Alicya w Krainie Słów

Czytanie rzeczy różnorodnych sprawia największą przyjemność


Drogę gu­bią ci, którzy oglądają się za siebie


Nigdy niekończąca się groza...


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


Tam, gdzie diabeł mówi „po polskiemu” ale nie za bardzo

Chciałam napisać, że nie taki diabeł straszny, ale skłamałabym, bo jednak straszny. Więc może zacznę od tego, że ten kanadyjski film wcale nie jest aż tak zły, jak mogłoby się wydawać, bo chociaż ma wiele wad to miło mi się go oglądało.

Kilka pierwszych scen i już mniej więcej wiemy z czym będziemy mieć w Świątyni (The Shrine) do czynienia. Nad zdezorientowanym, przywiązanym do stołu ofiarnego chłopakiem, kapłan odprawia modlitwę – co ciekawe – po polsku (!). Tajemniczy rytuał kończy się dosyć szybko założeniem nieszczęśnikowi nietypowej maski. Nietypowej, gdyż ostatnim, co w życiu widzi przerażony młodzieniec są dwa metalowe szpikulce zbliżające się z niepokojącą prędkością do jego oczu. Wstęp trzeba przyznać mocny. Niestety dalej jest już zdecydowanie słabiej. Na ekran wkracza posągowa, amerykańska piękność Carmen (Cindy Sampson), która wpada na trop tajemniczych zaginięć po drugiej stronie oceanu i postanawia sprawę zbadać. Bez zgody i wiedzy przełożonego, nasza dziennikarka wyrusza z asystentką Sarą (Meghan Heffern) i chłopakiem Marcusem (Aaron Ashmore) na wyprawę w okolice Kózek znajdujących się na terenie Polski (!). Posiłkując się dziennikiem zaginionego Erica (domyślamy się, że chodzi o chłopaka, którego „poznajemy” na początku filmu) trafiają do tajemniczej miejscowości Alwainia. Jej mieszkańcy nie są zbyt przychylnie nastawieni do obcokrajowców (w ogóle przybyszów) i próbują ich przepłoszyć. Wiedziona ciekawością Carmen postanawia jednak zobaczyć, co kryje tajemnicza, unosząca się nad lasem mgła, o której wspomniał w swoich notatkach Eric. Oczywiście nie mogła podjąć gorszej decyzji. Nasi bohaterowie odkrywają bowiem coś, co powinno zostać ukryte i czego, nie przebierając w środkach, strzeże lokalna społeczność. Nie z zachłanności lecz dla dobra świata.

Nie od dziś wiadomo, że gdy tylko Amerykanin postanowi wyjechać do Europy, musi liczyć się z tym, że stanie mu się tam coś złego. W Niemczech jakiś psychol chętnie przerobi go na ludzką stonogę, a na Słowacji czeka na niego kilka uroczych chwil w Hostelu. Kiedy tyko widzimy miny, jakie w Świątyni, mają nasi rodacy na widok turystów, wiemy, że Ci na pewno z tej wycieczki nie wrócą w jednym kawałku. I w zasadzie w tych kilku minach zawiera się cała groza produkcji. Nie uświadczymy tutaj przerażających scen, niski budżet nie pozwolił bowiem na przyzwoitą realizację gore, więc efekty są mało przekonujące. Prawdziwy i jedyny horror jakiego jesteśmy podczas seansu świadkami, to sposób przedstawienia naszej ojczyzny. Jeśli ONI, tam za oceanem, naprawdę tak nas widzą, to wcale się nie dziwię, że nie jesteśmy dla nich partnerami do rozmowy i wciąż musimy walczyć o wizy. .Z notatek Erica wynika, że robimy własne ubrania i dorastamy na wyprodukowanym przez siebie jedzeniu. Sposób oporządzania trzody też jest u nas daleki od norm wyznaczonych przez cywilizowaną część świata. I niestety twórcy niejako przedstawili takie realia na szklanym ekranie. Mieszkańcy Alwainii nawet ubierają się jakby utknęli na początku XX wieku, a nawet w XIX. Z tą ponurą wizją nie komponują się tylko samochody i całkiem nowoczesna suszarka na pranie. To co jeszcze można uznać za przerażające w filmie Knautza, to język. Aktorzy średnio poradzili sobie z naszym językiem. Cóż, jak to mawiają: polska mowa trudna być.

Odnajdziemy tutaj także: kilka dziur w scenariuszu (nie mam jednak ochoty się nad nimi znęcać), kilka scen ukradzionych z lepszych produkcji o egzorcyzmach, dłużyzny z kwestiami na niezbyt dobrym poziomie, np: Jesteśmy dziennikarzami z Ameryki. Znasz Amerykę? Wypowiadanymi mniej więcej w  taki sposób, w jaki Jane mówiła do Tarzana. Filmowi nie pomaga także słabe aktorstwo. Najgorzej wypadła główną bohaterka, która ma w swoim repertuarze AŻ jedną minę. Jednak mimo niewątpliwej urody, to nie ona jest ozdobą produkcji, nie jest nią też przystojniak Marcus. Zdecydowanie najlepiej prezentuje się i najbardziej przypadł mi do gustu Trevor Matthews w roli Henryka – ale to pewnie przez tę jego kamizelkę… Oprócz umiejscowienia akcji, nie zabrakło tutaj również innego polskiego akcentu: w małą Lidię wcieliła się bowiem Julia Dębowska.

Świątynia nie przeraża jak na horror przystało, za to (jak nie przystoi) bawi i zadziwia. Mimo wszystko jakoś miło mi się ten film oglądało. Dlatego, że jest w nim potencjał, którego nasi polscy twórcy nie potrafią dostrzec, kręcąc wciąż odgrzewane historyczne kotlety i mało śmieszne komedie romantyczne. Może film sprowokuje kogoś do zadumy nad tym, dlaczego wciąż chcemy kopiować cudze wzorce, prawdziwą i wartą uwagi inspirację mając pod nosem.

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2019 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com