Alicya w Krainie Słów


Drogę gubią ci, którzy obracają się za siebie


Koniec nie nadejdzie


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


Wieczór z rekinem #65 Wierciliśmy zbyt głęboko!

Zacznę od tego, że kanadyjski Jurassic Shark (Attack of the Jurassic Shark, 2012) to kolejny film, który powinien stanąć w szranki o tytuł najgorszego „filmu” jaki kiedykolwiek powstał. I mówię wam to ja, fanka kina klasy Z. Żebyście sobie nie pomyśleli, że się bezpodstawnie czepiam, od razu wyjaśnię wam, dlaczego oceniam ten film tak nisko. Jeśli pamiętacie, to na dwudziestym wieczorze z rekinem uraczyłam was Poszukiwaczami zaginionego rekina (Raiders of the Lost Shark). Pisałam wam wtedy, że to produkt na określenie którego zabrakło już literek w alfabecie, bo przy nim, niskobudżetowe, poczciwe zetki to wysokiej klasy dzieła sztuki. Obok Poszukiwaczy zaginionego rekina, do grupy takich bezbudżetowych gniotków, śmiało można dorzucić np. Rekiniego egzorcystę (Shark Exorcist) i właśnie, omawianego dziś, Jurajskiego rekina. Jeśli mimo tego co napiszę, nie oprzecie się pokusie i postanowicie zmierzyć się z tymi produkcjami sami, z góry ostrzegam: oglądanie tych filmopodobnych potworzaków może sprawić – nie tylko estetom – fizyczny ból. Nie żartuję! Tutaj wszystko jest po prostu gorzej niż złe, od montażu, przez pracę kamery po efekty specjalne i „grę aktorską”.

David A. Lloyd (odpowiedzialny za scenariusz – bo podobno jakiś jest) i Brett Kelly  (reżyser) nie silili się oczywiście na jakąś specjalną oryginalność. Najwyraźniej zafascynowani tym, jak prężnie rozwija się rekini nurt i jak wielu ma fanów, postanowili uszczknąć z tego tortu coś dla siebie i w tym celu powołali do życia kolejnego megalodona. Tym razem głodne monstrum wydostaje się spod ziemi w wyniku działań firmy X, która prowadzi odwierty w poszukiwaniu ropy. O tym, że „wierciliśmy zbyt głęboko” widz zostanie poinformowany wielokrotnie, żeby mu to przypadkiem nie umknęło, gdy oszołomiony jakością tego co wygląda, będzie miał problem z zebraniem myśli. Niedługo po wybuchu, gdy będąca w zadziwiająco dobrej formie bestia rozgaszcza się na powierzchni, na wyspę położoną na środku jeziora Y, przeprawia się szajka przestępców ze skradzionym obrazem oraz grupka studentów, m.in. Kristen (Celine Filion), która chce zdemaskować działania firmy X. Nikogo raczej nie zdziwi, że wygłodniały rekin zatapia obie łódki i nasi bohaterowie w okrojonym składzie docierają do celu. Wyspa nie jest duża, więc obie ekipy dosyć szybko na siebie wpadają. Przez jakiś czas nawet trochę się razem błąkają niby szukając wyjścia z patowej sytuacji, ale tym złym, źle z oczu patrzy (dodatkowo wciąż stroją przerysowane, groźne miny, jakby grali w pantomimie) – ewidentnie coś knują. Ich bezwzględna przywódczyni, Barb (Angela Parent, która wstąpiła również w Raiders of the Lost Shark), chce za wszelką cenę odzyskać zatopiony obraz więc koniec końców przestaje udawać miłą i każe nieuzbrojonym dziewczynom nurkować w jeziorze. A, że pomysł nie jest do końca przemyślany, bo zasoby ludzkie są jednak mocno ograniczone, w grę wchodzi także rzucanie w rekina dynamitem…Szczerze, nie wiem jakim cudem ktokolwiek tutaj przeżył.

Trudno tutaj mówić o aktorstwie. Nie wiem czy zwerbowano do projektu kilka przypadkowych osób, zmuszono kogoś do występu szantażem, czy może to przyjaciele pomysłodawców postanowili wspaniałomyślnie pomóc w realizacji, ale nie wyszło z tego nic dobrego. Zresztą sami wiecie najlepiej jak koszmarnie wygląda „gra” naturszyków w programach typu Dlaczego ja?. Tutaj jest momentami nawet gorzej, bo montażysta zapomniał wyciąć fragmenty, w których bohaterowie „poprawiają” swoje miny. Szczególnie irytująca jest żeńska część obsady. Pomijając już udającą groźną twardzielkę i wrzeszczącą na wszystkich Barb, najgorzej wypadły dwie blondynki, które nie dość, że nic nie robią sobie z mającego miejsce parę metrów obok potężnego wybuchu (efekt słynnego zbyt głębokiego wiercenia), to jeszcze gołym okiem widać, że nie czują się komfortowo będąc nagrywane. Spięte plotą okrutne dyrdymały (co już na wstępie pokazuje nam, że raczej kwestii „aktorom” nikt tutaj nie pisał). Łaskawy megalodon postanawia nas uwolnić od tego nieszczęścia przerywając im brutalnie wesołe pląsy w wodzie (tak udawanego/sztucznego chlapania wodą już dawno nie widziałam). Minimalnie lepiej (czyli nadal kiepsko) wypadają trzy główne bohaterki – Jil (Emanuelle Carriere), Tia (Christine Emes) i Kristen – które błąkają się po planie, niczym ogłuszone kamieniami kormorany. Jeśli zdecydujecie się oglądać Jurassic Sharka, to nie przejmujcie się tym, że ich emocjonalne reakcje są zazwyczaj grubo nietrafione, tylko skupcie się na przekomicznych scenach, w których czołgają się po płyciźnie udając, że pływają – to pomaga. Wisienką na torcie totalnego beztalencia jest przestępca Rich (Duncan Milloy  który dostał także rólkę we wspomnianym już Raiders of the Lost Shark), który najwyraźniej mocno inspirował się Van Dieselem. Próbuje więc naśladować minę swojego idola i specjalnie napina mięśnie, gdy znajduje się w zasięgu kamery. Jego wysiłki spełzają jednak na niczym, bo patrząc na niego widzimy tylko, że ma dziwną koszulkę, która miała chyba uwydatnić mięśnie poprzez pokazywanie sutków (nie pytajcie).

Co do rekina to, zresztą zgodnie z logiką tego typu produkcji, zmienia rozmiar w zależności od sytuacji, czyli np. atakuje z zaskoczenia w wodzie do pasa (przypominam, że megalodony miały od 16 do 25 metrów długości). Na dokładkę podpływa do ofiary niczym ninja, nie poruszając wodą, ani nie wywołując najmniejszej fali, a skutek ataku jest nam najczęściej sygnalizowany głośnym chrupaniem (jakby ktoś wgryzał się w jabłko). Poza tym rekin jest najwyraźniej tak głody, że w pewnym momencie nawet uczy się latać i porywać ludzi, którzy bezpiecznie stoją na lądzie. Niestety (albo stety, bo to obraz nędzy i rozpaczy) nie mamy zbyt wielu szans na to, by mu się przyjrzeć, bo przemyka przez ekran z prędkością światła. Dźwiękowiec i „spec” od animacji komputerowej,  pewnie będą się smażyć w piekle, za to do oglądania czego zmusili nieświadomego tego co włącza widza.

Nie trudno się domyślić, że tytuł nawiązujący dosyć mocno do hitu Jurassic Park jest ponurym żartem i to na dokładkę nietrafionym. Megalodony żyły bowiem w okresie neogenu (czyli w erze kenozoicznej), a nie w jurze (czyli erze mezozoicznej). Pomijając już jednak takie szczególiki, muszę się wam przyznać, że coś mnie w tym filmie naprawdę przeraziło: komuś spodobało się to na tyle, że powstało Jurassic Shark II.

To film dla każdego kto:

– chce zobaczyć co kryje się w mule pod dnem, o ile za dno uznał produkcje typu Ośmiorekin, Rekin widmo, Rekiny z plaży, Atomowy rekin, Elektryczny rekin, Wakacje z rekinem itd.
– chce zobaczyć film bez fabuły, aktorów i montażu. I bez budżetu;
– ma, tak jak ja, dziwny cel w życiu i chce zobaczyć wszystkie powstałe filmy o rekinach – nie ważne, że kosztem zdrowia;
– lubi ból;
– nie drażni go to, że ktoś myli mezozoik z kenozoikiem;
– nie jest ślepym fanem Vana Diesela.

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2021 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com