Alicya w Krainie Słów

Trwają prace techniczne nad stroną. Niektóre funkcję mogą nie działać poprawnie. Przepraszamy za utrudnienia.


Czytanie rzeczy różnorodnych sprawia największą przyjemność


Drogę gu­bią ci, którzy oglądają się za siebie


Nigdy niekończąca się groza...


Bler. Człowiek ze Światła! Poznaj POLSKIEGO SUPERBOHATERA!


Zapraszamy w pełną grozy podróż z mapą cieni


Czytam, bo lubię grozę


Ku czci Królowi Grozy, czyli peany na cześć Kinga

„Lektura powieści pod wieloma względami przypomina długi satysfakcjonujący romans (…). Z opowiadaniami sprawy mają się zupełnie inaczej: opowiadanie przypomina ukradkowy pocałunek w ciemności z nieznajomym. To oczywiście nie to, co romans lub małżeństwo, ale pocałunki tez są bardzo miłe, ich efemeryczność zaś sama w sobie stanowi nie lada atrakcję.” [S. King, Szkieletowa załoga]

Wydawnictwo Gmork przygotowało nie lada gratkę dla fanów Stephena Kinga: antologię opowiadań, będąca wyrazem podziwu dla twórczości Legendy z Maine. Na „Pokłosie” złożyło się w sumie: 5 piór, 7 opowiadań i 1 Wspaniały. Pomysł dotyczący kształtu, jaki ma przyjąć wyrażanie uwielbienia, jest naprawdę świetny. Bo czy istnieje większa forma uznania dla pisarza, niż stanie się inspiracją, rozbudzanie wyobraźni kolejnych twórców i pokoleń? Dotarcie praktycznie pod każdą „strzechę”?

Już sama okładka – autorstwa Darka Kocurka – przykuwa wzrok. To enigmatyczne zaproszenie do świata, w którym  spożyjemy dania w sosie z Króla. Kolejni autorzy stworzyli teksty zróżnicowane fabularnie, tematycznie, prezentując odmienne style. Każde dzieło jest autonomiczne. Nawiązania z którymi się w nich spotykamy są bardziej lub mniej oczywiste. Wspaniałą Gmorkową antologię przeczytałyśmy obie. Na przystawkę otrzymałyśmy wstęp spisany przez naszego „polskiego Kinga”, czyli – nomen omen – Stefana(!) Dardy. Gdy rozsmakowałyśmy się w jego tekście, wciąż głodne, zachłanne zanurzałyśmy się coraz głębiej, bo tam przecież czekają same smakołyki tajemnicze i efemeryczne niczym pocałunek grozy.

CHYBA, Marek Zychla

Opowiadanie rozpoczyna monolog kobiety, która nie lubi wracać wspomnieniami do wydarzeń sprzed lat. Zanurza swój umysł w codziennych sprawach i nie myśli o tym, co było, bo niby po co wciąż o tym rozmyślać. Przeszłości nie da się zmienić, można ją tylko odtwarzać, dlatego lepiej zająć się życiem: odprawić bliźniaczki do koleżanek, a samej jechać do centrum handlowego. Kobieta jest znudzona, męczona i zła na przeszłość. Zakupy stanowią dla niej ucieczkę oraz ukojenie. Jednak dzisiejszego dnia, w centrum handlowym wydarzyło się coś niezwykłego… Teraz kobieta będzie musiała odbyć dziwną podróż, niepokojącą i niebezpieczną.

poklosie-kopula2

Alicya Rivard: Marek Zychla zbudował grozę opartą na tajemnicy, jej powolnym odkrywaniu. Wykorzystuje zwyczajną przestrzeń miejską, centrum handlowe, by wydobyć z niej to, co najstraszniejsze, czyli obojętność tłumu.  Dlaczego wśród ludzi czujemy się bezpiecznie skoro wszyscy patrzą, a nikt nie przybiegnie z pomocą? Tłum gromadzi się, bo łaknie kontrowersji, ale nie chce czuć się nią zbrukany – proszę zetrzeć krew i otworzyć kasy, nie przeszkadza nam bałagan. Widzieć ból, to nie to samo, co go czuć. Zakończenie opowiadania przynosi jeszcze jedną myśl: człowiek może mieć zdolność przekraczania granic, a rzeczywistość nie koniecznie składa się z jednego wymiaru. „Chyba” to opowiadanie różnorodne, sprawnie napisane, pełne grozy i napięcia. Fabułą nie jest dogłębną analiza, ani psychoanalizą, a poruszającą i niepokojącą historią kobiety, która doświadcza transgresji. Stworzony przez Zychla świat, to rzeczywistość bardzo oniryczna, poza czasem, bliska, a jednocześnie niepokojąco obca – wszystko tu „chyba” jest: „słowa są po to, by pomóc nam coś zrozumieć, a przecież nie wszystko trzeba opisać. Nie wszystko da się opisać (…)” /s 37/.

Alicya Oss: Jak sam tytuł wskazuje opowiadanie te jest przesycone wątpliwościami. Ani bohaterka – Amy Gallagher – ani czytelnik, bardzo długo nie mogą z całkowitą odpowiedzialnością stwierdzić, że „mają pewność”. Świadomość bohaterki z jednej strony rwie się, jak przeleżała nić, a z drugiej trwa, jak zacięta płyta, zdolna powtarzać tylko jedną kombinację dźwięków – w nieskończoność. Ta dwoistość Amy, budzi zamęt w głowie czytelnika, który chce wszystko ułożyć i zracjonalizować. Zarazem fascynuje go sposób, w jaki ta postać, dzielnie szyje swoją codzienność z ułamków rzeczywistości, z kawałków nici i urwanych dźwięków. Z czasem następuje etapowe obnażanie postaci – powoli poznajemy główną bohaterkę, jej wyrzuty sumienia, wyparcie i sens ucieczki w kompulsywne zakupy. Zaczynamy rozumieć.

Najistotniejszym aspektem utworu Zychla, jest to, że udało mu się przykuć uwagę czytelnika tym, co w życiu bohaterki, a zarazem w opowiadaniu jest nieobecne. Skupił naszą uwagę na tej dziwnej pustce wokoło niej. Od początku czujemy, że to co nam pokazuje jest istotne. Naprawdę świetny zabieg.

Autor zderza nas z pograniczem światów, wyrzuca gdzieś na obrzeża myśli, tam gdzie zło, które zjada niewinność, zostawia po sobie trwały ślad.  Zychla zabrał nas w podróż po sprawach ostatecznych, bardziej ostatecznych niż na pierwszy rzut oka mogłoby się wydawać. I w wyjaśnieniach tej ostateczności, czegoś mi zabrakło. Może lepiej było nie ruszać parawanu?

TO NIE TO!, Kacper Kotulak

Jest wczesne popołudnie. Adam wraca ze szkoły przez ponure blokowisko pełne kałuż, brudu i chłodu betonu. Umówił się dziś z chłopakami, żeby pograć w piłkę na okrąglaku. Niestety dziś musi również odebrać młodszego brata z podstawówki, dlatego postanowił skrócić sobie drogę idąc przez osiedle, mimo iż mama wyraźnie kazała mu iść inną drogą, by zaoszczędzić trochę czasu.  Gdy dociera do szkoły po brata, mija na korytarzu klauna, co wydaje mu się dość dziwne. Jego twarzy niby zabawnej, a jednak niepokojąco nieprzeniknionej, nie zapomni do końca życia, w końcu to ten klaun zabił jego brata. Pisarz zbiera swoich czytelników do cyrku, pod namiot wypełniony światłami reflektorów i zapachem świeżego popcornu, by za chwilę przekształcić tą magiczną atmosferę w koszmar, niemożliwą do zatarcia skazę na psychice /s 46/.

poklosie-klaun

Alicya Oss: Drugie opowiadanie zaczyna się z przytupem: bez ceregieli czytelnik zostaje rzucony w świat rodem z sennego koszmaru. Niby wita nas kolorowa maska klauna, jegomościa w za dużych butach, który rozdaje zwierzątka z baloników, ale nie dajemy się oszukać, przecież każdy wie, że klauny są złe. Początkowy nastrój grozy, niepokoju i oczekiwania na kolejne makabryczne zbrodnie ulega szybkiemu przetworzeniu. Autor przenosi ciężar utworu odwracając perspektywę. Kotulak pozwolił nam zgłębić myśli potwora, poznać jego motywacje i zasady rządzące jego światem. Gdy Adam Kowal napędzany złością postanawia, pomścić swojego brata, morderczy klaun z prześladowcy staje się ofiarą. Tekst ma w sobie ogromny ładunek humorystyczny, a jego wydźwięk jest słodko-gorzki: bo z jednej strony czas potworów już bezpowrotnie minął (nie potrafią się one odnaleźć we współczesności) i powinniśmy się z tego cieszyć, ale z drugiej jednak okazuje się, że jak każda fucha w naszym kraju – nawet bycie potworem – łatwa nie jest. Zawsze można zarobić kosą, albo kijem bejsbolowym, narazić się brutalnym dzieciakom, albo ruskim klownom z cyrku… Polskiemu Pennywisowi, czyli Rintincurry’emu, lekko nie jest.

Autor zgrabnie wykorzystuje narzędzie urywania wątku i enigmatycznej zapowiedzi dalszej akcji, podsycającej ciekawość czytelnika. Podobało mi się także puszczenie oczka do czytelnika: dwóch policjantów Jastrzębski i Orłowski – drapieżne ptaki o stępiałych nie tylko szponach ale i wzroku. Udało mu się także osiągnąć nieosiągalne  –  w pewnym momencie zaczynamy współczuć złu. Żal nam monstrum, które nie może wywiązywać się ze swoich obowiązków i postępować w zgodzie z własną naturą. Nie wydaje mi się jednak, że mimo całego pecha, jaki spotyka antybohatera, ktoś kto ma fobię na klauny, po lekturze nagle przestanie ja mieć. I całe szczęście.

Alicya Rivard: Powraca odwieczne pytanie: czy klaun ma na twarzy uśmiech, czy groteskowy grymas? Chłopiec coś widział, był tego pewien: klauna ze szponami wystającymi z rękawiczek. Morderstwo brata staje się momentem, gdy świat dziecka traci swoją niewinność. Chłopiec, zagubiony w tej dziwnej sytuacji, próbuje jakoś zrozumieć co się stało i dlaczego dorośli mu nie wierzą. Adam zostaje pozbawiony najcenniejszej rzeczy na świecie, a jego dzieciństwo legło w w gruzach. Klaun staje się nie tylko symbolem lęku ale i gniewu. Chłopiec nie jest jednak głównym bohaterem opowiadania. Autor zmienia perspektywę ukazywania biegu zdarzeń i oddaje głos również antagoniście, którego dość niejednoznaczny status ontologiczny prezentuje narrator. Potwór też ma głębię, może wolałby być kimś innym, jakimś psychopatycznym mordercą z siekierą, a nie tym kim jest, potworem żerującym na pokładach podświadomego lęku. Nikt nie dał mu jednak wyboru. ,,Cóż nikt nie wybiera kim się urodzi. Nie wszyscy mogą stać szanowanymi biznesmenami, lekarzami z pozycją albo wziętymi prawnikami. Niektórzy muszą urzeczywistniać najgłębsze lęki ludzi i uosabiać szeroko pojęte zło. Tak działa ten świat.” /s 59/  „To nie to!” jest więc nie tyle opowieścią grozy, czy horrorem, ale refleksyjną historią o tym, że czas potworów przeminął. Opowiadanie podejmuje tematykę trawestaji wątków horrorwych oraz jako jedyne lekko, ale porusza kwestię subwersji i odrzucenia społecznego. Autor wykorzystuje więc tani, prosty horror, który przekształca w nowoczesny remiks wątków i stylów.

ŚWINIAK, Juliusz Wojciechowicz

Jak najgorzej można spędzić swoje czterdzieste urodziny? Może w zatęchłej piwnicy, katowany przez druha sprzed lat. Nieoczekiwane pojawienie się dawnego niewidzianego znajomego, zmusza bohatera do odbycia sentymentalnej podróży do czasów dzieciństwa pełnego przetargów o gumy balonowe, jazd na BMXie i chłopięcych gangów, czyli lipca 1987 roku. Był to czas radości ze wspólnej przygody, gry w dołek, gdzie chłopcy stawali się muszkieterami z powieści Dumasa. Ciekawość to jednak pierwszy stopień do piekła, które dla grupki przyjaciół zawsze będzie kojarzyć się ze znalezieniem dziwnego roweru.

poklosie-rower-2

Alicya Rivard: Piękno całej historii tkwi w dziecięcych wspomnieniach, w poczuciu przemijania, sentymencie pomieszanym ze szczyptą teatralności i kroplą groteski. Wojciechowicz oddał piękny hołd „Christine”, zrobił tworząc historię będącą mieszanką grozy i brutalności, ale co najważniejsze zrobił to po swojemu. Wyjątkowo niepokojący jest w opowiadaniu moment, w którym Świniak jawi się jako twór, który nie może istnieć. Chroni dzieci przed złem, zabija dla nich, ale zło nie jest pojęciem płaskim, jednoznacznym. Rodzice niektórych dzieci są źli, ale co by zrobiły dzieci bez tych właśnie złych rodziców.

Alicya Oss: Niesamowicie intrygujący tytuł, spowodował, że zżerała mnie ciekawość: bo kim lub czym jest tajemniczy ŚWINIAK? Szybko okazało się, że jednak nie osobą (więc czym??), bo w tekście zapisano go małą literą. Biorąc pod uwagę, że bohater – Lucek – na dzień dobry znajduje się w kiepskim położeniu: torturowany w piwnicy przez przyjaciela z dzieciństwa, zaczęłam snuć domysły o jakimś sennym koszmarze masarza. Ale to też nie było to… Szybko porzuciłam dociekania, całkowicie wciągnięta w świat wykreowany przez Wojciechowicza. Co ciekawe w świat dwunastolatka z 1987 roku, gdy na podwórkach (rany! wychodziło się na podwórko!) królowały składaki i gumy Donald. Autor zręcznie – niczym sam King – zaprezentował nam wewnętrzny świat i problemy dziecięcego bohatera. Lucek i jego kat przenoszą się we wspomnieniach do dnia, w którym podczas jednej z chłopięcych wypraw utracili niewinność i tym samym dzieciństwo. Na wysypisku śmieci znaleźli wtedy właśnie TO, dar z Caritasu… Autor odkrywa przed nami kolejne karty z przeszłości bohaterów zrywające, jedna za drugą, zakłamane maski z twarzy rzeczywistości. Koniec końców TO przybywa na odsiecz torturowanemu bohaterowi, wprawiając czytelnika w coraz większe osłupienie.

STATS QUO, Paulina Król

Ewa budzi się w jakimś mieszkaniu, chyba jej, ale trudno stwierdzić. Próbuje się ogarnąć i coś sobie przypomnieć. Tą dziwaczną amnezję zwala na karb przepracowania, ale to i tak nie tłumaczy wszystkiego. W jej życiu zaczynają się nie zgadzać różne rzeczy. Przecież miała męża, gdzie on jest? Nigdy nie była w Anglia, więc skąd fotki na komputerze? I jeszcze łapówka… Wszystko to jakiś surrealistyczny koszmar,  w który trudno uwierzyć. Podobnie czuje się  Paweł, gdy budzi się w celi więziennej. Nie pamięta co zrobił i jakoś nie pojmuje, że odsiedział już sporo swoje wyroku. Przecież to nie jest jego życie. On przed chwilą był z Karoliną, świętowali rocznice.

poklosie-motyl

Alicya Oss: Po emocjach, które zrodziły się we mnie podczas lektury drugiego i trzeciego opowiadania należy się chyba chwila odpoczynku. Senna i leniwa atmosfera opowiadania Pauliny Król doskonale wywiązała się ze swojej roli. Autorka przedstawiła nam historię o alternatywnym życiu, pełną wewnętrznych przemyśleń bohaterów, dokonywaniach przez nich rozliczeń, losów które przecinają się lub nigdy nie mają okazji nawet się do siebie zbliżyć. Rozumiem ideę i przekaz opowiadania,  doceniam subtelność  spiętych wątków, zabrakło mi jednak w treści pazura, czegoś, co przykułoby moją uwagę. Opowiadanie wydało mi się wręcz przydługie (swoją drogą najdłuższe w zbiorze). Koniec nieco  rekompensuje oczekiwanie, więc warto być wytrwałym i do niego dotrzeć.

Alicya Rivard: Opowiadanie Król jest boleśnie realistycznym snem dwójki ludzi. Tym samym autorka otwiera sobie drogę do zastanawiania się na alternatywnymi ścieżkami naszego losu. Doświadczenia „senne” bohaterów pozwalają im zobaczyć, jak potoczyły by się ich losy, gdyby coś zmienili, zrobili inaczej. Tytuł opowiadania oznacza „obecny, niezmienny stan rzeczy”. Alternatywne losy bohaterów mają za zadanie pokazać, jak istotne jest pokonywanie konformizmu, łamanie status quo, by otwierać przed sobą nowe możliwości. Król ostatecznie konfrontuje czytelnika z aktualnym statusem bohaterów, co przy powyższych założeniach, powinno wywołać uczucie katharsis,  a co niestety nie wyszło aż tak dobrze. Opowiadanie pełne jest wielkich przemyśleń, szkoda, że bohaterowie okazali się zbyt płascy i słabi, by je udźwignąć„Status quo” niestety ma bardzo słabo zbudowane napięcie oraz grozę. Zakończenie również pozostawi wiele do życzenia – tyle stron oczekiwania na coś oczywistego. Autorka podejmuje ciekawy temat alternatywnych rzeczywistości, możliwości sprzeciwiania się przeznaczeniu, Boga będącego determinacją i czasu, który nie jest tylko kategorią umysłu. Przywołane teorie nie zostają jednak rozwinięte, a ich użycie umotywowane fabularnie, są jak słowa rzucone na wiatr.

CIERNIOWY DWÓR, Jarosław Turowski

„Tej jesieni, pełnej smętnych i pochyłych promieni wiecznie zachodzącego słońca oraz opadających liści, przyszłość rysowała się wyłącznie w czarnych barwach. Więcej niż czarnych – tak mrocznych, że chyba byłoby lepiej, gdyby nie nastała żadna przyszłość. Dla Tracey bez wątpienia…” /s 232/. Dziewczynka zawsze kochała najbardziej matkę, bo ojciec już dawno przestał być tym, kim powinien. Stał się zimnym, zapijaczonym draniem, który beznamiętnie oznajmia jej, że ukochana matka umiera. W zranionym sercu dziewczyny szybko rodzi się pełno wielki plan naprawy.

poklosie-czlowiek

Alicya Rivard: Analizująca wszystko dziewczynka jest największą zaletą tego opowiadania. Dzięki niej można doświadczyć malowniczej jesieni, piękna i brzydoty tego świata, magii ukrytej tuż obok nas oraz całej ferii uczuć jakie dane jest jej przeżywać. To postać, którą łatwo polubić. Szybko więc jej dramat zaczyna oddziaływać na czytelnika. Dom, który jest całym światem dziewczynki, teraz obraca się w ruinę, wypełniają go krzyki i umieranie. Przychodzi moment, w którym Tracey nie ma już sił nieść ciężar rodzinnej tragedii, dlatego postanawia iść do Cierniowego Dworu. Jej plan okazał się jednak dobry tylko hipotetycznie, bo tak naprawdę wieczne życie, to tylko marna imitacja życia. Uciekając od jednego potwora, trafia się w ręce drugiego. W historii Tracey będzie więc wielka wędrówka, potwory, krew i śmierć, ale doświadczy się również przyjaźni, miłości i oddania. Turowski napisał historię, którą wielbiciele Kinga dobrze znają i kochają. Nie opowiada znanych wątków w jakiś inny sposób, ale doskonale zlepia je ze sobą tworząc ciekawą całość. Sprawia więc, że znana historia staje się zaskakująca, barwny język i wciąż gęstniejąca atmosfera sprawiają, że czyta się „Ciernisty Dwór” jakby sam Król go napisał. Przecież wszędzie są ścieżki do innych światów, ale nie każdemu jest dane nimi podążać.

Alicya Oss: Cieszyłam się tym tekstem od pierwszych zdań. Turowski zaprezentował nam opowiadanie doskonale wpisujące się w uniwersum Kinga: duszną atmosferą pełną niepokoju, klimatem grozy, „zwrotnością” akcji i końcowym zaskoczeniem. Stworzeni przez niego dziecięcy bohaterowie mają w sobie to wszystko, co mieć powinni: skłębione emocje, zadziorność i zagubienie. Mała Tracey nie ma lekkiego życia, postanawia więc uratować umierającą matkę i siebie uciekając od ojca pijaka. Od babci szkolnego przyjaciela, Chrisa – występującej niejako w roli czarownicy – otrzymuje atrybuty, dzięki którym przejmie władzę nad własnym życiem. Zanim do tego jednak dojdzie, podejmie karkołomną wyprawę, uwieńczoną krwią i ogniem, gdzieś tam w mrokach Cierniowego Dworu, gdzie stykają się ze sobą różne światy. Im dalej bohaterowie są od domu, tym większa otacza ich magia i tym bardziej upodabniają się do postaci z najlepszego – moim zdaniem – dzieła Kinga.

DEATH METAL, Kacper Kotulak

„Mówią, że havy metal to muzyka Szatana. Zazwyczaj mówią tak ci, którzy o heavy metalu nie mają bladego pojęcia. Ale czy jedno i to samo stwierdzenie może być durnym, krzywdzącym stereotypem i głęboką ukrytą, przerażającą prawdą zarazem?” /s 288/  „Dead metal” to opowieść o pewnej gitarze, a właściwie o pewnym chłopaku, który pragnął gitary, a takich w końcu jest niemało. Problem tkwił w tym, że owa gitara zawsze ponownie wracała do lombardu.

poklosie-gitara-2

Alicya Oss: Kacper Kotulak powraca do nas z kolejnym tekstem. Jego Death metal, jest najkrótszym tekstem w antologii. Biorąc pod uwagę muzyczny epizod w karierze Stephana Kinga,  nie mogło zabraknąć tego motywu w zbiorze mu poświęconym. Tym razem gdzieś w Ameryce, pewien muzyk – Tommy – zakochuje się w diabolicznej gitarze wypatrzonej w lombardzie. Ta zdaje się odwzajemniać uczucie, gdyż wciąż na niego czeka: sprzedawana i odsprzedawana, niczym bumerang wciąż wraca na wystawę – z coraz to niższą ceną. Bohater dopina w końcu swego i kupuje wymarzony sprzęt. Okazuje się, że niektórych marzeń nie warto spełniać i nie zawsze jest wskazane, by instrument miał duszę. Ta konkretna gitara: kręci, bałamuci, manipuluje i wpędza bohatera w coraz większe tarapaty. King ma niesamowity zmysł (umiejętność?) do odnajdywania grozy w przedmiotach pozornie niewinnych, niegroźnych. Nasi, polscy pisarze sprostali zadaniu i dali temu wyraz, tak w Świniaku, jak i w Death metalu.

Alicya Rivard: Historia lekka i krótka, taka prosta miejska legenda, w której przedmiot chce zdominować swojego właściciela. Kotulakowi udało si stworzyć wiarygodną opowieść o opętaniu przez przedmiot, jednak w porównaniu do „Świniaka”, wyszło mu to nieco słabiej. Opowiadanie zawiera bardzo miły (dla mnie) akcent: autor porównał zło, do marketingu i sprzedaży, w końcu to jedno i to samo – musi się kręcić…

FHABHTANNA, Marek Zychla

Znudzony swoją monotonną pracą oraz bezsensownym mechanicznym życiem mężczyzna popada w głęboki marazm, znajduje się praktycznie na granicy bezwiednej autodestrukcji. Wydaje się, że przymusowy (bezpłatny) urlop pozwoli mu od tego odpocząć. Mężczyzna nawet nie zdaje sobie sprawy, że za chwilę spotka psa, który odmieni jego życie w nieodwracalny sposób. Podarowany przez nieznajomego pies szybko zaczyna przejawiać dziwne zdolności.

poklosie-t

„Pies leży na podłodze, a na nim siedzi – chyba siedzi, bo w zasadzie ciężko stwierdzić – jakiś stwór najbardziej przypominający rozrośniętego koalę umorusanego błotem. Drugi, jeszcze większy, stoi nad nim z moim kapciem uniesionym nad głową (…)” /s 313/

Alicya Rivard: Marek Zychla napisał dziwną, fantastyczną opowieść, podróż, podczas której dokonuje się przemiana głównego bohatera. Mamy tu bóstwa, dziwne stwory, nimfy, pająki, magię i odrobinę chytrych poczynań.   to jakaś piekielna mieszanka Stephena Kinga i Jonathana Carrola. Zaburzenia psychiczne związane z depresją, koszmary senne, paraliż, fobie, lęki poczucie bezsensu, panika, samookaleczenie, utratę kontaktu z rzeczywistością, zatracenie poczucia czasu lub jego uwypuklenie. Ostatecznie końcówka opowiadania to prawdziwe preludium niepokoju i lęku. To jednak prawda, że strach to dziwne uczucie, taki nasz towarzysz życia, bez którego nie możemy funkcjonować, a który nieustannie stanowi dla nas zagrożenie – jak pies atakujący swojego właściciela. Historia ukazana przez Zychlę jest prosta, ale towarzyszy jej jakiś ogromny, tajemniczy emocjonalny ciężar.

Alicya Oss: Ostatnie słowo, należy do Marka Zychla. Opowiadanie zaczyna się wręcz bajkowo: samotny Polak na emigracji, na przymusowym, bezpłatnym L4 – z pracy, której nienawidzi (i po co było wyjeżdżać – te same atrakcje mamy w kraju) – staje się nagle właścicielem ciapowatego dobermana. I wszystko byłoby normalne, gdyby nie fakt, że pies zna ludzką mowę.  Od momentu, gdy przemawia zaczyna się absurdalna jazda bez trzymanki. Fabuła tylko przez chwilę wydaje się brnąć w jakimś konkretnym kierunku i gdy tylko wydaje się nam, że wiemy już o co chodzi, nagle skręca zostawiając nas z ogromnym znakiem zapytania nad głową. Na szczęście bohater też nie za bardzo wie, o co chodzi, podąża jednak ze swoim dziwacznym dream teamem (ni psem ale psem, spanielem-smokiem i kumplem Kubą) w kierunku nieznanego, zakręconego – jak świński ogonek. Zakończenie zaskakuje – bądźcie więc czujni podczas lektury. Tytułowa pluskwa ma bowiem znaczenie, chociaż jej sens objawia się bardzo powoli.

POKŁOSIE

Alicya Rivard: Czy „Pokłosie” zrealizowało swoje założenia? Cóż, częściowo tak. Mamy tu teksty wyjątkowe, dobre, ale i będące mocną pomyłką. Jednym z najlepszych jest „Świniak” Juliusza Wojciechowicza, czyli opowiadanie zainspirowane wątkami twórczości Stephena Kinga, które nie są powieleniem schematu lecz próbą ich modyfikacji. Ten tekst stanowi najlepszy hołd dla Kinga. Doskonale poradził sobie również z tematem Jarosław Turowski w „Ciernistym Dworze”. Owszem, zarzutem może tu być przeładowanie wątkami oraz nawiązaniami, ale to piękny fanfik, a to tłumaczy i usprawiedliwia wszystko. Z kolei trzecie najciekawsze opowiadanie w tej antologii to „TO NIE TO!”, które wpisuje się w aktualne mainstremowe ujęcie horroru, bazujące na trawestacji figur tego gatunku. Dla tych trzech opowiadań warto wejść w posiadanie tej nietypowej antologii.

poklosie-zd1

Wydawnictwo Gmork każdą kolejną swoją publikacją pokazuje, że można tworzyć piękne, dopracowane okładki, zachęcające, składające czytelnikowi obietnicę, która potem realizowana jest przez treść książki. Patrząc na „Pokłosie” nie można przestać się wpatrywać w szczegóły okładki. Kolorystyka jest wyrazista i hipnotyzująca: głęboka czerwień tytułu oraz unosząca się w tle turkusowa mgła. Darek Kocurek, autor okładki, jako symbol antologii wybrał jednego z bohaterów opowiadania stworzonego przez Juliusza Wojciechowicza. W końcu Stephena Kinga ma swoją Christine, tak „Pokłosie” musi mieć swojego Świniaka.  Odwracając książkę również nie poczuje się zawodu, bo i z tyłu zadbano o szczegóły. Nad trzema długimi blurbami (Stefana Dardy, Łukasza Malinowskiego, Krzysztofa Maciejewskiego) dominuje mroczny potwór czający się w miejskich kanałach. Okładka jest więc palce lizać. Grubość książki też robi wrażenie, choć tym razem nie zawiera ona ilustracji, tak jak antologia „Wszystkie białe damy”, ale za to jest siedem utworów na ponad trzystu pięćdziesięciu stronach, a to wielbicielom długich opowiadań robi smak na czytanie.

Alicya Oss: Niedawno miałam okazję czytać książkę, w której autorka nadużywała słowa „patchwork”. Wszystko w jej świecie było „patchworkowe” – do znudzenia. Mimo przesytu nie potrafię myśleć o niniejszej antologii inaczej niż właśnie jak o patchworku, oczywiście w pozytywnym tego słowa znaczeniu. Przed sobą mam bowiem fantastyczną mozaikę motywów, kreacji i światów, które pozornie do siebie nie pasują, które – także pozornie – nic z sobą nie łączy. A jednak – jest punkt wspólny. Co ważniejsze taki z krwi i kości, który od wielu lat otwiera przed nami drzwi, furtki i bramy do kolejnych światów.

Nie interesuje mnie medialny szum, który narósł wokół tej książki, mieszanka zachwytu nad pomysłem i obawy o jego realizację: „Czy aby nie powstaną z tego nudne klony”. Skupiłam się na gotowym produkcie, dając się porwać do świata a’la Mistrz z Maine. I z całą stanowczością mogę powiedzieć, że obawy były niesłuszne. Co więcej: sądzę, że każdy znajdzie w tym zbiorze coś dla siebie. Fan odnajdzie tutaj swojego idola, ukrytego w kolejnych słowach, znaczeniach i grach literackich. „Zwykły czytelnik” przeczyta kilka świetnych warsztatowo i ciekawych tematycznie opowiadań. Może zachęcony lekturą sięgnie nawet po twórczość Króla? Myślę, że King byłby z takiego hołdu zadowolony. W końcu, jako wyraz swoistej adoracji dla jego twórczości powstała niezwykła mieszanka fascynujących opowieści, serwujących nam – trzeba to przyznać, solidną dawkę niebanalnych i wciągających historii. Nie ma więc na co czekać: tylko przetłumaczyć antologię i dostarczyć mu, najlepiej do rąk własnych.poklosie-hold

Książka została opatrzona wstępem przez Stefana Dardę, który twierdzi, że autorzy stanęli na wysokości zadania: nie tylko dobrze zrealizowali temat, ale również pokazali swoje umiejętności literackie. Faktycznie, niektórym się udało pokazać, że potrafią z godnym podziwu wyczuciem zainspirować się twórczością mistrza oraz wykazać się przy tym pokładami swojej kreatywności i umiejętnością budowania grozy. Przede wszystkim, tym najlepszym, udało się stworzyć dzieła, które z niezwykłą lekkością kradną nasz czas. Na pochwałę zasługuje u nich wykorzystanie charakterystycznych motywów prozy Kinga, które nie zostały powielone, ale przetworzone i  co najważniejsze, nie utraciły królewskiego ducha.  Ogromną zaletą „Pokłosia” jest także różnorodność. Opowiadania w nim zawarte czasem przestraszą, przyśpieszą bicie serca, innym razem rozbawią, zaciekawią, znudzą, zezłoszczą, a nawet sprawią, że pogrążymy się w melancholii. Nie wszystkie są poważne, nie wszystkie są horrorami, czy powieściami grozy, ale to dobrze, bo dzięki temu antologia okazała się pudełkiem czekoladek. Ostrzegam jednak, że nie każde z opowiadań będzie słodkim buziakiem na dobranoc, po którym przyśnią nam się wyczekiwane koszmary.

Długich dni i zaczytanych nocy.
Podążajcie za Atramentowym Królikiem.

 

 

„Pokłosie” kupicie w atrakcyjnej cenie na stronie Wydawnictwa GMORK.

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2017 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com