie


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


Wieczór z rekinem #29 Wpuszczony w kanał

Jeśli kiedyś napisałam, że film Rekin widmo jest nudnawy, to dlatego, że nie widziałam jeszcze Rekina w Wenecji (Shark in Venice). W pierwszych minutach „zachwycają” nas  tutaj chóralne śpiewy, które przywodzą na myśl ciepłą, rodzinną, Disnejowską produkcyjkę, co kompletnie nie pasuje do wizji potwora krążącego po „ulicach” Wenecji. Później jeszcze więcej spraw się nie klei. Właściwie nic nie zgrało się tutaj z niczym…

Ogólnie sprawa wygląda tak: jest pewien bardzo zły i chciwy mafiozo Vito Clemenza (Giacomo Gonnella), który chce się dogrzebać do ukrytego w Wenecji skarbu, zdobytego podczas krucjat przez Medyceuszy. W sumie nie ważne: Medyceusze czy Templariusze, mogą być i Mongołowie, historyczne prawdopodobieństwo nikogo w filmach klasy „Z” nie interesuje. I ów Zły tak bardzo boi się, że ktoś mu świśnie sprzed nosa bogactwa, że wpuszcza do kanałów rekiny. A potem się dziwi i pieni, że nurkowie, których wysyła po złoto nie dają rady do niego dopłynąć, a co dopiero z nim wrócić. Błyskotliwy umysł, nie ma co… W każdym razie ta zabójcza logika powoduje, że w odmętach brudnej wody, ginie jeden z zatrudnionych przez Vito ludzi – ojciec oceanografa Davida Franksa (w tej roli: Stephen Baldwin – i już na wstępie zaznaczę, że nie chodzi o TEGO Baldwina, Alec to jego starszy brat). Syn przybywa do Wenecji (a tak naprawdę do Bułgarii), by szukać ojca. Czy się martwi, boi, cierpi? Trudno stwierdzić. Cechą charakterystyczną naszego głównego bohatera jest bowiem nieskażona mimiką twarz. Jako wykładowcy uniwersyteckiemu, wystarczy mu jeden rzut kątem oka na zwłoki w kostnicy i bez zająknięcia stwierdza, że ofiary zginęły w wyniku spotkania z rekinem. Ja też myślałam, że zginę, ta chwila napięcia zanim padło kulminacyjne słowo „REKIN” dłużyła się potwornie – pauza mnie wręcz zabijała. To jednak nie jedyne niesamowite umiejętności Baldwina, potrafi on jeszcze biegać w te i we w te bez celu i pleść trzy po trzy w stylu: Posłuchaj mnie…krwawię i nie mogę mówić. Muszę płynąć. Kocham Cię – tak jednym ciągiem, bez cienia emocji czy bólu. Wracając jednak do fascynującej fabuły: Zły porywa Laurę – dziewczynę Baldwina – by zmusić go do dokończenia pracy ojca, czyli zdobycia skarbu. Ni z gruchy, ni z pietruchy wszystko dobrze się kończy, gdyż pewna pani policjant przypomina sobie nagle po której chce stać stronie.

Głównym przegranym tej produkcji – jak to zazwyczaj bywa – nie jest rekin (właściwie rekiny), tylko główny bohater. Aktor, najwyraźniej tuż po bolesnym zabiegu upiększającym, napuchnięty, z kamienną twarzą nie wyrażającą żadnych emocji, wciela się w Davida, który przybywa z misją z USA do Włoch. Najmniejszy grymas w jego niekomfortowej sytuacji zapewne sprawia mu sporo bólu i dlatego nie chce ryzykować, że zniweczy efekty zabiegu. Poza tym nie jest to rola życia, ani film wszechczasów więc tym bardziej nie ma co ryzykować spękania facjaty. O aktorstwie nie ma więc co w ogóle mówić, to po prostu jakaś kpina. W zamian za to David prezentuje nam naprawdę niezniszczalną fryzurę, która przetrwała wszystko: nurkowanie, pościgi i walki (proszę zdradzić jakiej firmy to lakier?!). Wyzwaniem dla wytrzymałości widza są również dialogi. Raczony jest bowiem naprawdę kiepskimi tekstami, co gorsza, wypowiadanymi ze śmiertelną powagą.

On: Jak długo byłem nieprzytomny?
Ona: Trzy dni. Zemdlałeś pod wodą.

I żebyście nie mieli wątpliwości, wyłowił go gondolier. Sensu w tym wszystkim za grosz. Na Rekina w Wenecji składa się zlepek bezsensownych scen, tak jakby wszystko co się nagrało szło od razu do montażu. Bez dubli i poprawek. Prezentowane nam ujęcia rekinów, ewidentnie zostały zaczerpnięte z programów Animal Planet lub National Geographic i nieudolnie wmontowane w film. Poza tym w Rekinie z Wenecji nie uraczymy żadnego CGI, nie wykorzystano nawet dmuchańców z płetwami! Główną atrakcję weneckich kanałów potraktowano więc po macoszemu. Jedyną ciekawostkę stanowi to, że nasi rybni bohaterowie warczą: GRRROOOARRRRR. Tak, rekiny warczą…

Nadmiar elementów i akcje w stylu Indiany Jonesa, pułapki (tak nieudolne, że nie da się w nie wpaść), skarby, mafia powodują, że mamy w głowie mętlik, gdyż w sumie nie bardzo wiemy, czy oglądamy niby-horror, niby-przygodówkę czy niby-kryminał. Im  dalej w las, tym szczęka niżej opada, że ktoś dał na to pieniądze. Czego się jednak można było spodziewać po reżyserze, który ma na swoim koncie hicior: Rekiny grozy?

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2020 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com