Alicya w Krainie Słów


Drogę gubią ci, którzy obracają się za siebie


Koniec nie nadejdzie


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


Julek, czy ty umiesz biegać?

Grupa uzależnionej od nowoczesnej technologii młodzieży, zostaje wysłana na obóz offline. Pozbawieni dostępu do internetu, bez telefonów, tabletów i komputerów, okropnie znudzeni wędrują wraz z opiekunką w głąb lasu. A w nim czyha na nich bezlitosne i kierowane psychopatycznym gniewem, śmiertelne niebezpieczeństwo…

***

Miało być kino. Nie ukrywam bowiem, że z czystej ciekawości planowałam pójść na POLSKI SLASHER o wdzięcznym tytule i z drewnianą Wieniawą w roli final girl. Z wiadomych przyczyn Netflix zrobił nam niespodziankę więc zamiast kina i popcornu, był seans kanapowy, w piżamie i z kubkiem gorącej kawy. Po tym co dzieje się po premierze W lesie dziś nie zaśnie nikt w mediach społecznościowych łatwo wywnioskować, że widzowie tradycyjnie już podzieli się na dwa obozy: tych „za” i tych „przeciw”. Jedyne w czym wszyscy są zgodni to stwierdzenie, że ta druga strona to się „nie zna”. Wszystko więc w normie.

A ja przyznam wam się szczerze, że stoję w lekkim rozkroku. Trudno nie zauważyć w tej produkcji niedostatków i niezręczności. Odczuwalny jest brak dynamiki, spójności, logiki zdarzeń i chociażby szczątkowego napięcia, a bohaterowie, z wyjątkiem sympatycznego nerda, są nam do bólu obojętni, co nie pozostaje bez wpływu na odbiór całej historii. Na dokładkę zawiodło nagłośnienie (celowo nie czepiam się dykcji, uznajmy to za element stylizacji), bo kilka razy musiałam powtórnie słuchać dialogów, żeby zrozumieć o czym bohaterowie rozmawiają. Mimo to, w ogólnym rozrachunku, film okazał się o wiele lepszy niż oczekiwałam (byłam wręcz pewna, że to będzie paździerz nad paździerzami) i zapewnił mi satysfakcjonującą dawkę rozrywki. Tylko czy to, że nie okazał się tak kiepski jak przypuszczałam, czyni go dobrym? A może dobrym, bo polskim?

Ocena zależy głównie od tego jak się podejdzie do podjętej przez reżysera gry z konwencją. Bartosz M. Kowalski, przyznaje się otwarcie do swojej słabości do lat osiemdziesiątych, kina klasy B i slasherów. Nie jest tajemnicą również to, że to właśnie na nich się wzorował. W efekcie powstał zabawny pastisz i „filmowy Frankensteiniak” poskładany m.in. z campowych historii, Topora, Drogi bez powrotu, Piątku 13-go. Dlatego też znajdziemy tutaj ociupinkę golizny, sex (rach ciach i odhaczone), kicz i tandetę (każde zabójstwo z „innej parafii”, plastykowe gore i cudne gumowe laczki) oraz nie grzeszący oryginalnością skład grupy wędrującej po lesie. Na rzeź idą więc: wyzwolona ślicznotka, sportowiec pozer, twardzielka z problemami, ciapowaty – aczkolwiek heroiczny – nerd i kilku dodatkowych „zawodników”. Bohaterowie są, tak jak trzeba: durni, ślepi i głusi oraz pozbawieniu instynktu samozachowawczego. Historia dzieciaków na obozie w lesie jest również przewidywalna i schematyczna do tego stopnia, że nawet jeden jedyny telefon przestaje działać akurat wtedy, kiedy powinien. Kowalski zdecydowanie nie planował wychodzić poza utarty szlak (i to jest całkiem ok), ani siłować się z materią, jedyne czym nas zaskakuje, to pasująca do całej historii jak pięść do oka geneza postaci ala Venom (to było naprawdę szokujące!) oraz kolejność w jakiej eliminuje uczestników obozu.

Wydaje mi się więc, że najmniej z seansu będą zadowoleni ci, którzy nie lubią slasherów bądź nie akceptują zasad jakimi rządzi się kino klasy B. Trochę mniej rozczarowani, ale też niezbyt zadowoleni, będą ci, którzy oczekiwali, że film nie będzie tylko poprawną (zarazem uboższą) kopią amerykańskich produkcji oraz ci, którzy liczyli na to, że Kowalskiemu uda się stworzyć film niepodrabialny, oryginalny i świeży. Coś z indywidualnym rysem, co z dumą będzie można określać mianem typowo polskiego slashera. Najlepiej podczas seansu będą bawić się ci, którzy mieli ochotę na nieskomplikowaną (bardziej śmieszną niż straszną) rozrywkę i z radością cofną się w czasie, przymykając oko na niedociągnięcia, sztampę i nadmiar wszystkiego.

To nie jest ambitne ani świetne kino, ale nie jest to również obraz nędzy i rozpaczy. I chociażby dlatego warto rzucić na tę produkcję okiem. Na zachętę napiszę jeszcze, że nawet Wieniawa jakoś specjalnie tutaj nie razi. Jej sztywność i nieobecny talent świetnie wpasowały się w reżyserską wizję naprędce nakreślonych postaci. Zresztą i tak, trzeba powiedzieć to głośno, show skradł naszej final girl fajtłapowaty Julek. Za co jeszcze warto pochwalić produkcję Kowalskiego? Zdjęcia są świetne. I żarty w większości celne.

W lesie dziś nie zaśnie nikt, to delikatnie migoczące na końcu tunelu światełko, szansa na odrodzenie polskiego horroru. Szansę tę trzeba jednak mądrze wykorzystać. Warto więc docenić pomysł i starania Kowalskiego, podkreślając przy tym wyraźnie, że chcemy nie tylko WIĘCEJ, chcemy także LEPIEJ.

P.S. Po obejrzeniu filmu nadal nie wiem o co z chodziło z tą ręką i wąskim drzewem. Wie ktoś?

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2020 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com