Alicya w Krainie Słów

Czytanie rzeczy różnorodnych sprawia największą przyjemność


Drogę gu­bią ci, którzy oglądają się za siebie


Nigdy niekończąca się groza...


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


Rock’n’rollowy horror o weselu z komarami w tle

Komarów nikt nie lubi. Oprócz tego, że upiornie bzyczą a ich ugryzienia potwornie swędzą, to jeszcze ci mali krwiopijcy roznoszą różne choróbska. Malaria, gorączka denga (znana również jako „breakbone fever”, czyli gorączka krwotoczna), żółta febra, gorączka zika, japońskie zapalenie mózgu, bolerioza, dirofilarioza i leiszmanioza, to jednak nic w porównaniu z tym, co moskity zgotowały mieszkańcom Florydy. Nikt nie spodziewał się, że te małe latające paskudztwa mogą przenosić wirusa odpowiedzialnego za epidemię zombie…

Na początku filmu Rockabilly Zombie Weekend (oryginalny tytuł jakoś bardziej przypadł mi do gustu niż polski, który brzmi Moje wielkie zombie wesele) na ekranie pojawia się dwóch ważniaków w garniturach. Tonem nie znoszącym sprzeciwu nakazują miejscowemu pilotowi rozpylić nad okolicą nowy „spray” mający przeciwdziałać zarazie roznoszonej przez latające robale. Przywiezione przez nich chemikalia nie zostały jednak wcześniej przebadane i rozpylony preparat wywołuje plagę gorszą od tej, której miał zapobiec. Opryskani nim ludzie (i/lub ludzie ugryzieni przez spryskane komary) w przeciągu kilku godzin zamieniają się krwiożercze zombie, które spragnione ludzkiego mięsa, sieją spustoszenie.

Opryski zazębiają się w czasie z gorączkowymi przygotowaniami do  ślubu Becky (Christina Bach) i Granta (Daniel Baldock). Obserwując środowisko przyszłych  nowożeńców łatwo możemy wyobrazić sobie, jak wiele musieli przejść by w końcu być razem i szkoda, że ich wspólna przyszłość zaczyna się od lokalnej apokalipsy. Przedślubne stresy, tarcia między przyszłymi teściowymi, które najwyraźniej nie pałają do siebie zbyt gorącymi uczuciami, pochłaniają ich tak bardzo, że ignorują ostrzeżenia o epidemii. Eksperci radzą by w czasie, gdy komarów roznoszących wirusa zachodniego Nilu jest najwięcej pozostać w domach i nie narażać się na niebezpieczne dla zdrowia ukąszenia. Mimo to, nasze zakochane gołąbeczki nie rezygnują z wesela pod chmurką. Organizują przecież imprezę w stylu rockabilly, czyli najwcześniejszej formy rock and rolla, powstałej z połączenia bluesa, bluegrassu i country, a to do czegoś zobowiązuje!  -ceremonii w plenerze zapewniają odpowiednią oprawę muzyczną. W końcu, gdy wreszcie nadchodzi TEN wieczór, na scenie gra Killer Moonshine, czyli jedna z ulubionych kapel, piwo leje się strumieniami, wszystko wydaje się być idealnym początkiem wspólnej przyszłości. Niestety najszczęśliwszy dzień w  ich życiu, szybciutko zamieni się w najokropniejszy z koszmarów. Na ich wymarzonej imprezie pojawi się bowiem wielu, w większości nieproszonych, zzombaiczonych gości.

Akcja filmu realizuje typowy schemat, który znamy z większości produkcji o zombie. Garstka szczęśliwie ocalałych po pierwszym starciu z nieumarłymi postanawia uciec i schronić się w jakimś bezpiecznym miejscu, nie rozumiejąc skali katastrofy, w której bierze udział. Spanikowani bohaterowie trafiają do sklepu, w którym spróbują zebrać zapasy, następnie poszukają broni i pomocy w szpitalu, koniec końców podejmą rozpaczliwą próbę dostania się do punktu zbiórki, z którego armia pomaga ewakuować niezarażonych ludzi. Oczywiście liczba ocalałych szczęśliwców wciąż się kurczy, zasilając szeregi wroga.

W Rockabilly Zombie Weekend, zombiaki nie są wizerunkowo przekombinowane: wyróżniają je głównie czerwone oczy, napięte jak baty żyły i specyficzny trupi chód. Nie przesadzono również z efektami specjalnymi, które ograniczają się do sporej dawki, tryskającego na prawo i lewo, gęstego syropu. Trzeba przyznać, że dwie czy trzy sceny mogą wywołać obrzydzenie u mniej zaprawionych w bojach horrorozombiefanów. Nie ma się jednak co oszukiwać, straszny film to to nie  jest.

Liczyłam na pełne absurdów kino klasy Z, przy którym rozerwę nieco przemęczone szare komórki. Nie było tutaj jednak ani zabawnych scen, ani śmiesznych dialogów. Nawet bohaterowie nie zachowują się jakoś przesadnie idiotycznie. Jedyne nad czym się dłużej zastanowiłam to sprawa komarów. Skoro jest ich aż tyle, że konieczne są opryski to oznacza, że nikt nie mógłby przecież uniknąć ugryzienia. Przemienić w zombie powinien się więc chyba każdy.

Reżyser Jaime Velez Soto, jak do tej pory wyreżyserował jeden film, dramat The Whisper Home. Nie miałam okazji go widzieć, więc trudno mi powiedzieć, czy zrobił od tamtej pory jakieś postępy, czy wręcz odwrotnie. Z całą pewnością jednak mogę stwierdzić, że jego niskobudżetowe Rockabilly Zombie Weekend wybitnym filmem nie jest. Znajdziemy tu wszelkie zagrania jakie zawsze znajdujemy w filmach o zombie. Nutka świeżości, która miała sprawić, że seans nie będzie totalną stratą czasu nie zadziałała, tak jak powinna. Tytułowy motyw rockabilly to niestety tylko niespełniona obietnica, która sprowadza się do makijażu, strojów – w szczególności sukienek pin up-, tatuaży  i jednego występu zespołu na weselu.

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2018 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com