Alicya w Krainie Słów

Czytanie rzeczy różnorodnych sprawia największą przyjemność


Drogę gubią ci, którzy obracają się za siebie


Koniec nie nadejdzie


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


Kolejny film o rekinie

Jak podejść do tematu tak zgranego, tak oczywistego, jak nieuchwytny rekin zabójca? Cóż, poza charakterystyczną wystającą ponad taflę wody płetwą, paszczą pełną ostrych zębów i niespodziewanym atakiem, można jeszcze zaoferować widzowi? Otóż według twórców dzieła pt. Shark killer nie można zaoferować już NIC. Nie wysilając się więc zbytnio stworzyli nader prostą historyjkę o osiłku, który ma odzyskać dla swojego brata brylant. Niestety kamień połknął rekin, a nasz bohater nie znosi wody.

 

Gorsze od niechęci do wody okazuje się to, że nasz łowca rekinów, woli polować na przedstawicielki pewnego lądowego, dwunożnego i wielkookiego gatunku. Jego skuteczność w tej dziedzinie można by uznać za stu procentową, ale niestety w pewnym momencie dobra passa się kończy i trafia kosa na kamień. Jasmine (Erica Cerra), prawniczka towarzysząca mu w wyprawie po brylant, jest wyjątkowo odporna na jego urok – przynajmniej początkowo gra twardzielkę. Nie trzeba być wybitnym geniuszem, żeby domyślić się jak się ta relacja skończy. W czasie, gdy ta dwójka skupia się na słownych przepychankach i rzucaniu sobie ukradkowych spojrzeń, gdzieś w tle pływa zapomniany rekin i jeden bandzior wypowiada wojnę drugiemu. Dla urozmaicenia fabułki trzeba więc komuś obić mordę, zajrzeć do wytwórni narkotyków – laboratorium obsługiwanego przez półnagie panie – i zgubić but.

 

W porównaniu z chociażby rekinami z żyjącymi w piasku, dwugłową bestią czy krwiożerczym klientem supermarketu, nasz rekin to płotka. Nie warczy (a występ w kinie klasy „Z” przecież zobowiązuje!), nie strąca samolotów (łajza!), nie zjada radioaktywnych odpadów ani nawet nie mutuje w ośmiornicę itd. Cóż, tak mu napisano rolę, że musiał dać się przyćmić chodzącej pewności siebie, czyli Chase’owi Walkerowi (Derek Theler). Na głównego bohatera składają się: idealna fryzura (nawet po wynurzeniu się z wody), uśmiech pełen zębów i napompowane mięśnie. Oczywiście nasz łowca nie omieszka poparadować z gołym tyłkiem – ale niestety drogie panie golizny w tej produkcji tyle, co w kinie familijnym.

 

Pomijając luki w lekkiej fabule i pewne niedorzeczności wynikające z jej komediowego charakteru, większych wpadek tutaj nie znajdziemy. Rekin – gdy już się od czasu do czasu pojawi – jest całkiem przyzwoitą animacją, a nie dmuchańcem, czyli efekty mamy tutaj PRAWIE jak w Hollywood. Nie zaszczycono nas także żadnymi plastykowymi bebechami i ograniczono się do różowej pianki na powierzchni wody. Na plus można też policzyć całkiem niezłą muzykę (Mark Kilian) przenoszącą nas w wakacyjny, leniwy klimat. Nie razi także jako takie aktorstwo z wczuwającym się w gangstera Arnoldem Vosloo.

 

Shark killer można obejrzeć tylko w jednym celu – żeby odmóżdżyć się po ciężkim dniu. W tej roli – przynajmniej dla mnie – sprawdził się w stu procentach. Nie musiałam łapać wątków ani skupiać się na tym, co mówią bohaterowie – bo to i tak nie miało znaczenia. Co jakiś czas z letargu wyrywało mnie tylko jedno czy drugie stwierdzenie o inteligencji rekinów, które np. według Chase’a wystawiają głowę ponad wodę, by się rozejrzeć…. Poza tym moją uwagę przykuł lewostronny ruch w Kapsztadzie i w Australii oraz fiński tytuł filmu: Haintappaja. Na produkcję mogą zerknąć także zagorzali fani wszystkiego, co ma „shark” w tytule.

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2019 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com