Alicya w Krainie Słów


Drogę gubią ci, którzy obracają się za siebie


Koniec nie nadejdzie


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


Pospolite, skandynawskie zbrodnie

To nie był dobry czas na tę powieść. Zdecydowanie lepiej bym zrobiła, gdym zabrała się za nią w chmurny, listopadowy dzień. Letnie słońce niestety nie przysłużyło się lekturze. A Frode Granhus, w pierwszym tomie swojego cyklu, nie ma jeszcze tak wprawnego pióra, by dać radę wyrwać czytelnika z rzeczywistości i wrzucić go do wykreowanego przez siebie świata na tyle głęboko, by ten czuł przeszywający chłód, mimo panującego wokół upału. Oczywiście autor bardzo starał się by w Wirze Duch Północy nie odpuszczał. Od pierwszych stron otacza nas nieprzyjemne zimno i mało przyjazna, surowa aura. Rzec, że czasami pada, to tak jakby nie powiedzieć nic: zmęczona ziemia nie chce już nawet przyjmować nadmiaru wody. Trudno się dziwić, że w takich warunkach ofiary zbrodni sprzed lat zaczynają upominać się o sprawiedliwość. Zwłaszcza, że dwójka policjantów, prowadzących pozornie nie związane ze sobą sprawy, wpada na tropy, które łączą teraźniejsze przestępstwa ze zdarzeniami z przeszłości.

Opowieść zaczyna się od tego, że dwóch dwunastoletnich chłopców zamieszkujących wyspę Landegode (w sumie aż 43 mieszkańców!) znajduje przykutego do skały, w lodowatej wodzie, przerażonego mężczyznę. Szybko okazuje się, że nie jest to jedyna ofiara poddana tak wymyślnej torturze. Ktoś się ewidentnie za coś mści. Tymczasem w Bergland morze wyrzuca na brzeg stare porcelanowe lalki w maleńkich tratwach z łyka. Miejscowa policja bagatelizuje sprawę do czasu, gdy starsze małżeństwo znajduje na plaży okaleczoną kobietę, ucharakteryzowaną na taką właśnie porcelanową lalkę. Chociaż jej stan jest krytyczny przeżyła. Kolejna porzucona na brzegu kobieta już niestety nie.

Do pierwszej sprawy zostaje przydzielony, może nie ekscentryczny, ale na pewno lekko zdziwaczały, sierżant Rino Carlsen, który „utknął” duchem w latach osiemdziesiątych. Rozwiązania drugiej podejmuje się nowy na komisariacie w Bergland Niklas Hultin. Śledczy przeprowadził się tutaj wraz z żoną, która zapragnęła wrócić do rodzinnej miejscowości i opiekować się schorowanym ojcem. Zbrodnie z którymi stykają się mężczyźni stają się punktem wyjścia do spojrzenia krytycznym okiem na bezradność państwowych instytucji, krzywdę dzieci, której nikt zdaje się nie dostrzegać, ignorowaną przemoc domową i psychopatię, czyli co by nie mówić problemy i choroby społeczne dosyć – niestety – uniwersalne.

Mamy więc tajemnice z przeszłości i okrutne zbrodnie, przykry realizm i piękne, choć niezbyt łaskawe, okoliczności przyrody. Policjanci zajmujący się śledztwami, to żadni obdarzeni superinteligencją ani wysportowani herosi, którzy mają wiele wad, wciąż mokną i, co im trzeba przyznać, czasami wyczyniają niewiarygodne wręcz głupoty. Mamy także podszytą cierpkim humorem krytykę społeczeństwa. Elementy składające się na dobry, skandynawski kryminał są na swoim miejscu, więc co mogło pójść nie tak? Niestety autor bardzo nieskładnie i na siłę połączył wątki. Nie pomaga także mało wiarygodne i przydługie zakończenie, w którym „ten zły” mówi, mówi i mówi wyjaśniając wszystko od A do Z, jakby dyktował pisarzowi-widmo swoją biografię. A potem autor dorzuca jeszcze jedno wyjaśnienie w epilogu, które zapewne miało podkręcić dramatyzm wydarzeń, ale stało się tylko gwoździem do jego trumny. Frode Granhus nie wyczuł niestety momentu, w którym powinien był się zatrzymać i nie rzucać czytelnikowi wszystkiego w twarz. W odbiorze książki nie pomagają również liczne zgrzyty w tekście, przy których zastanawiałam się czy ktokolwiek po tłumaczce go czytał i dokonał korekty. Chociaż całkiem możliwe, że to autor przekombinował, nie tylko z fabułą, ale również ze stylem, a tłumaczka po prostu wiernie oddała jego koślawe pomysły.

Niestety, niedoróbki i zgrane, tanie chwyty zrobiły swoje. Zamiast ciekawej powieści, w ręce czytelnika trafiło coś na wskroś chaotycznego i przeteatralizowanego. Tekst okazywał się do tego stopnia mało interesujący, że gdy do niego wracałam po odłożeniu książki, musiałam bardzo usilnie przypominać sobie, w którym miejscu akcji jestem. To wszystko sprawiło, że Wir to męczące, przeciętne czytadełko, które odłożę bez żalu na półkę. Nie mam także najmniejszej ochoty sięgać po Sztorm, czyli drugą część przygód Rino Carlsena (bo o dziwo to cykl o nim, chociaż tego w ogóle w Wirze nie zauważyłam).

Długich dni i zaczytanych nocy.
Podążajcie za Atramentowym Królikiem!

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2019 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com