Alicya w Krainie Słów


Drogę gubią ci, którzy obracają się za siebie


Koniec nie nadejdzie


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


Wieczór z rekinem #67 SharkAPOkalipsa

Może pamiętacie, a może nie – no bo kiedy to byyyyyłoooo –, naszą rekinią serię otwierał film pt. Planeta rekinów (2016) wyreżyserowany przez Marka Atkinsa (odpowiedzialnego również za Sześciogłowego rekina i Rekiny z plaży). Akcja ukrywającej się pod tym enigmatycznym tytułem produkcji rozgrywa się w bliżej nieokreślonej przyszłości, kiedy to w skutek działalności człowieka oceany pochłonęły każdy skrawek lądu, a ci przedstawiciele naszego gatunku, którym udało się przetrwać potop, wegetują na poskładanych z byle czego platformach. Niestety brak jedzenia, pitnej wody i szabrownicy, to nie jedyny problemem z jakim muszą się mierzyć ocaleńcy. W morzach królują teraz wiecznie głodne rekiny, a niektóre z nich stały się niebezpiecznie inteligentne….Planeta jest więc miksem Mad Maxa, Wodnego świata i Szczęk na dopalaczach.

Imperium rekinów z 2017 roku, którym zajmiemy się dzisiaj, jest niejako (ale z inną koncepcją i innymi postaciami) kontynuacją tego postapokaliptycznego pomysłu. Ludzie, owszem, nadal borykają się z tymi samymi problemami i dyndają na końcu łańcucha pokarmowego, ale tym razem mają szansę znów stać się gatunkiem dominującym. Marek Atkins (tak, ten sam) postanowił bowiem do swojej poprzedniej mieszanki Mad Maxa, Wodnego świata i Szczęk dorzucić jeszcze Mako: The Jaws of Death. Jeśli nie pamiętacie o czym był ten ostatni film, to szybciutko wam przypomnę: o rekinim WIEDŹMINIE, który telepatycznie komunikował się z rekinami. Domyślacie się już zapewne w jakim kierunku podążyła wyobraźnia reżysera.

Chociaż woda nie jest naturalnym środowiskiem życia człowieka, to trzeba przyznać, że ci którzy przetrwali świetnie sobie radzą w nowych warunkach. Wszystko byłoby więc względnie dobrze, gdyby nie ta nasza chorobliwa chciwość i żądza władzy. W Imperium, jakby mało było innych kłopotów, pojawia się więc postać bezwzględnego watażki Iana Fiena, który terroryzuje okoliczne „atole”. Nie zważając na to, że zasoby ludzie (jak to po apokalipsie) są jednak mocno ograniczone, porywanych przez siebie niewolników zmusza do katorżniczej pracy, by pozyskiwać pitną wodę, którą następnie wymienia na inne dobra. Na tych, którzy stawiają opór, albo coś kombinują za jego plecami nasyła swoją prawą rękę Masona Scrimma (Jonathan Pienaar) albo, co lepsze, REKINY. Swoją władzę zawdzięcza bowiem temu, że udało mu się zbudować ustrojstwo dzięki któremu potrafi kontrolować te drapieżniki. Gdy zachodzi taka potrzeba – a zachodzi podejrzanie często – zakłada swoje czarne rękawice, macha kończynami jak obłąkany, a armia płetwiastych poddanych, zjada kogo sobie zażyczy (albo rekiny kamikadze wysadzają niepożądane obiekty).

A że w naturze musi być zachowana równowaga, a ewolucja rzadko zostaje w tyle, na zatopionej planecie pojawili się także ludzie, którzy potrafią zaklinać rekiny, bez użycia technologicznych gadżetów. I nasz watażka ma pecha bo porywa nie tego kogo trzeba, bo nieświadomą swojej potęgi Willow (Ashley de Lange), córkę legendarnego zaklinacza/szeptacza. W gwoli ścisłości to ściąga na siebie podwójne kłopoty, bo nie dość, że dziewczyna pod presją, powoli odkrywa swoją moc, to jeszcze do bram jego twierdzy zaczyna dobijać się wraz z pomagierami zakochany w niej chłopak (Timor, w tej roli Jack Armstrong). Lont został podpalony, wybuch buntu jest więc tylko kwestią czasu…

Brzmi interesująco, prawda? I trzeba przyznać, że faktycznie jest to pewien powiew świeżości w rekinich produkcjach. Oprócz niesztampowości fabuły na wielkie uznanie zasługuje także kreacja świata. Akcja rozgrywa się w różnych konstrukcyjnie miejscach: na „atolach”, statkach, twierdzy despoty i w barze (prowadzonym przez herod piratkę). W każdym z tych miejsc zderzamy się także ze sporym zróżnicowaniem technologicznym. Bo z jednej strony nasi bohaterowie niby żyją jak w średniowieczu, używają katapult i chodzą w obdartych ciuchach, ale z drugiej mają np. batyskaf, zdrowe zęby i świetne fryzury. Nie wygląda to może realistycznie, ale tez jakoś specjalnie nie przeszkadza.

O dziwo, nawet jak na tego typu niskobudżetową produkcję, efekty specjalnie nie są najgorsze. Zwłaszcza rekiny, które chociaż są tym razem tylko przyjemnym dodatkiem w postaci śmiercionośnej broni w rękach tyrana, to zostały zrobione naprawdę nieźle. Podobały mi się ich, przypominające lot koszący, ataki i tym razem nie przeszkadzało mi nawet to, że warczą. Bo kto wie? Może one też ewoluowały?

Wszystko byłoby przepięknie gdyby Imperium rekinów nie zostało tak kiepsko poskładane… Cały potencjał filmu rozbił się o niezgrabny montaż „na szybko”, zbyt krótkie ujęcia z akcją, przerywane ciągnącymi się wieczność dialogami (które swoją drogą są koszmarne, bo dziewięćdziesiąt procent wypowiadanych kwestii brzmi co najmniej dziwnie) i wmuszone, żenujące żarty. Film ciągnie na dno także okropna kreacja postaci. Każdy aktor tak bardzo skupił się na graniu swojej roli, że zapomniał o wchodzeniu w interakcję z innymi – bohaterowie dosyć często wyglądają więc jak gadające po próżnicy słupy. Na tej płaszczyźnie niestety nie pomógł nawet przerysowany występ Johna Savage’a.

W efekcie Imperium docenią tylko zatwardziali rekinomaniacy i zetkoluby.

Film dla każdego kto:

– jest fanem Johna Savage’a i wybaczy mu wszystko;
– lubi postapo;
– ma sentyment do Wodnego świata i Mad Maxa;
– nie będzie marudził, że postapokaliptyczna otoczka zasługiwała na lepsze wykonanie (przecież to Studio ASYLUM!);
– ma takie zboczenie, jak ja i obejrzy wszystko w czym występują rekiny;
– mimo, że wynudził się okrutnie na Planecie rekinów, to docenił ogólny zamysł;
– ma chipsy, procenty i żadnych innych planów na wieczór.

 

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2021 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com