Alicya w Krainie Słów

Czytanie rzeczy różnorodnych sprawia największą przyjemność


Drogę gu­bią ci, którzy oglądają się za siebie


Nigdy niekończąca się groza...


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


Dziura daje, dziura zabiera

Ludzie modlą się do różnych dziwnych rzeczy, nie powinno więc nikogo dziwić, że obiektem kultu może być nawet dziura w gliniastej ziemi. I to taka niezbyt szczególna. Na jej dnie znajduje się trochę błotka i śladowe ilości, dalekiej od klarowności, wody. I tak dziwne, że dziura nie jest wypełniona po brzegi krwią. W ramach wierzeń bowiem, mieszkańcy pobliskiej osady, składają istocie kontaktującej się z nimi poprzez wspominaną dziurę, krwawe ofiary z ludzi. Ofiary te nie są oczywiście przypadkowe. Nikt także nie zgłasza się do wykrwawienia na ochotnika. Garncarz Dawai (Sean Bridgers) poprzez wizje dowiaduje się, kto jest kolejnym wybrańcem dziury i w transie rzeźbi twarz tej osoby na dzbanku. Jeśli wybrana ofiara nie zostanie złożona (bo faworyt np. ucieknie lub najbliżsi będą go/ją ukrywać), wredna i mściwa istota zabija kogo popadnie skazując duszę męczennika na wieczne potępienie. W interesie wyznawców jest więc złapanie wiarołomnego wybrańca i wypełnienie woli rozsmakowanego we krwi bożka.

I po co te wszystkie roszady? Co jest warte kolejnych mordów? Odpowiedź jest prosta: zdrowie. Dziura uzdrawia oddanych jej ludzi, póki ci spełniają jej wolę. Dowiadujemy się tego z rysunków, które wprowadzają nas dosyć dokładnie w historię, pojawiając się podczas napisów początkowych. Najwyraźniej wszystko toczyło by się tutaj niezmąconym rytmem, wyznaczanym poprzez wizje, gdyby nie pojedyncze „incydenty”. Chyba nikogo nie dziwi, że nie każdy potrafi pogodzić się z losem. Ada (Lauren Ashley Carter), tuż przed tym, zanim zostanie „połączona” z kimś kto zechce pojąć ją za żonę, by mogła rodzić mu dzieci, z przerażeniem odkrywa że na nowym dzbanku pojawia się jej twarz. Załamana ukrywa naczynie w lesie. Rozwścieczone bóstwo żąda krwi, giną więc kolejne osoby, a Ada rozpoczyna rozpaczliwą walkę o życie. Sprawy w jej wypadku są dosyć skomplikowane. Do tej pory spotkało ją zbyt wiele rozczarowań, nie potrafimy więc pogodzić się z tym na co została skazana. Gdy odkrywamy kolejne związane z jej życiem tajemnice, chcemy żeby jej się udało. Chcemy żeby przełamała krwawy rytuał, by uciekła od absurdalnych reguł, które sprowadzają kobietę do roli bezmózgiego inkubatora, któremu każdy może grzebać między nogami. Chcemy by uciekła od oziębłej, okrutnej matki, od barta, który potrafi tylko brać i umywa ręce, gdy zaczynają się kłopoty. Chcemy żeby zaznała trochę miłości. Chcemy żeby dostała szansę i zawalczyła o siebie, by poznała inny świat. Przez chwilę łudzimy się nawet, że jej się uda. Wydaje nam się, że ma szansę, bo przecież nie bez powodu pomaga jej duch jednego z potępionych, dziadek i dziewczyna z miasta, pomaga jej nawet sam garncarz. Zwroty akcji oraz zakończenie nie pozostawiają jednak złudzeń. Mimo pewnej absurdalności i śmieszności, ta historia ma bardzo gorzki posmak. Tutaj rodzina nie jest opoką, dom nie jest bezpiecznym azylem, a walka i cierpienie nie mają sensu. To co scala tę społeczność, to tylko lęk przed każdym przejawem indywidualności i kolejne morderstwa. Krew na rękach skutecznie sznuruje usta i zamraża serca…

Motyw zamkniętej, odseparowanej społeczności nie jest nowy. Bunt jednostki, na każdej z możliwych płaszczyzn przeciw bezsensownym regułom, również. Mimo to, film jest jednak dosyć oryginalny. Wiele zawdzięcza depresyjnemu, melancholijnemu nastrojowi, który splata się niezauważalnie z nieprzyjemnymi wrażeniami estetycznymi. Bohaterowie są brudni (jak wszystko wokoło), mają nieumyte włosy i braki w uzębieniu. Oglądając film byłam w stanie kolejne obrazy skwitować tylko jednym słowem: ziemiste. W tych ponurych okolicznościach aktorzy – raczej nieznane twarze – grają dosyć naturalnie, dzięki czemu są wiarygodni. Przede wszystkim bardzo dobrze wychodzi im ukazanie tego, jaką postać może przyjąć wyznawanie obojętności, gdy składa się hołd czystej nienawiści. Na dokładkę fabułę cementuje akcja daleka od gwałtowności, wolno i nieubłaganie zbliżająca się ku nieuchronnemu końcowi.

Film o dziurze i dbankach jest produkcją niskobudżetówą. Na szczęście twórcy nie pokusili się, jak wielu przed nimi, by mimo braków w budżecie fundować widzowi, żenująco tandetne efekty specjalne. Postawili na proste rozwiązania. Tutaj gliniasty bożek (?) ukrywa się poza kadrem, jego interwencje pokazane są tylko za pomocą rozbryzgów krwi. Groza skrywa się więc między „zwykłymi” ludzkimi dramatami i w słowie, którego znaczenie w tym konkretnym miejscu nasączone jest okrucieństwem, a brzmi ono: „przeznaczenie”. Nie obyło się jednak bez wyraźnych potknięć. To co przede wszystkim zakłóca nam odbiór, to widmo-chłopiec, który za bardzo przypomina hologram, by pasować do leśnych ostępów i brudnej odizolowanej osady. Poza tym jest zbyt dosłowny, by wkomponować się niezauważalnie w całość opowieści.

To czego tutaj na pewno zabrakło to ostateczny szlif. Nie można się tego jednak za bardzo czepiać, Jug Face to całkiem udany, reżyserski debiut. Dopiero po sensie zaczynamy zadawać sobie pytania, które podkopują fundamenty tej historii. Dostrzegamy, że coś się w niej nie klei – im dalej więc w las tym więcej (nie wymawiając) dziur. W trakcie oglądania, niedociągnięcia jednak nie rażą, a to należy potraktować jako ogromny atut debiutanckiej produkcji.

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2018 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com