Alicya w Krainie Słów


Drogę gubią ci, którzy obracają się za siebie


Koniec nie nadejdzie


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


My, wy, oni…

Odkąd po raz pierwszy zobaczyłam zwiastun filmu To my (Us) wiedziałam, że na pewno wybiorę się do kina.  Zapowiadał się bowiem seans o nieprzewidywalnej fabule, daleki od wytartych schematów i pozbawionych polotu filmideł zalewających obecnie rynek tworami typu: Zakonnica, Diabeł: inkarnacja czy nieszczęsnym Slendermanem.  I nie pomyliłam się, Us okazało się czymś, co chciałam zobaczyć, co miało mi do zaoferowania więcej niż, zastępujące porządny klimat horroru, przewidywalne jump scaer’y. Znalazłam w tej produkcji coś co do mnie przemówiło, i to wystarczyło bym nie mogła oderwać oczu od ekranu.

Film zaczyna się z pozoru niewinnie. Jest rok 1986, Adelaide spędza ciepły, letni wieczór w parku rozrywki w Santa Cruz z rodzicami. Jednak chociaż wokoło jest gwarnie i świat kusi ciepłą feerią barw, to w powietrzu czuć niemą groźbę, która zdaje się wskazywać palcem na niczego nieświadomą, zajadającą się jabłkiem w lukrze, małą dziewczynkę. Nie mamy wątpliwości, że tego wieczoru przydarzy się jej coś nieodwracalnego. Niebezpieczeństwo nadchodzi wraz z burzą, która zastaje ją samiutką w podejrzanie opustoszałej i położonej w znacznym odosobnieniu atrakcji na plaży. Gdy wysiada prąd i nasza bohaterka gubi się w labiryncie luster, natrafia na coś co wywołuje u niej traumę. Następnie spotykamy ją jako dorosłą już panią Wilson (w tej roli genialna Lupita Nyong’o), żonę i matkę dwójki dzieci. Podczas rodzinnych wakacji ku swojemu niezadowoleniu wraz z bliskimi odwiedza feralną plażę Santa Cruz, która przywołuje traumatyczne wspomnienia. Pech chce, że z leżakami rozbijają się w pobliżu atrakcji w której zgubiła się jako dziecko. Trudno się więc dziwić, że kobieta na wszystko reaguje nerwowo i wyczekuje chwili powrotu. Zwłaszcza, że wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują na to, że słusznie się boi, że coś się tutaj właśnie budzi. Jej obawy nabierają realnych kształtów, gdy niedługo po powrocie do wynajętego na wakacje domku, jej rodzinę odwiedzają nieproszeni goście. I chociaż trudno odgadnąć kim są napastnicy, jednego możemy być pewni: ich zamiary chociaż niezbyt jasne, na pewno nie są dobre. A ich przywódczyni ma najwyraźniej jakieś niezałatwione z Adelaide sprawy.

Chociaż zwiastun mógł to sugerować, To my nie jest typowym home invasion. Nie opiera się na wyświechtanym pomyśle a jego twórcy skupili się na żonglerce, mniej lub bardziej udanej, horrorowymi motywami. Demoniczna rodzina „cieni”, która odwiedza naszych bohaterów robi na widzu piorunujące wrażenie. Uzbrojeni w pozłacane nożyce i skórzane rękawiczki, nie mówią, tylko ryczą lub pomrukują jak zwierzęta, a ich nienaturalny sposób poruszania wywołuje ciarki i odruch ucieczki. Uczucie niepokoju nieco słabnie w momencie, gdy odkrywamy, że napastnicy, chociaż pochodzą poniekąd z innego świata, w sumie nie mają żadnych nadnaturalnych umiejętności. A szkoda, im dłużej bym nie wiedziała kim są i po co przyszli, tym dłużej bym czekała w napięciu na wyjaśnienie. Oczywiście odkrywanie kolejnych elementów układanki, jak np. skala działania i cel doppelgängerów, sprawia nam naprawdę wiele frajdy, ale niestety, i tutaj docieramy do najsłabszego z mojego punktu widzenia momentu filmu, zbyt szybko domyślamy się, dlaczego Adelaide i jej rodzina stali się wyjątkowym celem ataku i w ich przypadku „napad” przybrał specyficzną formę. Sprawia, to, że końcowy twist, który miał zapewne nas zaskoczyć i wgnieść w fotel, nie robi na nas większego wrażenia.

To my, pomimo pewnych niedostatków, zrobił na mnie bardzo dobre wrażenie. To bowiem przede wszystkim inteligentna, wielowarstwowa rozrywka obudowana ciekawym kontekstem polityczno-społecznym. Zresztą Peele już w Get out pokazał, że w jego horrorach, oprócz czarnego humoru, znajdziemy również liczne komentarze do otaczającej nas rzeczywistości. W Us wyraźnie zauważalne jest chociażby nawiązanie do modnych teorii spiskowych, podziałów klasowych (scena, w której napastnicy na pytanie kim są, odpowiadają z uśmiechem na ustach: „Jesteśmy Amerykanami” – majstersztyk) a nawet rasowych. Trudno nie dostrzec tutaj również odniesienia do Alicji w Krainie Czarów. Mamy przecież lustra, białe króliki (co gorsza: laboratoryjne), czerwoną i białą królową (nie bez znaczenia jest krew zmieniająca kolor śnieżnobiałego wdzianka Adelaide), pogoń za marzeniem (tylko, że tym razem nie w dół lecz w górę). Żadne elementy nie są tutaj umieszczone przypadkowo: ani dwuznaczny tytuł, ani biblijne 11:11, ani Szczęki, ani Thriller Michaela Jacksona, ani Kevin sam w domu, ani nożyce (symbol śmierci i zależności człowieka od sil kierujących losem), ani zunifikowane, robocze kombinezony napastników (zapowiedź rewolucji?), ani kolory ubrań, ani odwołania do niemieckich wierzeń o „podwójnych wędrowcach”. Dlatego dla dociekliwego widza oczywiste będzie również nawiązanie do teorii Junga. A interpretacja poprzez cień i zbiorową świadomość, tylko nadaje filmowi kolejnych smaczków.

I na końcu warto wspomnieć także o tym, do czego najprościej jest się odnieść podczas seansu, a mianowicie o niewolnictwie. Nie chodzi w nim jednak o roztrząsanie historycznych zaszłości, ale zobrazowanie sytuacji, w którą sami jesteśmy uwikłani od dnia narodzin. Nie ma się bowiem co oszukiwać: wszyscy jesteśmy niewolnikami.  I nie zmienia tego faktu nawet to, że nie harujemy na plantacjach za miskę cienkiej zupki, a nasze kajdany są ze złota. Niestety, nie jesteśmy w stanie uciec z systemu, który steruje całym naszym życiem. Pozorna wolność trybików w maszynie, ogranicza się do wykonywania paru ruchów, którymi dyryguje nadzorca w garniturze. Oczywiście uzbrojony w laptopa. Możliwe więc, że cienie to nasza niewolnicza strona życia, którą wypieramy, będąc pozornie wolnymi ludźmi, bo trudno nam zaakceptować fakt, że ona w ogóle istnieje. Wolelibyśmy po prostu nigdy nie spojrzeć w lustro rzeczywistości… Muszę przyznać, że odkąd zobaczyłam film wciąż zastanawiam się po co nam to wszystko, nucąc smutno pod nosem:

Czarny chleb i czarna kawa,
Opętani samotnością,
Myślą swą szukają szczęścia,
Które zwie się wolnością…

Możliwości interpretacji tego filmu jest naprawdę mnóstwo i błędem byłoby odczytywanie tutaj wszystkiego dosłownie (dlatego nie ma co zastanawiać się dlaczego „cienie” nie cierpią z powodu niedoboru witaminy D i nie chorują na szkorbut). Przede wszystkim spodobała mi się energia najnowszej produkcji Peele’ego i jej zadziorna symbolika. Podczas seansu czułam się również dopieszczona muzycznie, chociażby ze względu na obecny we wstępie motyw etniczny, żarcik Fuck the police N.W.A i chwytliwe I got 5 LUNIZ. Nie mam nic do zarzucenia zdjęciom ani aktorom, zwłaszcza fenomenalnej w podwójnej roli Lupicie, która rozłożyła mnie na łopatki. Jedyne czego mogłabym się tutaj przyczepić, to zbyt bezpośrednie tłumaczenie widzowi tego, co autor miał na myśli, tak jakby reżyser bał się, że go nie zrozumiemy.

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2019 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com