Alicya w Krainie Słów

Czytanie rzeczy różnorodnych sprawia największą przyjemność


Drogę gu­bią ci, którzy oglądają się za siebie


Nigdy niekończąca się groza...


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


Cisza jak ta

Wyobrażacie sobie jakby to było żyć w świecie, w którym nie można płakać, śmiać się, jęczeć, głośniej kaszleć, kichać, śpiewać, nawoływać ani krzyczeć z bólu? W świecie, w którym każdy głośniejszy dźwięk ściąga na nas śmiertelne niebezpieczeństwo? Zachowanie bezwzględnej ciszy wydaje się właściwie niemożliwe, przecież może nam się przydarzyć cokolwiek, co ją zakłóci. Możemy w coś przypadkowo kopnąć, potknąć się o coś, coś przewrócić, upuścić…

I chociaż mamy wrażenie, że to niewykonalne, niektórym udaje się w takich warunkach przetrwać. Od pierwszych scen filmu pt. Ciche miejsce towarzyszymy więc pięcioosobowej rodzinie Abbottów, która usiłuje żyć w spowitej ciszą rzeczywistości. Poznajemy ich, gdy w sklepie szukają czegokolwiek, co może im się przydać. I gdy jeszcze niewiele rozumiemy z apokalipsy, która najwyraźniej miała tutaj miejsce, nieco dziwi nas ich zachowanie: chodzą boso, porozumiewają się na migi i przesadnie dbają o to by o nic nie zdradziło ich miejsca pobytu. O tym, co jest przyczyną tej ostrożności mamy szansę przekonać się dosyć szybko i to nie tylko z nagłówków niedbale porzuconych gdzieniegdzie gazet. Najmłodszy syn Abbottów kierowany dziecięcym pragnieniem, zabiera ze sklepu wymarzoną zabawkę. Niestety rakieta nie tylko świeci, ale również brzęczy, tak głośno i nieznośnie, jak tylko brzęczą zabawki na baterie… Dla bestii reagujących agresją na każdy dźwięk, to wyraźny sygnał do ataku. Przekonujemy się, że z opancerzonymi, niezwykle silnymi i szybkimi kreaturami nie można zadzierać. A to właśnie one opanowały ziemię i to właśnie przed nimi próbują uchronić się ostatni ocaleli.

Od wydarzeń, które rozegrały się feralnego dnia mija ponad rok. Rodzina radzi sobie nie najgorzej: sprawdzając różne częstotliwości próbują się z kimkolwiek skontaktować, wygłuszają ściany domu, łowią ryby, a zamiast talerzy używają liści. Nasz niepokój wzbudza jednak zaawansowana ciąża Evelyn (Emily Blunt). Bo chociaż wszyscy próbują  przygotować się do wyzwania jakim będzie przyjście na ten postapokaliptyczny świat małego, bezbronnego człowieczka, wątpimy, że to w ogóle może się udać. No bo niby jak? Niemy poród? Niepłaczące dziecko? Pech chce, że im bliżej rozwiązania tym więcej spraw się komplikuje, tak jakby sytuacja, w której tkwią bohaterowie nie była wystarczająco trudna i beznadziejna. Niestety jednak zgodnie z tym, co przeczuwamy od początku, nie mogą oni uniknąć konfrontacji z krwiożerczymi istotami.

Pozwalając nam obserwować apokalipsę z punktu widzenia paru, walczących o przetrwanie osób, reżyser John Krasinski (który zresztą wcielił się w postać Lee Abbotta) przesunął ciężar filmu bardziej w stronę rodzinnego dramatu i trzeba przyznać, że ten zabieg spełnił swoje zadanie. Dzięki temu koniec cywilizacji nabrał kameralnego kształtu i widz naprawdę przejmuje się losem bohaterów. Mimo, że porozumiewają się niewerbalnie, to budzą w nas szczerą sympatię. W pełni rozumiemy także ich postawy, motywacje i ciężar decyzji, które są zmuszeni podejmować. Ciche miejsce, to kolejna mała apokalipsa (obok chociażby zeszłorocznego To przychodzi po zmroku), w której nikt nie zdradza nam, co spowodowało katastrofę. Możemy się tylko domyślać, że Ziemię zaatakowali obcy klub jakiś tajny eksperyment wymknął się spod kontroli. Możliwe, że odpowiedź ukryta jest w nagłówku, której z pokazanych nam przez chwilę gazet, żeby się jednak o tym przekonać musiałabym obejrzeć film drugi raz. Tak naprawdę jednak wiedza ta nie jest nam do niczego potrzebna. Najistotniejsze dla nas jest to, co wiedzą Abbottowie: aby żyć nie wolno hałasować. I na tym wraz z nimi się skupiamy.

Powszechnie wiadomo, że cisza bywa bardzo głośna. Zdaje się być czymś nienaturalnym, złowrogim i budzącym niepokój. Jeśli zostajemy w niej zatopieni, najdrobniejszy dźwięk wydaje nam się być głośny jak wystrzał z kolubryny. Tego doświadczają nie tylko bohaterowie filmu, ale przede wszystkim widzowie. Reżyser dokonał niemożliwego pozorując ciszę w filmie: uciszył pełną ludzi salę kinową. I chwała mu za to! Gaduły i śmieszki zamilkli po paru minutach, seansowi nie towarzyszyły także typowe szelesty i mlaski. Nikt nie chrupał popcornu ani nie siorbał napoju przez słomkę. A gdy jednemu nieszczęśliwcowi zaburczało w brzuchu, usłyszeli to dosłownie wszyscy. Widownia wstrzymując oddech trwała wręcz bezruchu, solidaryzując się nieświadomie z bohaterami, których los nie był jej obojętny. Abbottowie muszą przecież zachować ciszę by przetrwać. My robiliśmy to więc razem z nimi w niemym geście wsparcia.

Film, mimo iż został zabudowany na genialnym w swojej prostocie pomyśle, to jednak realizuje dobrze znany widzowi schemat. Wszystko podąża tutaj ku przewidywalnemu punktowi kulminacyjnemu, w którym z trudem uzyskana przez bohaterów równowaga i bezpieczeństwo, rozsypią się w drobny pył. Bo nie dość, że poród zaczynie się w najmniej odpowiednim momencie, głuchoniema córka nie ma działającego aparatu słuchowego i tak naprawdę nie wie czy zachowuje się cicho (i czy obok niej również jest cisza), ze schodów wrednie wystaje gwóźdź (przypominam, że wszyscy chodzą tu boso) to jeszcze zaliczamy powódź i problem w z metalowymi drzwiami w ogromnym silosie. Dla dodania wydarzeniom jeszcze większego dramatyzmu musi zginąć ktoś kogo publiczność lubi i od początku wiemy kto to będzie. A w nieco absurdalnym finale, oczywiście okazuje się, że bestie mają jednak jakiś słaby punkt. Na szczęście John Krasinski nie skusił się o postawienie na końcu filmu jednoznacznej kropki, dzięki czemu uniknął śmieszności. Pozostawiające sporo miejsca na domysły zakończenie, doskonale pasuje do całości obrazu.

Podczas seansu rzucą nam się w oczy także drobne potknięcia i nieścisłości. Zabrakło konsekwencji co do tego jaką stwory mają siłę i z jaką prędkością się przemieszczają. Także niektóre ze „sposobów na przetrwanie” wybranych przez postacie, nie wydają się zbyt logiczne. Główny atut filmu, czyli gra ciszą, stanowi zarazem jego największą piętę achillesową. Obnaża bowiem przed nami ograniczenia rozwiązań jakie stosują bohaterowie. W drugiej części filmu mogą sobie bowiem pozwalać na wydawanie odgłosów, które nie uszły by im na sucho w pierwszej części filmu. Poza tym nie ma najmniejszych szans, żeby na takim świecie uchowały się przez ponad rok jakieś ssaki. Przecież zwierzęta nie przekażą sobie przecież informacji na temat zagrożenia i nie wykalkulują, że trzeba być cicho by nie zostać poszatkowanym.

Nieśpiesznie rozwijająca się fabuła oraz sprawna żonglerka dźwiękiem, składają się na genialne zbudowane napięcie. To nie jest produkcja w której zderzamy się z bezmyślnie powplatanymi w akcję jump scenami, która poza jednorazowymi wyrzutami adrenaliny nie ma nam nic więcej do zaoferowania. Podczas seansu filmu Krasinskiego miałam nerwy nieustannie napięte jak postronki, a scena w wannie na długo utkwi mi w pamięci. Pod koniec filmu czułam się jakby runęło mi na głowę rusztowanie emocji. Mam nadzieję, że po tak udanym horrorze, reżyser będzie miał jeszcze niejedną okazję by zmrozić nam krew w żyłach. Bo chociaż jego Ciche miejsce nie jest wolne od wad i realizuje do bólu znany z masowych produkcji schemat, to rekompensuje nam to nieprzeciętnym i wdzierającym się pod skórę klimatem niepokoju.

Warto wspomnieć, że reżyser John Krasinski i aktorka Emily Blunt w prawdziwym życiu są małżeństwem. Wcielenie się więc w filmową parę nie nastręczało im większych trudności. 🙂

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2018 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com