Alicya w Krainie Słów

Czytanie rzeczy różnorodnych sprawia największą przyjemność


Drogę gu­bią ci, którzy oglądają się za siebie


Nigdy niekończąca się groza...


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


Będę grał w grę. Z rekinem

Walka z nudą? A i owszem. Walka o to by oglądając nie zasnąć? Też się zgadza. WALKA O ŻYCIE? Zdecydowanie nie! Ten tytuł to tylko pobożne życzenie reżysera. Chyba, że mamy myśleć o życiu naszych szarych komórek, które w obliczu tej genialnej produkcji, postanowiły się ewakuować  do lepszego świata… Oczywiście nie oczekiwałam po tym filmie zbyt wiele. Doskonale zdaję sobie sprawę z tego, czym cechują się produkcje Asylum. Jednak ze smutkiem muszę stwierdzić, że ten konkretny shark movie nie umywa się do większości produkcji klasy „Z” traktujących o naszych ulubionych – bynajmniej nie akwariowych – rybkach. Niestety więc Shark week plasuje się na dosyć wysokim miejscu w rankingu na najgorszy film o rekinach.

Nad scenariuszem ślęczały aż dwa tęgie umysły, mimo to nie ma się za bardzo nad czym rozpisywać. Narkotykowy baron Tiberton (Patric Bergin), który stracił  jedynego syna, postanawia dokonać zemsty na ludziach, którzy w jego mniemaniu mieli z tą tragedią coś wspólnego (m.in. ratownika medycznego, detektywa i przypadkową ćpunkę). „Szczęśliwcy” zostają porwani i sprowadzeni na wyspę-pułapkę pełną rekinów. Szaleniec urządza swoim ofiarom kilkuetapową grę, którą może przeżyć tylko jedna osoba. Szanse są nierówne: z jednej strony mamy ośmioro osób – każda dysponuje mózgiem wielkości orzeszka – uzbrojonych w aż jeden nóż, z drugiej  głęboką na metr (!) wodę, w której czają się krwiożercze rekiny.

Co najtragiczniejsze: w tym filmie prawie w ogóle nie ma rekinów. Sceny ataków odbywają się najczęściej „po ciemku” i w jaskiniach – żeby widza w oczy zbytnio nie raziło słabe CGI. W kluczowych momentach obraz jest mocno rozmazany, a o tym, że właśnie jakiś bohater wyzionął ducha, przekonujemy się, gdy przed kamerą rozlewa się smuga czerwieni. Także wyspa-pułapka to totalna kpina. Wybrańcy spacerują wciąż tymi samymi ścieżkami (chyba jedną i tą samą) i wchodzą/wpadają wciąż do tej samej jaskini. Poza nijakimi i nieprzekonującymi scenami ataków i bezcelowym chodzeniem w tę i z powrotem, możemy liczyć jeszcze tylko na drewniane dialogi od których więdną uszy. Wybrańcy wciąż debatują nad tym dlaczego się tutaj znaleźli i jak mogliby uciec. Niczego nie są jednak w stanie obmyślić, przez większość czasu wyglądają wręcz jakby nie mogli sobie przypomnieć, co tutaj w sumie robią i dlaczego ten koleś z kamerą ich filmuje… Aktorzy – to zresztą norma w takich produkcjach – się więc nie popisali. Najgorzej wypadła dwójka tych „złych”. Para sadystów (Tiberton i Elena – Yancy Butler) próbując wyglądać groźnie, głównie stroi dziwne miny i najwyraźniej nie może doczekać się kiedy nastąpi upragniony koniec zdjęć do tego gniota, w którym wystąpili najwyraźniej za karę (albo przegrali jakiś zakład).

Z tego dosyć kameralnego animal attack zieje nudą. Jedyne co może nas na chwilkę rozbudzić, to topienie warczącego rekina i skonstruowana naprędce broń: bohaterowie przytwierdzają do patysi zęby rekina (jeden ząb = jeden patyś), w swoim mniemaniu tworząc najwyraźniej groźne i śmiercionośne  dzidy. Jeśli ktoś jest oddanym fanem kina klasy Z (i to tego o rekinach), to da radę dotrwać do końca. Seans może umilić sobie wyliczaniem wpadek od których aż się tutaj roi (bohaterowie mają opatrunki zanim znajdują apteczkę, raz mają buty, raz nie). Reszta niech sobie daruje.

Jeżeli bardzo chcecie zobaczyć jeszcze coś co wyreżyserował Christopher Ray, skuście się raczej na filmy: Dwugłowy rekin atakuje lub Trójgłowy rekin atakuje. Jakoś więcej przyjemności sprawia nabijanie się z produkcji o zmutowanych rybach, niż znęcanie się nad Shark week, w którym biedne płetwiaste zostały uwięzione w kałużach na wyspie bogatego psychola.

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2018 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com