Alicya w Krainie Słów

Czytanie rzeczy różnorodnych sprawia największą przyjemność


Drogę gu­bią ci, którzy oglądają się za siebie


Nigdy niekończąca się groza...


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


Z rzeźników w chirurgów

Na to w jaki sposób dziś żyjemy i funkcjonujemy miało wpływ wielu ludzi. O większości z nich nigdy nie będzie dane nam usłyszeć. Niejednokrotnie nawet nie zadajemy sobie pytania, dzięki komu dany aspekt naszego życia wygląda właśnie tak, a nie inaczej. Nie przychodzi nam bowiem do głowy, że to efekt jakichkolwiek badań i odkryć. Tak jest i już. Nie wynika to jednak całkowicie z naszej ignorancji. Nawet, gdybyśmy byli najpilniejszymi z pilnych uczniów, to przecież, i tak przeładowane szkolne programy, mają ograniczoną pojemność. Poza tym nie da się wiedzieć wszystkiego i nieustannie analizować każdego aspektu rzeczywistości. Dlatego jeśli nawet ktoś z nas słyszał wcześniej o Josephie Listerze, człowieku, któremu zawdzięczamy postęp medycyny, to była to raczej wiedza czysto encyklopedyczna i nie przywiązywaliśmy do niej większej uwagi. Przeciętny zjadacz chleba, który nie jest ani studentem medycyny, ani pasjonatem historykiem, nie miał raczej okazji bliżej przyjrzeć się losom tej szczególnej postaci. Dzięki książkom takim jak Rzeźnicy i lekarze historia odsłania przed nami rąbka tajemnicy. Sprawiają one, że zaglądamy do miejsc, do których bez nich byśmy nigdy nie zawędrowali. W tym konkretnym przypadku, dzięki Lindsey Fitzharris, mamy okazję dowiedzieć się jaki był człowiek, od którego poniekąd zależy kształt naszego dzisiejszego życia.

Zanim wynaleziono środki znieczulające i usypiające, operacje przeprowadzało się na przytomnych pacjentach. O ile jeszcze jesteśmy w stanie wyobrazić sobie wyrwanie zęba, to amputacja, mastektomia, bądź zszywanie jelit „na żywca”, po prostu nie mieści nam się w głowie. Niestety, bez względu na to, jak szeroko będziemy otwierać oczy ze zdumienia i kręcić głową z niedowierzaniem, nic nie zmieni faktu, że w takich warunkach ratowało się pacjentów jeszcze w XIX wieku, czyli wcale nie tak dawno temu. Podczas przeprowadzanych publicznie operacji (w czasach, gdy nie było jeszcze telewizji ani internetu, to sprawy życia i śmierci, takie jak egzekucje, operacje i procesy, stanowiły główną rozrywkę dla mas) operowani byli wiązani i/lub przytrzymywani przez asystentów chirurga. Niejednokrotnie zdarzało się, że uciekali w popłochu i byli sprowadzani na „zabieg” siłą. Ze względu na znikomą przeżywalność i ogromny ból, jaki zadawano, i tak już cierpiącym chorym, rzadko kiedy decydowano się na operacje. Stanowiły one ostatnią deskę ratunku, której chwytano się w sytuacjach, gdy pacjent i tak był już jedną nogą w grobie. Specyficzne warunki pracy powodowały, że chirurg musiał być przede wszystkim silny i szybki. O precyzji i dokładności, które dziś kojarzymy z tym zawodem, można było zapomnieć. Wszystko zmieniło się, gdy zaczęto, pod koniec 1846 roku, stosować do usypiania operowanych eter. Pacjentów nie trzeba było już ganiać po szpitalach, ani operować ścigając się z czasem. Spowodowało to znaczne zwiększenie ilości przeprowadzanych operacji, ale niestety nie zmniejszyło liczby zgonów w wyniku pooperacyjnych powikłań. Lekarze nadal nie widzieli potrzeby mycia rąk, sterylizowania narzędzi ani przebierania się. Operowali chorych, jednego po drugim, lub co gorsza, zdarzało się im operować po uprzednim przeprowadzeniu sekcji zwłok. Nie rozumiano skąd bierze się zakażenie, roża, gangrena, posocznica, a pojawienie się ropy uważano za naturalny element procesu gojenia.

Mimo iż, przed chirurgami pojawiły się nowe możliwości, walka o życie wciąż przypominała ruletkę. Tak naprawdę bowiem nikt nie wiedział, jakie czynniki decydują o tym, że pacjenci w szpitalach mają mniejsze szanse na przeżycie, niż ludzie operowani i leczeni w domach (pomijając biedotę mieszkającą w slumsach). I wtedy, gdy już wydawało się, że ludzkość nie ma szans rozwiązać tego problemu, karierę chirurga rozpoczął skromny i nieśmiały Joseph Lister. To w ogromnej mierze dzięki temu niezwykle inteligentnemu człowiekowi, jak to napisała Lindsey Fitzharris, rzeźnicy przemienili się w lekarzy. Jak wielu, wywracających do góry nogami „niepodważalne” i „jedynie słuszne” teorie, za głoszenie bezeceństw o istnieniu drobnoustrojów i potrzebie stosowania środków antyseptycznych, był wyśmiewany i atakowany przez środowisko medyczne. Z czasem, dzięki uporowi i pracowitości, zdołał przekonać do swoich metod coraz więcej osób, co ciekawe, pozwalając się zoperować, zaufała mu nawet sama królowa Wiktoria! Koniec końców, czego dziś już jesteśmy w pełni świadomi, okazało się, że to on, a nie jego przeciwnicy, miał rację.

Podążając tropem Josepha, Lindsey udziela czytelnikowi odpowiedzi na pytanie, jak to się stało, że jeden człowiek osiągnął to, czego wielu nie potrafiło dokonać przez dziesięciolecia. Przede wszystkim, czego nie możemy mu odmówić, Lister był niezwykle dociekliwy, skrupulatny i pracowity. Jego chęć zrozumienia zjawisk, których był świadkiem, w połączeniu z ogromną empatią, sprawiły, że poświęcił badaniom całe swoje życie. Na kształt jego pracy miały wpływ jednak także inne, niezależne od niego czynniki. Autorka wyraźnie podkreśla, że gdyby nie pewnie wydarzenia, decyzje osób trzecich, wsparcie rodziny, mentorów i przyjaciół, losy naszego odkrywcy mogłyby potoczyć się inaczej. Lister był tym człowiekiem, który wykorzystał wszelkie dostępne możliwości i połączył w całość rozproszone fakty. Miał także dosyć siły by walczyć o swoje odkrycia. Jednak chociaż to jego nazwisko zapisało się w historii, w pewnym sensie ojców sukcesu było wielu.

Rzeźnicy i lekarze, to nie tylko opowieść o losach wspaniałego człowieka. Podążając tropem bohatera odwiedzamy m.in. Londyn, Edynburg i Glasgow, czyli miejsca, które miały szczególne znaczenie w jego karierze. Byśmy mogli lepiej zrozumieć realia w jakich przyszło mu pracować, Fitzharris zabiera nas do dzielnic nędzy, przeludnionych slumsów, prowadzi nas, ulicami, które toną w ściekach, pokazuje także, w jaki sposób urbanizacja i postęp odcisnęły swoje piętno na zdrowiu klasy pracującej. Wraz z nią zaglądamy do cuchnących prosektoriów i brudnych, obskurnych szpitalnych sal. Obraz ten dopełnia historycznymi ciekawostkami. Dowiadujemy się np. że kompletny szkielet człowieka kosztował 5 funtów, a głowa z fragmentem rdzenia 12 szylingów i 6 pensów, szpitale nazywano domami śmierci, a za choroby obwiniano miazmaty, czyli niezdrowe powietrze. Mężowie mogli sprzedawać żony, którymi się znudzili, dostarczanie świeżych ciał szkołom anatomii było lukratywnym zajęciem, dlatego też kwitnął nielegalny handel nieboszczykami, a podczas wojny więcej żołnierzy umierało od chorób niż ginęło w bitwach. Kontekst, w jaki autorka z ogromną łatwością nas wprowadza jest jednym z głównych atutów książki, pozwala nam bowiem przyglądać się powoli przekształcającej się świadomości społecznej, a także wczuć się w położenie pacjentów i chirurgów.

Ta historia nie byłaby jednak tak wciągająca, gdyby nie napisała jej Lindsey Fitzharris. Dzięki niej Joseph Lister stał się dla mnie człowiekiem z krwi i kości. Zamiast tworzyć suchą, naszpikowaną informacjami encyklopedycznymi biografię, tchnęła bowiem w tekst życie, sprawiając, że miałam wrażenie iż czytam emocjonującą powieść. Dzięki niej polubiłam tego nieśmiałego a zarazem charyzmatycznego, bo zarażającego pasją, człowieka. Rozpierała mnie duma, gdy odnosił sukces, kibicowałam mu w jego wytrwałości, rozczulało mnie jego podejście pacjentów, irytowali wrogowie, a jego osobiste straty budziły we mnie głęboki smutek. Bezsprzecznie świetny styl autorki (ukłon w stronę tłumacza), jej ogromna erudycja i niebanalny dowcip sprawiły, że nie żałuję ani jednej minuty spędzonej z tą książką.

Nie zrażajcie się tytułem, okładką i blurbem. Szokują, to prawda, ale nie jest to książka tylko dla osób o mocnych nerwach. Owszem, pierwszy rozdział wbija w fotel i sprawia, że przewracają nam się wnętrzności na samą myśl o tym, co działo się w szpitalach, które przypomniały raczej rzeźnie, niż to co dziś nazywamy szpitalami, ale potem szybko ton opowieści się zmienia. Fitzharris nie epatuje drastycznymi opisami. Kilkukrotnie zagłębia się (w przystępny dla laika sposób) w szczegóły przeprowadzanych zabiegów, ale nie wywołuje tym żołądkowych rewolucji, tylko zaciekawienie. W Rzeźnikach i lekarzach głównie śledzimy losy sławnego chirurga, który otworzył przed medycyną nowe możliwości i uratował tym samym życie setkom tysięcy ludzi. Książka odkrywając przed nami sekrety nie tak odległej historii, przede wszystkim zmusza nas do refleksji nad tym, czego nadal nie wiemy i nie rozumiemy, zastanowienia się, ile wciąż świat ma przed nami tajemnic na trop których nawet jeszcze nie wpadliśmy i w ilu kwestiach, niestety nadal bardzo się mylimy.

Długich dni i zaczytanych nocy.
Podążajcie za atramentowym Królikiem!

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2018 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com