Alicya w Krainie Słów


Drogę gubią ci, którzy obracają się za siebie


Koniec nie nadejdzie


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


Wieczór z rekinem #69 Romanse, trójkąty i rekiny

Liczba 69 zobowiązuje, więc na dziś wybrałam film, który był oskarżany o to, że więcej w nim scen nasączonych erotyzmem niż rekinów. Nie jest jednak tak źle jakby mogłoby się wydawać. Owszem na ekranie niejednokrotnie mignie nam goły tyłek albo zafaluje ponętny biust, ale to wszystko. Nie ma wyeksponowanych scen zbliżeń: Tintorera to raczej studium seksualnych obyczajów danego miejsca i czasu. Poza tym większe emocje niż golizna wzbudza sama, rozciągnięta do granic możliwości, historia, nieliczne ale dynamiczne ataki rekinów oraz sceny okrutnych polowań. Te ostatnie wywołują spore uczucie dyskomfortu i przerażają w szczególny sposób. Bo trudno oglądać je ze spokojem, jeśli uświadomimy sobie, że szamoczące się w konwulsjach rekiny, są zabijane na potrzeby produkcji NAPRAWDĘ (zresztą, nie tylko one, zabito tu niepotrzebnie wiele morskich stworzeń…). Każdy, kto zdecyduje się obejrzeć ten film, powinien być od początku tego świadomy.

Fabuła Tintorery jest naprawdę niedorzeczna. Najpierw poznajemy Miguela (Andrés Garcia), instruktora nurkowania, który po godzinach dorabia sobie zabawiając turystki w hotelowych pokojach. Następnie, Stevena (Hugo Stiglitz), który w związku z załamaniem nerwowym, wynikającym z przepracowania, wyjeżdża na długi urlop. Drogi tych dwóch mężczyzn krzyżują się za sprawą atrakcyjnej Patrici (Fiona Lewis), która kończąc romans ze Stevenem, postanawia „związać się” z żigolakiem. Panowie zakopują topór wojenny, dopiero gdy znika źródło konfliktu, czyli w momencie, gdy w ich mniemaniu Patrcia porzuciła ich obu i wyjechała z kurortu (tak naprawdę przepadła w paszczy rekina, ale tego nikt ma się nigdy nie dowiedzieć). Nieszczególnie przejęci faktem, że dziewczyna przepadła jak kamień w wodę (naprawdę NIKT jej nie szuka), zaczynają działać wspólnie. Niczym najlepsi kumple, regularnie polują na rekiny, imprezują i korzystając z życia ile wlezie, uwodzą kolejne turystki. Podczas jednej z wieczornych eskapad poznają niewinnie wyglądającą Gabriellę (Susan George) i chwalą się jej, że polują na rekiny (no serio, macho…). Dziewczyna ochoczo się do nich przyłącza i od tej pory, funkcjonują w bezkonfliktowym trójkącie (hulanki-nago, swawole-nago, alkohol-nago, wycieczki-na szczęście w ubraniach, domowe śniadanka-nago). Sielanka trwa do czasu, aż w sprawy chłopaków znów postanowi wtrącić się ogromny rekin. Co z tego wyniknie i w efekcie, kto, kogo, jak i za co, musicie dowiedzieć się już sami… Uprzedzę was jednak, że raczej nie odgadniecie, jak potoczyły się losy tej trójki, więc jeśli chcecie wiedzieć co było dalej – musicie film obejrzeć (najlepiej jego ponad dwugodzinną wersję).

Nie będzie to jednak łatwe. Tintorera wyreżyserowana przez René Cardona Jr przypomina konstrukcją operę mydlaną. Akcja wlecze się w ślimaczym tempie, napięcie jest zerowe, a sceny posklejane tak przypadkowo, że czasami trudno się połapać co z czego wynika. Ponadto reżyser skupił się za bardzo na seksualnym aspekcie całej historii i aż żal, że w imię tego manta zostaje postrzelona w tył głowy, żółw ma podcięte gardło, a rekiny są tłuczone pałkami… Bo po co to? Dla rozrywki? Ten brak skrupułów i rzeź zwierząt budzi spory niesmak. Trudno wręcz uwierzyć w to, że biolog morski, Roman Bravo, brał w tym udział. Nie pomaga nawet fakt, że zaprezentowany w filmie rekin zabójca, to wytrwany myśliwy, który bardzo sprawnie zaczyna „wyrównywać rachunki”. Jego ataki zostały naprawdę dobrze zrealizowane, są krwawe i makabryczne (użyto manekinów wypełnionych mięsem, dlatego ataki wyglądają tak surowo i naturalnie, mimo tego, że drapieżnik jest solidnie odurzony). Płynąc z głową nurka w paszczy albo wyrywając z ramion Stevena bezbronną wczasowiczkę, robi na widzu naprawdę piorunujące wrażenie…

Aktorstwo, na poziomie wspomnianej opery mydlanej rodem z Meksyku, o dziwo w tym przypadku nie zawodzi. Garcia świetnie zagrał świecącego tyłkiem żigolaka, o niesamowitych umiejętnościach społecznych: wszyscy go lubią, witają z uśmiechem, nikt go nawet za jego sekscesy nie ściga. Stiglitz sprawdził się za to w roli neurotycznego, humorzastego buca. Poza tym wszyscy – nie tylko główni bohaterowie – są tutaj głodni seksualnych wrażeń i skłonni do hedonizmu. Warto podkreślić, że nagość, podzielona równo między mężczyzn i kobiety, przestaje z czasem robić na widzu wrażenie, stając się czymś zwyczajnym, a bohaterowie zamiast pożądania, wraz z rozwojem akcji, zaczynają budzić coś na kształt litości. Trzeba też zwrócić uwagę na dosyć wyraźną, ale nie bezpośrednią, próbę odwrócenia panujących trendów. Pamiętajmy, że mamy rok 1977!, dlatego powinna zaskakiwać, zaprezentowana w pełnej krasie, mniej popularna wersja trójkąta, a także to w którą stronę ewidentnie podąża relacja obu panów – oko wprawnego widza zapewne to wyłapie, ale i tak podpowiem: papużki.

Z jednej strony odrzuca mnie od tego filmu za nieuzasadnioną rzeź. Z drugiej, męczy mnie jego słabe wykonanie oraz niesamowite dłużyzny – które sprawiają że czujemy się, jakbyśmy oglądali wyjątkowo długą reklamę kurortu. Z trzeciej, jest w nim jakaś idea, coś co przyciąga, sugerując drugie dno. Zresztą, skoro w swojej prywatnej kolekcji ma go sam Quentin Tarantino, coś chyba jest na rzeczy.

Tak, to bardzo osobliwa produkcja….

Jestem bardzo ciekawa, ile w filmowej Tintoreri jest z oryginalnej historii Barvo. Może kiedyś uda mi się zdobyć książkę (ktoś chętny do przetłumaczenia?) i przekonam się o tym sama.

Film dla każdego kto:

– chce zobaczyć aktorów z nierówną opalenizną (blade doopki, w dobie solariów i opalania natryskowego to rzadki widok na ekranie);
– nie wierzył, że istnieje coś takiego jak erotyk (lekki, bo lekki, ale jednak) z rekinami;
– podskórnie czuje, że Tintorera, to nie niskobudżetowe Szczęki, ale jednak coś innego;
– chce zobaczyć film, który w swojej prywatnej kolekcji ma Tarantino;
– chciałby rzucić okiem na film nakręcony na podstawie nieosiągalnej dziś książki (od 160 do 230$ na zagranicznych stronach) autorstwa Ramona Bravo – słynnego oceanografa;
– przemęczy dwie godziny dla Priscilli Barnes topless (ma dosłownie swoje 5 minut pod koniec);
– jest ciekaw jak funkcjonuje trójkąt, a zwłaszcza jego mniej popularna wersja: 2M+1K;
– jest ciekaw przełamywania tabu w relacjach męsko-męskich pod koniec lat 70;
– jest w stanie obejrzeć film ze scenami, w których naprawdę (sic!) zabija się rekiny – czujcie się ostrzeżeni;

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2021 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com