Alicya w Krainie Słów

Czytanie rzeczy różnorodnych sprawia największą przyjemność


Drogę gu­bią ci, którzy oglądają się za siebie


Nigdy niekończąca się groza...


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


MEGalipa

Rekin na dużym ekranie! I to nie byle jaki, bo żaden tam żarłacz błękitny, rekin młot czy tępogłowy tylko niekwestionowany król drapieżników MEGALODON! Na to by zobaczyć film z nim w roli głównej czekałam od miesięcy. Nie było więc takiej siły w niebie ani na ziemi, która powstrzymałaby mnie przed pójściem do kina. W ramach przygotowań przeczytałam nawet książkę, którą inspirowali się scenarzyści i uparcie nie oglądałam zwiastunów, by w kinie w maksymalnym skupieniu przeżyć to wszystko po raz pierwszy. I to był błąd, bo może gdybym zobaczyła chociaż jeden, nie miałabym aż tak wygórowanych oczekiwań. A tak niestety film rozczarował mnie okrutnie. Z kina wychodziłam delikatnie mówiąc rozżalona i przybita, jakby ta produkcja była moją osobistą porażką. Czułam pewnie mniej więcej to samo, co zagorzali kibice, którzy bezsilnie patrzą jak ich ukochana drużyna dostaje wciry i odpada z mundialu. Teraz już rozumiem dlaczego ludzie na trybunach płaczą i obiecuję już nigdy więcej się z nich nie nabijać…

Nic dziwnego, że zanim przelałam myśli na „papier” musiałam porządnie przetrawić to co widziałam, bo niestety opisywanie tego, wiązało się z powtórnym przeżywaniem niezbyt przyjemnych emocji.  Ale wiadomo: czas leczy rany. Jeżeli chodzi o główną oś fabularną to The Meg (reż. Jon Turteltaub) raczej nie zaskakuje. Jak w większości tego typu produkcji, wszystko sprowadza się do tego, że trzeba unicestwić gigantycznego i krwiożerczego potwora (oraz zdobyć kobietę, w tym wypadku: nową!). Do tego potrzebny jest niezniszczalny bohater i ekipa mniej lub bardziej zbędnych pomagierów. W tym konkretnym przypadku los zadecydował, że niezłomnym bohaterem zostanie wojskowy ekspert od nurkowania, Jonas Taylor, który 5 lat wcześniej podczas misji, w dosyć traumatycznych okolicznościach, zetknął się z nieznanym dotąd niebezpieczeństwem (czytaj: megalodonem). Nikt mu oczywiście nie uwierzył, więc w hańbie odszedł ze służby. W wyniku obecnych wydarzeń, wezwany na pomoc przez grupę badawczą penetrującą dno oceanu, ma  szansę zrehabilitowania się w oczach świata i przy okazji udowodnienia, że to nie on się w przeszłości mylił. Bo owszem, misja ratownicza się powiedzie, ale przy okazji na płytsze wody z głębin wydostanie się, przedstawiciel, uznanego za wymarły, gatunku. Oszalały od nadmiaru bodźców i wygłodniały megalodon pożre wszystko, co znajdzie się w zasięgu jego paszczy. No oprócz yorków. Yorkami, jak się przekonacie, gardzi.

Książka The Meg (TUTAJ) nie jest oczywiście literaturą wysokich lotów. To taki typowy horrorek klasy B, który świetnie realizuje konwencję i zapewnia nieskomplikowaną rozrywkę. W filmie sporo pozmieniano, ale zmiany te nie zakłócały głównego wątku, jakim jest polowanie na potwora, więc można je jako tako przełknąć i uznać za kosmetyczne. Bo jakie znaczenie w ogólnym rozrachunku może mieć fakt, że żona książkowego Jonasa była straszną zołzą i karierowiczką, a ta filmowa jest całkiem sympatyczna? Zresztą nie tylko ona, większość przeniesionych na ekran postaci została  mocno wygładzona.  Co do fabuły, ze zrozumiałych przyczyn, czyli ograniczeń czasowych, znacząco ją uszczuplono i zmiękczono (unikając, jak ognia dramatyzmu), za to, dla równowagi utwardzono głównego bohatera. No i tutaj zaczynają się schody. Jonas Taylor nurkuje bez płetw, pod wodą przemieszcza się szybciej niż gigantyczny rekin i ma przeogromnego farta. Zawsze gdy wydaje nam się, że zaraz będzie po nim, on, niczym bohater Rekinada, cudem unika śmierci i wychodzi z opałów z szelmowskich uśmiechem… Co również zasługuje na chwilę uwagi, gdyż główna mina bohatera to: „jestem nieźle wku*wiony, nie podchodź”. Bohater grany przez Stathama zatracił niestety coś, co powodowało, że książkowy Jonas był wiarygodniejszy i przystępniejszy dla czytelnika niż jego filmowa wersja. Tamten owszem też był jednowymiarowy, ale przeszedł, no może nie długą, ale jednak, drogę by z załamanego, straumatyzowanego i zdradzonego wykładowcy stać się herosem, ratującym przyjaciół. Ten filmowy jest od samego początku jak lita skała: wysportowany, niezniszczalny, nieugięty i nie zachodzi w nim najdrobniejsza wewnętrznej przemiana. To ewidentnie fatalnie napisana postać, nawet jak na efekciarskie kino akcji. Dlaczego więc Statham dał się wmanewrować w taką rolę? Może zaślepiła go miłość do rekinów, a może dorabia do emerytury, a ciekawsze oferty niestety przestały się pojawiać? W każdym razie nie tylko on, dosłownie i w przenośni, popłynął. Ogólnie, nikt z obsady się tutaj nie spisał i nie wypadł wiarygodnie. Trudno jednak oczekiwać, żeby aktorzy potraktowali poważnie i wczuwali się w tak płytko nakreślone postacie. Kropkę nad „i” stanowi fakt, że nie udała się  w The Meg nawet naiwna część „romansowa”, bo między mężnym herosem a jego nową wybranką zwyczajnie nie ma chemii. Nie pomogło nawet błogosławieństwo niezołzowatej żony…

Kolejny minus stanowi fakt, że producenci skręcili niebezpiecznie w stronę absurdalnego kina ze zmutowanymi rybami w rolach głównych, zamiast chociażby spróbować dorównać do 183 metrów strachu (bo o Szczękach wiadomo, że nie mogło być mowy). Komediowe wstawki, które zapewne miały rozluźnić widza lub uśpić jego czujność, są powciskane w najmniej odpowiednich momentach i jest ich zwyczajnie zbyt wiele. Poza tym, co chyba gorsze, nie są śmieszne. Jedyne co jest tu na poziomie to efekty i zdjęcia. W pamięć zapada przede wszystkim zatoka widziana z lotu ptaka, pełna taplających się w wodzie plażowiczów w kołach ratunkowych. Ktoś trafnie przyrównał tę scenę do miski z owocowymi Cheeriosami, które postanowił właśnie schrupać ogromny megalodon. Niestety poza wizualnym wrażeniem za tą sceną nie podążyło nic więcej, tak jakby twórcy bali się (sic!) przerazić lub zniesmaczyć widza! Również rekin, mimo iż wygląda świetnie, zachowuje się nieporadnie i w starciu ze swoim dwunogim przeciwnikiem wypada zwyczajnie blado. Efekty nie zastąpiły więc dobrze napisanego scenariusza, sensownych dialogów i chociażby odrobiny tak pożądanego dramatyzmu.

Podsumowując, na The Meg składają się: dobre efekty, słaba gra aktorska, kiepskie dialogi i fabuła pełna światowej klasy głupot. Nawet jeśli to tylko kino akcji, to słabe. Po sporym budżecie oczekiwałam zdecydowanie więcej niż po filmach kina klasy Z. A tak niestety film trafia na listę tych ze zmarnowanych potencjałem. I okazało się, że książka, chociaż nie jest żadnym arcydziełem, jest o niebo lepsza od adaptacji.

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2018 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com