Alicya w Krainie Słów


Drogę gubią ci, którzy obracają się za siebie


Koniec nie nadejdzie


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


Gdy woda znika

Afrykańskie upały, które męczą nas od tygodnia, to świetne uzupełnienie filmu. Na zewnątrz nie ma czym oddychać, a bezlitosne słońce wytapia z nas wszystko co się da. Trawa żółknie, niektóre drzewa wyglądają już jakby przedwcześnie przyszła do nich jesień. Brakuje jeszcze tylko ziarenek piasku, zgrzytających nam między zębami. Z lękiem patrzymy więc na zmagania bohaterów, którzy od dziesięciu lat nie widzieli kropli deszczu. Ich problemy stają się nam dotkliwie bliskie, a wręcz niebezpiecznie bliskie. Zaczynamy się zastanawiać nad tym, że może i u nas TO właśnie się zaczęło? Co jeśli natura się zbuntowała? Ledwie dajemy radę przetrwać tydzień, a co dopiero dziesięć lat! Utożsamiamy się z ponurym obrazem do tego stopnia, że początkowo nie dostrzegamy niedociągnięć fabuły. One nabierają kształtu dopiero późną nocą. Wkradają się do mieszkania wraz z delikatną, chłodną bryzą, przez otwarte na oścież okno. Wtedy dopiero zaczynamy widzieć wyraźniej.

Od pierwszych scen oglądamy wszechobecną ruinę. Dolina, niegdyś pełna uprawnych pól zamieniła się w pustynię. Gospodarstwa zostały zrujnowane, wszędzie walają się niepotrzebne śmieci. Nie ma zwierząt ani roślin. Miejsce nie jest jednak opuszczone. W zakamarkach budynków, w piwnicach i na strychach, ukrywają się ludzie. Nie ukrywają się jednak przed słońcem i suszą. Jak to w takich sytuacjach bywa, głównym wrogiem człowieka staje się drugi człowiek. Carson (Jon Gries) – naczelny czarny charakter – uważa, że woda jest jego własnością, a mieszkańcy doliny go okradają, korzystając ze starych studni. Osusza je więc i próbuje na wszelkie sposoby wypłoszyć „szkodniki”: fałszywymi obietnicami, groźbą i podstępem. Część ze złapanych ludzi werbuje do swojego obozu, większość jednak nie przeżywa złożonej im wizyty. Historia opowiedziana w Studni skupia się głównie na losach siedemnastoletniej Kenadl (Haley Lu Richardson), która wraz ze swoim chorym chłopakiem Deanem (Booboo Stewart), marzy o ucieczce z doliny „na drugą stronę”. Chcą odlecieć, a do osiągnięcia celu, czyli uruchomienia latającego wehikułu brakuje im tylko jednej części zamiennej. Poszukiwawcze wyprawy Kenadl z dnia na dzień stają się coraz bardziej niebezpieczne, gdyż Carson niestety depcze jej po piętach.

Apokalipsa nie nadeszła tutaj nagle, zamiast tego, zaskakująco powoli i systematycznie wyniszczyła ludzki świat. Leniwie przetoczyła się przez życie bohaterów, zmuszając do przystosowania się do nowych warunków. Oglądając film mamy wrażenie, że czas stanął w miejscu. Niby dzień i noc nadal następują po sobie, jednak to nie one wyznaczają rytm życia, tę rolę przejął napełniający się coraz wolniej wodą słoik. Studnia pokazuje nam moment przełomowy, w którym zaczyna brakować życiodajnego płynu, a mieszkańcy postanawiają się poddać, mają już bowiem dosyć bezsensownej walki.

Jako widzowie nie wiemy, co jest po „drugiej stronie”, nie wiemy także czy wszędzie sytuacja wygląda tak samo, czy gdzieś jest lepiej. Dostajemy tylko mały wycinek rzeczywistości post-apokaliptycznego świata. A to rodzi mnóstwo pytań i zdziwień. Obrona własnej ziemi za wszelką cenę, to chyba bardzo amerykańska cecha, dla mnie kompletnie niezrozumiała postawa w zaistniałej sytuacji. Nie pojmuję dlaczego mieszkańcy nie zjednoczyli się przeciwko wspólnemu wrogowi, skoro nawzajem sobie ufali (migrujący „włóczędzy”, to co innego)? Zamiast tego dali się w swoich domach wystrzelać jak kaczki. Sądząc po ilości ludzi, którymi dysponował Carson i po stanie uzbrojenia obu stron, nie miał on właściwie żadnej przewagi. Kolejna rzecz, która mnie zastanowiła, to to, dlaczego Kendal wciąż skrada się przez piaski, skoro na otwartej przestrzeni jest doskonale widoczna. Co jeszcze dziwniejsze: bark pożywienia i minimalne racje wody, brak opieki medycznej i kąpieli, nie mają zbytniego wpływu na wygląd bohaterów. Kendal wygląda wręcz kwitnąco: zdrowe zęby, świeża cera, lśniące, gęste włosy, brak problemów z oczami. Przyłapywałam się kilkukrotnie na tym, że te jej bujne włosy stanowią dla mnie naprawdę spory problem. Zastanawiałam się jakim cudem ona cokolwiek w ogóle dostrzega, skoro ciągle wiatr zawiewa jej niespięte włosy na twarz i – znów jakim cudem – nikt jej nie widzi, skoro wspominamy wiatr łopocze jej czupryną jak flagą, oznaczającą jakiś punkt orientacyjny. Podejrzanie dobrze wygląda też umierający Dean. Postacie, jak dla mnie okazały się więc zbyt śliczne i cukierkowe. Aktorsko jednak wyszło całkiem nieźle. Najważniejsze, że pozwolono na bardzo oszczędnie kreacje (no poza umiejętnościami bojowymi bohaterki), co w sam raz pasuje do klimatu filmu. Poza tym bohaterowie wzbudzają sympatię widza. Niestety dialogi między nimi są już zdecydowanie trudniejsze do przełknięcia. Ale nam też się za bardzo nie chce dyskutować, gdy nie jesteśmy należycie nawodnieni, więc może nie powinniśmy czepiać się zawartej w wypowiedziach drętwoty.

Mimo, iż od połowy filmu wiemy już w jakim kierunku potoczy się akcja, oglądamy te falujące na wietrze włosy i leniwie, poetycko wręcz przesypujący się piasek, ze sporą dozą zainteresowania. Obraz całościowo, nawet ze swoimi lukami i niedociągnięciami (wszak to niskobudżetówka) można by więc uznać za całkiem niezły, gdyby nie zakończenie. Konkretnie niepasująca do niczego, przejaskrawiona scena ostatecznej walki, czyli starcia Kendal z Carsonem i jego córką. Coś w stylu Kill Billa – tak mocno naciągane, że aż bolało.

Studnia to sympatyczne, ale niczym niewyróżniające się, przeciętne kino post-apokaliptyczne. Bardziej wiarygodna, chociaż również nie powalająca na kolana, wydała mi się niemiecko-szwajcarska produkcja pt. Hell z 2011.

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2019 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com