Alicya w Krainie Słów


Drogę gubią ci, którzy obracają się za siebie


Koniec nie nadejdzie


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


Pierwsza w Polsce powieść o żużlu

Dawno, dawno temu, pewnego pięknego dnia Joanna Radosz zakochała się w żużlu. Jako zapalona czytelniczka postanowiła poczytać sobie jakieś ciekawe książki z nim w roli głównej, więc zaczęła ich szukać… i bardzo się rozczarowała, ponieważ takowej prozy nie znalazła. Załamywanie rąk i zalewanie się łzami nie leży jednak w jej naturze – bliżej jej bowiem do Meridy Walecznej niż całej reszty mdłych księżniczek – postanowiła więc, że sama takie książki zacznie pisać. Jak postanowiła, tak zrobiła. W efekcie, do tej pory, spod jej pióra wyszły trzy antologie opowiadań z żużlowersum: Czarna książka (2016), Czarna książka. Zostać mistrzem (2018), Opowieści na marginesach (2019), a także wydana w tym roku – nakładem Wydawnictwa IX – debiutancka powieść pt. Szkoła wyprzedzania.

To co wyróżnia Joannę na tle innych pisarzy, to nie tylko miłość do wyścigów motocyklowych. Jako rusycystka z wykształcenia ma także (oględnie mówiąc) ogromną słabość do naszego „wschodniego sąsiada”. I muszę przyznać, że to dosyć oryginalne połączenie pasji, bardzo dobrze „odnalazło się” na kartach książki. Zwłaszcza, że zgrabnie uzupełniało się z pozostałymi wątkami. Jeśli jednak nie przemawia do kogoś ani Rosja, ani żużel, nie oznacza to, że książka całkowicie nie przypadnie mu do gustu. Można „wejść” w tę historię z zupełnie innego poziomu. Znajdziecie tutaj bowiem zagadkę kryminalną do rozwiązania, mafię, sporo trudnych relacji z ojcami oraz dosyć mocno zarysowany zalążek romansu (na szczęście nie „zalewający” treści) ambitnej psycholożki z podrachanym przez życie i sarkastycznym bad boyem. Jeśli miałabym przyporządkować tę powieść do gatunku, to Szkołę wyprzedzania określiłabym jako patchwork. Zdecydowanie – jak dla mnie – dominuje w niej obyczaj (zwłaszcza na początku), ale znajdziecie tutaj także elementy sensacji, thrillera oraz ociupinkę, wspomnianego już, romansu.

Jeśli w tym momencie napiszę, że akcja Szkoły wyprzedzania rozgrywa się w Rosji, to już zapewne nikogo nie zaskoczę. Dymitr Kazdrowicz, nasz główny bohater, jest prezesem prowincjonalnego klubu żużlowego w Togliatti. Poznajemy go, gdy przyjeżdża do Petersburga na pogrzeb swojego ojca z którym, delikatnie mówiąc, nie łączyły go zbyt ciepłe stosunki. Pech chce, że stary oligarcha zostawił pogardzanemu synowi w spadku kluczyk do skrytki na jednym z petersburskich dworców. Najwyraźniej ukrył tam coś cennego, ponieważ ktoś zaczyna śledzić Dymitra i czyhać na jego życie. A on chciał po prostu żyć sobie dalej w spokoju, imprezować z bogatym przyjacielem i najlepiej jak potrafi wychowywać przybranego syna Emila. Niestety, zamiast tego, zmarły ojciec nie daje mu spokoju nawet po śmierci, znienawidzony brat również zaczyna „bawić się” w żużel, żeby go pogrążyć, współpracownicy chcą się go pozbyć, a klubowa psycholożka pcha się z buciorami w jego prywatne sprawy…Przy takim pomieszaniu z poplątaniem, jakoś w ogóle nie dziwi mnie, że bohater ma problemy z opanowaniem zalewających go, negatywnych emocji i wybuchami gniewu.

Radosz bardzo swobodnie porusza się w świecie, który wymyśliła, co stanowi potwierdzenie autentyczności jej pasji, bo ta jest bardzo wyczuwalna w tekście. Trzeba również przyznać, że miała pomysł na bohaterów, nie tylko na samą historię, dlatego nie są oni papierowi. Co prawda nie serwuje nam pogłębionej analizy psychologicznej, ale to czego się o nich dowiadujemy wystarczy by wzbudzali w nas emocje. Czasami więc nas bawią, czasami jesteśmy na nich źli, czasami spoglądając na nich z boku odczuwamy zażenowanie – jedno jest niezmienne: cały czas mocno im kibicujemy. Jedyne z czym miałam w Szkole wyprzedzania problem to zakończenie. Gdy dowiedziałam się o co chodziło ojcu Dymitra, to byłam naprawdę zaskoczona. Oczywiście podobało mi się to, że autorka wymyśliła coś, co w życiu nie przyszłoby mi do głowy (chociaż miałam różne pomysły) i nie poszła po linii najmniejszego oporu. Jednak sam pomysł wydał mi się niewiarygodny. W pierwszym momencie pomyślałam że najwyraźniej oligarcha był bardziej ekscentryczny niż mi się wydawało. Ale potem naszła mnie inna refleksja: kim jestem by podważać decyzje miliardera? Nie ja zbudowałam imperium i nie mnie nazywa się „ojcem Petersburga”, więc niech mu będzie, pewnie wiedział co robi.

Czy polecam? Tak. Komu? Tym spragnionym bardziej obyczaju niż sensacji i tym, którzy lubią wychodzić poza gatunkową strefę komfortu.

P.S. Całe szczęście, że żużel jest w Szkole wyprzedzania podany w przychylny dla laika sposób i  stanowi raczej tło dla innych zdarzeń, ponieważ mimo mojej całej sympatii dla tej powieści, nadal nie rozumiem jego fenomenu. No ni w ząb i ani ociupinki. Autorka całkiem trafnie podsumowała moje wątpliwości, pisząc, że najwyraźniej programowo nie uznaję motosportu. Zdaję sobie sprawę z tego, że trzeba być w świetnej kondycji fizycznej (krzepa jest niezbędna, do utrzymania w ryzach mechanicznego rumaka) i mieć świetny refleks (bo ja bym nawet 5 metrów nie ujechała), ale dla mnie sport – wielkim uproszczeniu – to jednak coś co opiera się przede wszystkim na sile mięśni (nie wspierane maszyną).

I jeszcze mam lekkiego fisia na punkcie ochrony środowiska, więc zupełnie zbędne wydaje mi się generowanie hałasu i wypuszczane, ku własnej uciesze, w atmosferę dodatkowych spalin.

Długich dni i zaczytanych nocy.
Podążajcie za Atramentowym Królikiem!

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2020 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com