Alicya w Krainie Słów


Drogę gubią ci, którzy obracają się za siebie


Koniec nie nadejdzie


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


Wieczór z rekinem #47 Zombie SS na latających nazi-rekinach

W nakręconym z 1982 roku filmie pt. Spokojnie to tylko awaria personel pokładowy oznajmia pasażerom, że układy sterowania nie działają więc pojazd księżycowy zszedł niebezpiecznie z kursu i że w ogóle to w kadłub wali deszcz asteroidów. Panika wybucha jednak dopiero wtedy, gdy wygłoszony zostaje komunikat, że skończyła się kawa.

Wygląda to mniej więcej tak jak u mnie. Na co dzień dzielnie walczę z przeciwnościami losu, ale całkowicie rozbraja mnie i paraliżuje myśl, że kiedyś skończą mi się rekinie filmy. Na szczęście, producenci, najwyraźniej dbając o mój psychiczny dobrostan, stają na wysokości zadania i kręcą wciąż COŚ nowego. To dzięki ich poświęceniu, samozaparciu i – chyba, bo jakżeby to nazwać inaczej – pasji mam ogromną, ale także wątpliwą, przyjemność, opowiedzieć wam o najnowszej produkcji pt. Sky Sharks. Cóż się może kryć pod tą niepokojącą nazwą? Ano dokładnie to co napisałam w tytule opinii: ZOMBIE SS NA LATAJĄCYCH NAZI-REKINACH. Jesteście w szoku i przecieracie oczy ze zdziwienia? Weźcie kilka głębokich wdechów, to się dzieje naprawdę!

To film dla każdego kto:

– odkąd zobaczył W poszukiwaniu zaginionego rekina i Rekinado miewa mokre sny o potędze;
– połączenie gore, pastiszu i syntezatorowej ścieżki dźwiękowa w stylu lat 80, uważa za godne Oscara;
– jest prawdziwym, a nie udawanym psychofanem filmów o rekinach;
– jest fanem filmów o zombie;
– jest fanem filmów o zombie nazistach;
– nie ważne co ogląda, grunt, że na ekranie pojawią się cycki;
– niejedno już widział i zna się na „złym kinie” – level master co najmniej.

Zapewne wiecie, że rekiny i zombiaki stały się już kolejnymi maskotkami trącącej stęchlizną formuły kina grozy. Filmy z nimi, jeszcze niedawno, przeżywały prawdziwy renesans i sprawiły, że jedne i drugie kreaturki, zadomowiły się na dobre w kulturze masowej. Po pewnym czasie, gdy minęła pierwsza fala fascynacji i rynek się nasycił, powstające masowo produkcje ani nie potrafiły już wyjść poza pewien ograny schemat ani zaspokoić wygórowanych oczekiwań spragnionego nowych wrażeń widza. Pewnym powiewem świeżości okazało się fenomenalne (nie wiedzieć czemu) Rekinado i (stare, bo z 2009 roku) norweskie Zombie SS (Dead snow). Nie ma się co jednak czarować: ich czas również już minął. Więc co dalej? Co jeszcze można było zaoferować fanatykom absurdalnego kina? Na szczęście – pewnie na sutko zakrapianej imprezie – ktoś doznał olśnienia i wpadł na to, że dwa wspomniane wyżej motywy, można przecież połączyć!

Dzięki temu doczekaliśmy się odpowiedzi na pytanie, które od wieków spędza ludzkości sen z powiek: co wyjdzie z połączenia zombie, nazistów i rekinów (nie, nie jest to Zombie Shark)? Na samo wyobrażenie oblewają mnie zimne poty…. I  nie dziwię, że realizacja tak szalonego projektu trwała trzy lata.

***

W końcu się jednak udało i produkcja zobaczyła światło dzienne. I wiecie co? Podczas oglądania miałam wrażenie, że trafiłam na jakiś psychodeliczny trip. Po raz pierwszy naprawdę mnie zatkało i zapomniałam języka w gębie. Na wstępie przedstawię wam więc zarys fabuły i sami zobaczycie co się tutaj odrekiniło. Przy okazji, posłuchajcie także mojej rady: zanim zaczniecie czytać, usiądźcie wygodnie, zapnijcie pasy i weźcie jakiś wysoko procentowy napój do ręki.

Jak to zwykle bywa wszystko zaczyna się dosyć niewinnie. Podczas lotu, pasażerowie robią to co zwykle robią przeciętni pasażerowie linii lotniczych, czyli: strzelają sobie selfie, chleją, toczą jałowe dyskusje, modlą się i oglądają filmy np. o latających żabach oraz pornosy. Dobrana przypadkowo obsada (no dobra, parę „sław” gościnnie też występuje) wspina się przy tym oczywiście na wyżyny swoich marnych możliwości aktorskich. Ogólnie na pokładzie nie jest może specjalnie miło, ale względnie normalnie na pewno. Do czasu. Do czasu, gdy na samolot napada powietrzna eskadra ZOMBIE SS, dosiadająca latających REKINÓW. Jeśli na samo wyobrażenie tej sceny – a podkreślam, że barszcz leje się tutaj strumieniami, jakby każda z ofiar była podłączona do strażackiej sikawki – wasze szare komórki nie popełniają jeszcze zbiorowego samobójstwa, możemy jechać z tematem dalej.

Skoro przeżyliśmy już pierwsze 13 minut seansu, to dowiadujemy się, że wszystkiemu winne jest globalne ocieplenie, które spowodowało, że na Arktyce odtajał okręt nazistów, na którym zamarzły efekty przedziwacznych eksperymentów. Genetycznie zmodyfikowane, latające nazi-rekiny, które mieliśmy już okazję poznać, to system broni doskonałej, dzięki której zzombiaczoni hitlerowcy chcą podbić planetę. Do walki z nimi stanie jeden z ich twórców (który uciekł po wojnie do Stanów i przygotowywał się do tego starcia całe życie) oraz jego dwie córki – agentki specjalne, które nie wiedziały nic o niechlubnej przeszłości ojca. Jako, że w filmie jest sporo retrospekcji, dowiadujemy się także, że nasz „bohater” nie nabroił tylko podczas II wojny światowej. Maczał również palce w stworzeniu superżołnierza, testowanego podczas wojny w Wietnamie. Więc o ile dobrze zrozumiałam, to taki geniusz zła w służbie dobra.

Musicie też wiedzieć, że w Sky Sharks nikt nie bawił się w cenzurę. Od dawna, chyba od czasów Dwugłowego rekina, nie widziałam w żadnym filmie z rekinami aż tyle golizny. A tutaj pokazuje się nam nawet więcej niż tylko cycki (rozumiem, że męska część publiczności, poczuła się w tym momencie bardziej zaintrygowana). Nie tylko pod tym względem twórcy mieli rozmach. Sposób w jaki zombie mordują swoje ofiary celowo jest okrutnie przesadzony. W jawny sposób nabija się konwencji, bardziej ma nas śmieszyć niż obrzydzać. I to jest akurat ok.

To co w Sky Sharks zawodzi, to tempo. Retrospekcji, podczas których stara nam się zbyt drobiazgowo wytłumaczyć „jak do tego doszło”, jakby to naprawdę kogokolwiek obchodziło, jest zbyt wiele. Na dokładkę każda przedstawiona jest w nieco innym stylu (pojawia się nawet kreskówka). Niektóre wątki się niepotrzebnie rozwleczone i zwyczajnie nużą. Przyznaję, że w pewnym momencie nieco się pogubiłam, bo starałam się „połączyć kropki”. Warto jednak pamiętać, że to nie jest fabuła, którą trzeba jakoś specjalnie zgłębiać. Jeśli więc podczas seansu cokolwiek sprawi, że zaczniecie się nad czymkolwiek zastanawiać, to natychmiast przestańcie to robić – nie ma sensu. Tutaj logika po prostu ma zakaz wstępu.

Nadmiar efektów komputerowych, sprawia, że wizualnie film przypomina grę komputerową i/lub kiepski teledysk. Nie da się uniknąć wrażenia, że nazistowskie zombiaki zostały żywcem wyrwane z filmu o, nomen omen, zombie SS. Niestety, czasami wyraźniej niż byśmy sobie tego życzyli widać niedostatki w charakteryzacji, np. boli fakt, że aktorzy korzystają z tandetnych masek.  Za to rekiny – wykonanie MIODZIO! Tym bardziej szkoda, że odegrały tutaj rolę drugoplanową. Ale nie ma co narzekać, bo jednak rolę nie byle jaką – zostały przecież superbronią Rzeszy…

Niestety nie jest to film typu: „tak zły, że aż dobry”, ale mimo to, trzeba przyznać, że nagromadzenie traktowanych poważnie idiotyzmów, czyni z niego kino dla naprawdę zaawansowanego widza. I taki będzie z seansu zadowolony na milion procent. Podsumowując: rekiny latają i mordują (a wspominałam już, że potrafią także stawać się niewidzialne?), zombie warczą i mordują, a świat kombinuje, jak zneutralizować to niedorzeczne zagrożenie. Kicz, papka, tandeta i absurd – po prostu kino tylko dla koneserów.

I’m lovin’ it. Bardzo.

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2021 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com