Alicya w Krainie Słów

Czytanie rzeczy różnorodnych sprawia największą przyjemność


Drogę gu­bią ci, którzy oglądają się za siebie


Nigdy niekończąca się groza...


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


Przystanek Alaska

Natura, gdy chce przypomnieć człowiekowi, kto tutaj rządzi, wystawia przeciwko niemu wojowników budzących prawdziwą grozę. Z całą pewnością należą do nich niedźwiedzie. Rozjuszony grizzly, któremu cywilizacja weszła na odcisk, pozbawiając terytoriów i pożywienia, pojawił się w filmie z 2014 pt. Red Machine. Jakoś trudno nie zauważyć pewnej tendencji: te potężne i niebezpieczne, aczkolwiek urocze, ssaki w filmach zazwyczaj mają coś na kształt misji. Nie potrafimy ich sklasyfikować jako „po prostu krwiożercze bestie”, jak to czynimy w animal attack z udziałem np. rekinów i krokodyli, tylko dorabiamy do ich działań ideologię. Przypisujemy im więc zdolność logicznego myślenia (np. filmy Niedźwiedź i Zemsta niedźwiedzicy). Dzieje się tak pewnie dlatego, że bliżej nam do futerka niż łuski. Tym razem jednak, by nie prowokować widzów, którzy w zaprezentowanej konfrontacji raczej kibicowaliby kilkutonowemu zawodnikowi, a nie ludzkim bohaterom, twórcy filmu postanowili wykreować niedźwiedzia na kanibala-monstrum i pozbawić film drugiego dna.

 

W Red Machine z niedźwiedziem przyszło się zmierzyć kilku osobom. Ciągle wchodzą mu w drogę: Douglass, myśliwy z misją na emeryturze, dwóch skłóconych, ale kochających się braci: Rowan (ten z problemami) i Beckett (stróż prawa), Kaley lekarka z przebitą na wylot przez gałąź nogą i głuchoniema ekolożka Michelle. Czy w tym oszałamiającym różnorodnością składzie mieli tak naprawdę jakiekolwiek szanse w starciu z maszyną do zabijania? Niestety według scenarzystów tak i to mimo faktu, że niedźwiedź z którym przyszło im się zmierzyć był inteligentną, sprytną bestią, z lubością atakującą wszystko co się rusza, a dwunożne jedzenie wpisał nawet na stałe w swoje menu.

 

Fabuła filmu, jak się po tej charakterystyce domyślacie, nie jest zbytnio skomplikowana. Rowan (James Marsden) odsiedział swoje za zabójstwo – oczywiście był niewinny – i wrócił do rodzinnego miasteczka, by szukać zaginionego przyjaciela. Szybko napytał sobie biedy i musiał się spotkać z miejscowym policjantem, czyli swoim bratem (Thomas Jane). Stosunki między braćmi okazały się raczej napięte, ale w obliczu niebezpieczeństwa zjednoczyli jednak szybko siły. Pech chciał, że w tym samym czasie znaleźli się w lesie terroryzowanym przez ogromną bestię i musieli przedostać się przez niedźwiedzi labirynt.

 

Po seansie miałam niestety wrażenie, że to co przed chwilką obejrzałam to nie horror ani thriller, tylko kino familijne i to mimo faktu, że ofiary rozszarpuje na kawałki potężny niedźwiedź. Obraz, cokolwiek by nie mówić, ma fragmenty dosyć brutalne – takie mignięcia, mgnienia, chwile. Jest ich jednak zdecydowanie za mało byśmy się dali wciągnąć do mrocznego świata lęku. Od początku wiemy, że głównym bohaterom nic się nie stanie, napięcie wywołane mocnym początkiem, ulatnia się więc z prędkością światła. Czwórka szczęśliwców dotrwa do końca, a dla mnie to już tłok i zbyt słodki happy end. Dramatyzm, który mieliśmy odczuć patrząc na śmierć pobocznych bohaterów nie jest przez nas odczuwany. Zwłaszcza, że postacie te mają „coś” na sumieniu, nie są tak krystaliczne, jak główni bohaterowie. Zgodnie więc z bajkową logiką – nie mieli szans na rehabilitację i musieli zginąć. Cały obraz psują również pewne nielogiczności. Najbardziej chyba razi pani biolog, która jako osoba głuchoniema, znika na całe dnie w lesie pełnym grizzly i nie ma nawet aparatu słuchowego, a  także wytrawny myśliwy, który czai się na monstrum w towarzystwie konia… 

 

Reżyser David Hackl ma na razie swoim koncie Piłę V, nie ma się więc czym za bardzo pochwalić. Aż dziw bierze, że na Red Machine dostał aż taki budżet i udało mu się dobrać niezłą obsadę. Może nie jest to czołówka aktorska Hollywood (Adrien Brody zrezygnował z roli), ale i tak się spisali. Najbardziej – poza misiem oczywiście – w swojej roli ekscentrycznego myśliwego Douglassa, odnalazł się Billy Bob Thornon. Na szczęście pomimo sporych funduszy, reżyser nie przesadził z komputerowo wygenerowanym grizzly. Kilka scen CGI się pojawia, jednak głównie w roli niedźwiedzia występuje – jak przystało – niedźwiedź. I to nie byle jaki, bo sam Bart, syn Barta Seniora znanego m.in. filmu Lekcji przetrwania i Niedokończonego życia. W scenach prezentujących zapasy z niedźwiedziem wyraźnie widać pewien schemat działania. Treser biorący w nich udział (bo przecież nie żaden aktor) jest według mnie cichym bohaterem tego filmu. Jego odwaga i talent dogadywania się ze zwierzęciem jest godna podziwu. Niedźwiedź, nie ważne jak oswojony, zawsze pozostaje niebezpieczny. To, co urzekło mnie w tej produkcji od pierwszych sekund i utrzymało mnie w zachwycie przez calutki seans, to przepiękne ujęcia gór i leśnych ostępów. Wybór miejsca kręcenia filmu okazał się więc niesamowicie trafny, a padło na Vancouver w Kanadzie.

 

Film nie należy do najgorszych, jednak jeśli ktoś spodziewa się konkretnego, miażdżącego wizualnie animal attacku, to się zawiedzie.

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2018 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com