Alicya w Krainie Słów


Drogę gubią ci, którzy obracają się za siebie


Koniec nie nadejdzie


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


Twój los sam cię odnajdzie

Marek Zychla nie chodzi na literackie skróty ani nie „odwala fuszerki”, dlatego nie powinno nikogo dziwić, że i tym razem, to co wyszło spod jego pióra, to kawał dobrej roboty! W Schedzie Gigantów ostatecznie udowodnił już, że materia, w której zwykł się poruszać, nie ma przed nim żadnych tajemnic, a jego warsztat i styl są już na tyle wypracowane, że pozwalają mu, tak w zakresie tropów, jak i języka, na swobodną żonglerkę i elastyczność. Co za tym idzie, nie ma najmniejszego problemu z dopasowaniem konstrukcji powieści, do – chociażby – wieku grupy odbiorców. Wspominam o wieku nie bez powodu, jego najnowsza powieść bowiem, to młodzieżowe fantasy. Fani Przeczywistości, Wi@rusa i Sitka, nie powinni się jednak tym faktem martwić, Scheda Gigantów nie trąci infantylnością i zawiera w sobie naprawdę sporo ładunku „zychlowatości”, do której zdążyliśmy już przywyknąć. Dzięki temu zadowoli nie tylko nastolatka, który poczuje się przez autora potraktowany poważnie, ale także dorosłego czytelnika.

Marek Zychla i tym razem wrzuca nas w samo serce świata irlandzkich mitów. Zanim jednak nas tam zabierze, każe nam najpierw zmierzyć się z szalejącą nad Poznaniem burzą. To właśnie tutaj, w małym, niepozornym zagajniku, pośród strug deszczu, grzmotów i błyskawic, mają miejsce zdarzenia, które wpłyną na przyszłe losy świata. Stary druid wyczuwając nadchodzące niebezpieczeństwo, postanowił bowiem odprawić w nim tajemniczą ceremonię i odegnać zło. Niestety nie docenił wrogiej siły i chociaż, koniec końców, udało się ją powstrzymać, to odbyło się to sporym kosztem i tylko na jakiś czas… W efekcie gorączkowych  działań jedno z bliźniąt, które tej feralnej nocy znajdowało się we wspomnianym zagajniku – dlaczego musicie dowiedzieć się sami – trafia pod opiekę naszego druida. Kuba, bo tak chłopcu na imię, im jest starszy tym bardziej czuje, że nie do końca pasuje do zastanej rzeczywistości. Nawiedzają go różne wizje i sugestywne sny, w których spotyka się z siostrą, której przecież, z tego co wie, nie ma. Gdy dorasta postanawia rzucić biznes kominiarski, w którym działa wraz z dziadkiem, i wyemigrować do Irlandii, by wraz ze starymi kolegami, zarabiać większe pieniądze i zdecydować, co tak naprawdę chce w życiu robić. Los ma jednak wobec niego inne plany. Tuż po jego przylocie na miejsce, z oceanu wynurzają się pradawni Giganci. Ich pojawienie się oznacza początek wielkiej wojny z siłami zła, które postanowiły zniszczyć wszelkie życie (nie tylko na Ziemi, ale również w zaświatach). Kuba stając twarzą w twarz z nieznanym, dowiaduje się kim jest i jakie stoi przed nim zadanie. Okazuje się, że chłopak musi bardzo szybko dojrzeć i udowodnić, że jest wart roli, w której go obsadzono. Atrybuty i przeznaczenie to bowiem jedno, a odpowiedzialność za nie, to już zupełnie inna sprawa.

Zychlowe uniwersum przecina dosyć wyraźna granica, która trwale oddziela obszar dobra od zła. Wyznaczając ją autor nie zapomina jednak o odcieniach szarości, czyli np. istotach, które zostały uwikłane w sytuacje, w których musiały dokonywać trudnych moralnie wyborów. Dlatego mimo, że głównie widzimy biel i czerń, że łatwo określić nam gdzie leży dobro, a gdzie zło, to w naszej świadomości pozostaje luka, widmo środka, powstającego gdy krucha równowaga między pierwszym a drugim zostaje zachwiana. I to jest według mnie bardzo ważny przekaz. Może dlatego wciąż podczas lektury miałam wrażenie, że nad powieścią Zychli krąży duch Tolkiena? Odczucie to potęgował fakt, że mamy tutaj także grupę bohaterów, próbujących powstrzymać zagładę świata, wojnę, którą można by określić mianem „sprawiedliwej”, ginące bezpowrotnie gatunki oraz ostateczną, krwawą i brutalną bitwę. Podobnie jak u Tolkiena możemy również wyróżnić tutaj śmierć piękną, heroiczną, gdy giną pozytywni bohaterowie oraz brzydką, nijaką, niewiele znaczącą, gdy ponosi ją jakiś podrzędny, wyhodowany w celu zabijania demon. Oczywiście pojawia się u Zychli, jako istotna część życia, także i miłość. Na szczęście, autor oszczędził nam pustego wzdychania i melodramatycznych uniesień. Bohaterowie: On (obowiązkowo dobrze zbudowany) i Ona (obowiązkowo przepiękna) wymieniają po prostu spojrzenia, coś iskrzy i koniec. Bez rozdrapywania, rozdmuchiwania tematu po prostu z góry wiadomo, że historia tej dwójki, kiedyś tam, skończy się na ślubnym kobiercu.

Walka dobra ze złem jest oczywiście podstawą konstrukcji omawianej powieści. Nie można zapominać jednak, że równie ważne jest także to, co ją wypełnia. Autor przemyca nam troszkę smaczków na temat sprawowania władzy, dojrzewania, o przekłamywaniu historii, małostkowości, zemście i całkiem sporo o różnych wymiarach cierpienia i straty. Wszystko to wrzuca do kociołka z irlandzkimi mitami, które uprzednio zostały przepuszczone przez tkankę jego wyobraźni i „ubrane” przez nią na nowo. Wprowadzając czytelnika coraz głębiej w ów świat, autor z coraz większą intensywnością zagina czasoprzestrzeń (miejscami wręcz wykręca ją na lewą stronę), udowadniając, że nasz sposób postrzegania rzeczywistości jest po prostu nudny, a my jesteśmy bezgranicznie śmieszni, gdy sztywno się go trzymamy. Dzięki temu powieść stanowi, chociażby chwilowe, remedium na nasze codzienne bolączki, odrywa nas od „odczarowania”  i przywraca nam wrażliwość na ulotny, a może nawet magiczny (?), wymiar otaczających nas zjawisk.

Marek Zychla puszcza także oko do stałych czytelników umieszczając w tekście elementy, które znamy z jego poprzednich książek. Nie mogło tutaj zabraknąć chociażby skrzatów kradnących dzieci, nietypowego chomika, Opla Corsy oraz Marzeny i Jurka Turowskich, chociaż tym razem nie występują oni, w znanej nam z poprzednich książek, buraczano-emigracyjnej wersji. Warto podkreślić, że w porównaniu z Wi@rusem i Sitkiem, Scheda Gigantów, to tekst mniej skomplikowany, mniej naszpikowany brutalnością, mrokiem. Nadal napisany jednak charakterystycznym – plastycznym i barwnym – językiem, który sprawia, że ponura atmosfera unosząca się nad kończącym się światem, staje się dla czytelnika wręcz namacalna. Ciężar ten autor często  rozbraja czarnym i cierpkim humorem.

Teraz pozostaje nam już tylko z ciężkim sercem odłożyć lekturę na półkę i czekać na drugą część. Po cichutku liczę na to, że pojawi się w niej odrobinę więcej motywów postapokaliptycznych (?!). Póki co autor skupił się bowiem głównie na walce, nie malując przesadnych obrazów zniszczenia ani ludzkiego zezwięrzęcenia.

Długich dni i zaczytanych nocy.
Podążajcie za Atramentowym Królikiem!

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2019 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com