Alicya w Krainie Słów

Trwają prace techniczne nad stroną. Niektóre funkcję mogą nie działać poprawnie. Przepraszamy za utrudnienia.


Czytanie rzeczy różnorodnych sprawia największą przyjemność


Drogę gu­bią ci, którzy oglądają się za siebie


Nigdy niekończąca się groza...


Bler. Człowiek ze Światła! Poznaj POLSKIEGO SUPERBOHATERA!


Zapraszamy w pełną grozy podróż z mapą cieni


Czytam, bo lubię grozę


Wyspa nadziei, wyspa łez, wyspa klucz

Zasiedloną przez ludzi ze wszystkich narodów, wszystkie narody mogą ją [Amerykę] uważać za swoją. Nie możesz utoczyć kropli krwi amerykańskiej bez utoczenia krwi całego świata (…), nasza krew jest jak nurt Amazonki, powstały z tysięcy szlachetnych strumieni zlewających się w jedno. Nie bardziej jesteśmy narodem niż światem (…). Cyril Jameson

Wszyscy wiemy, że u wybrzeży Nowego Jorku, na maleńkiej wyspie Liberty (Liberty Island) od ponad wieku rezyduje tylko jeden stały mieszkaniec: Statua Wolności. Każdy z nas kojarzy uniesione dumnie ramię i symboliczne światło, którym posąg „opromienia świat”. Niewielu jednak wie, że tuż za Liberty znajduje się jeszcze jedna wysepka: Ellis Island, nazywana także Wyspą Kluczem. Od 1892 do 1954 roku ten niewielki kawałek lądu pełnił rolę bramy i strażnika zarazem. Ten niewielki kawałek ziemi stanowił próg Ameryki, który przez 62 lata przekroczyło ponad 16 600 000 imigrantów. To właśnie tutaj każdego dnia, setki, a nawet tysiące razy, sąd wydawał wyrok nad przybyszami. Przed jednymi otwierał drzwi do ziemi obiecanej, drugich odsyłał z kwitkiem. Znamienne, że bez względu na to, jaka była jego decyzja, Statua wciąż niewzruszenie stała zwrócona do niego czterema literami…

Na długo przed wielką falą emigracji, zanim ludzie uciekając przed niewyobrażalną biedą, represjami i wojnami, stłoczeni jak sardynki w puszkach na ogromnych transportowcach wyruszą w podróż do wyśnionego raju, nasza wyspa nazywała się Kioshk, czyli Wyspa Mew, i należała do Indian Lenni Lenape. Wtedy jeszcze, przed licznymi przebudowami, przypominała kształtem nadgryzioną ostrygę. Zresztą mięczaki te były jednym z największych skarbów pobliskich wód. W 1630 roku Indianie postanowili sprzedać swoją ziemię i odtąd przechodziła ona z rąk do rąk. Z czasem zyskała nawet miano Wyspy Szubienicy, wieszało się tutaj bowiem piratów. W końcu w 1774 roku kupuje ją Samuel Ellis. Wystarczy rzut oka na nazwisko właściciela by domyślić się  skąd wzięła się jej ostateczna nazwa.

Wyspa klucz

Ze względu na jej położenie, na wyspie powstaje główne centrum przyjmowania imigrantów, to tutaj dokonuje się także ich „selekcji”. Z jednej strony oburza nas bezduszność przepisów, które decydują o przyszłości imigrantów, z drugiej przerażają nas także znajdujące się w nich luki, które wystawiają ich na liczne niebezpieczeństwa. Niestety, mimo wielu starań, nie wszystko działa, tak jak powinno. Pracownicy stacji muszą zmagać się z systemem, niewiedzą, lękiem, dramatami rozdzielanych rodzin, oszustami czyhającymi na nowoprzybyłych i własnymi ułomnościami. Deportuje się chorych, chorych umysłowo, awanturników, pasażerów na gapę, sprowadzaną nielegalnie tanią siłę roboczą, kobiety, które zostały tutaj ściągnięte jako prostytutki (najczęsciej nie są tego świadome). Początkowo z kwitkiem odsyła się także ludzi bez pieniędzy (najczęściej sprzedali wszystko, by tylko wyruszyć w podroż i nie mają do czego wracać). Także opracowywanie metod diagnostycznych chorób umysłowych dopiero raczkuje, często więc deportuje się osoby zwyczajnie przerażone, struchlałe lub nie umiejące czytać. Szejnert w swoim reportażu bardzo wyraźnie pokazuje jak na przestrzeni lat rozwój antropologii i psychiatrii, wpływał na sposób „segregowania” przybyszów. Ellis Island ma w tym postępie swój wkład. W szczytowym okresie rocznie przypływało na nią około miliona ludzi różnych ras, narodowości i reprezentujących odmienne kultury i światopoglądy. Wyspa to wręcz poligon doświadczalny dla kolejnych obserwacji, teorii i badań.

Szejnert w Wyspie kluczu przedstawiła nam kawał mało znanej Polakom historii, uświadamiając nam skalę codziennych zmagań, z którymi mierzono się w nowojorskim porcie i to jaki wpływ miały one na to jakim państwem są dziś Stany. W jej wykonaniu podręcznikowa wiedza, pełna dat i nazwisk, okazała się żywa i wciągająca jak dobra powieść. Publicystka skupiła się bowiem głównie na ludziach. Wiadomo, że z naszego punktu widzenia, w tak ogromnej masie przybyszy, każdy był tylko anonimową częścią tłumu. Szejnert operując szczegółem, oddaje tym ludziom twarze, nazwiska, motywacje, nadzieje. Opisana przez nią Ellis składa się z indywidualnych opowieści i ciekawych anegdot. Co równie ważne, przeprowadziła nas przez labirynt ich losów, ani na sekundę nie będąc stronniczą. Tak samo pochyla się nad losem emigrantów, jak nad losem kolejnych komisarzy, matron, lekarzy, pielęgniarek, fotografów, tłumaczy i innych pracowników stacji. Historię wyspy wzbogaca o ich przemyślenia, notatki. Przybliża nam ich upodobania i sympatie. Każdy komu udziela głosu opowiada o stacji na swój niepowtarzalny sposób. To czyni reportaż Szejnrt wielogłosowym poematem. Takie przedstawienie powoduje, że historyczne postacie stają się ludźmi z krwi i kości, pełnymi emocji i rozterek.

wyspaklucz1

W momencie, gdy stacja zostaje zamknięta, a wyspa stoi opustoszała, Szejnert nie kończy swojej opowieści. O Ellis nie mówią już wtedy ludzie, głos zostaje oddany rozpadającym się budynkom, porzuconym sprzętom, zagubionemu kotu i tym, którzy debatują nad tym, jak ten niszczejący kawałek ziemi wykorzystać. W końcu, po chwili oddechu wyspa znów ożywa, powstaje tam muzeum odwiedzane rocznie przez dwa miliony ludzi. Niestety jeszcze jedno dramatyczne wydarzenie zapisze się w historii tego miejsca. Pamiętnego jedenastego września, miała być szpitalem dla rannych, szybko okazało się jednak, że zabitych jest tak wielu, że pełni rolę kostnicy. Szejnert przeprowadzając czytelnika przez zakręty historii niezauważalnie wprowadza go w znaną mu teraźniejszość. Historia się nie kończy, trwa nadal i także my jesteśmy jej częścią.

Małgorzata Szejnert zmusza do myślenia ukazując wieloaspektowość rzeczywistości, zmieniła także nasze naiwne wyobrażenie o tym, jak wyglądała wielka emigracja. Wyspa klucz to smakowity kąsek nie tylko dla spragnionych historycznej wiedzy. W tej publikacji może rozsmakować się każdy. Autorka to klasa sama w sobie, tak w doborze tematu, jego realizacji, jak i w stylu przedstawienia. Ma lekkie pióro i godną pozazdroszczenia umiejętność ożywiania tekstu – to jedna z tych mistrzyń, w wykonaniu której nawet instrukcja skręcania mebli stałaby się fascynującą lekturą. Wyspa klucz zachwyca nas więc rzeczowym językiem, który pozostawia sporo miejsca na refleksję. Niestety nie jesteśmy w stanie zapamiętać wszystkich przytoczonych tutaj faktów. Nadmiar informacji powoduje, że tylko część informacji zapadnie nam w pamięć. Szejnert doskonale zdaje sobie z tego sprawę pozwalając nam czytać swoje reportaże nieco inaczej: pochylając się nad szczegółem, zatrzymała dla nas niejedną chwilę, pobudzając wyobraźnię. I to właśnie tych wyobrażeń, dopełnionych zdjęciami i wrażeń jakie wywołują nigdy nie zapomnimy. Także dzięki nim chociaż na chwilę mogliśmy stać się częścią barwnego korowodu postaci i zrozumieć siłę klucza, który może otworzyć świat i może go zamknąć.

Długich dni i zaczytanych nocy.
Podążajcie za Atramentowym Królikiem.

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2017 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com