Alicya w Krainie Słów


Drogę gubią ci, którzy obracają się za siebie


Koniec nie nadejdzie


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


Oby mordercze pączki okazały się lepsze

Bywają takie filmy, których obejrzenie kosztuje nas tyle, że pisanie o nich wymaga nadludzkiego wysiłku. W temacie „złych produkcji” w tym tygodniu (może nawet miesiącu) doszłam już do ściany. Marsjańska ziemia mnie dobiła – ani to śmieszne, ani ciekawe, ani… cokolwiek. Taki mega nudny gniot podczas oglądania którego kilkakrotnie zapadłam w śpiączkę. Podobno film miał być mockbusterem Marsjanina – no bez jaj! Nawet Asylum, stać przecież na więcej!

Akcja filmu rozgrywa się w przyszłości. Gdy już wykończyliśmy Ziemię, to przenieśliśmy się ze swoimi destrukcyjnymi zdolnościami na Marsa. Najwyraźniej niewiele nas nauczyła pierwsza planetarna porażka i na kolejnym globie również szybko podgrzaliśmy atmosferę, wywołując niszczącą wszystko wulkaniczną burzę piaskową (czy jakoś tak). Filmów nie ogląda się po to by uczyć się fizyki, zauroczony obrazem widz w większości przypadków nie rejestruje błędów w produkcjach, ale nie oszukujmy się, w przypadku kiepskich filmów ich bzdurność jest jedynym na czym skupia się uwagę. Podczas seansu myślałam więc tylko o tym, że marsjańska atmosfera jest (tak plus minus) dwieście razy rzadsza od ziemskiej, więc nawet gdy na czerwonej plancie mocno wieje, niewiele ma to wspólnego z niszczycielskim żywiołem. Wbrew temu oglądana przez nas burza – o dziwo – gna jak szalona, przewraca metalowe konstrukcje i niszczy kopuły, które chronią nowe ludzkie miasta. Może po prostu planeta widząc, co stało się z jej niebieską sąsiadką tak bardzo chce pozbyć się ludzkich pasożytów, że aż łamie rządzące nią prawa? W sumie kosmos jest nieodgadnionym miejscem, więc dlaczego by nie.

Zresztą najwyraźniej kosmos pozostaje miejscem nieodgadnionym do tego stopnia, że tak naprawdę niewiele trzeba by go zawojować. A już na pewno niewiele trzeba do skolonizowania Marsa. Wyobraźcie sobie, że każdy z nas jest w stanie tego dokonać! Kojarzycie siedzonka z samochodzików i helikopterków dla dzieci „straszące” na marketowych pasażach? Obok plastikowych guziczków i drążków oraz parcianych pasów bezpieczeństwa, to totalne must have do budowy statku kosmicznego. Należy także zainwestować w maskę spawalniczą (jakoś trzeba przecież oddychać!), kilka sznurków, ochraniacze na kolana i łokcie oraz – najdroższy element – strój płetwonurka z second handu. Ten krótki opis wystarczy by zrozumieć, jak niski budżet miała omawiana produkcja… Większość przedmiotów nawet nie próbuje tutaj udawać, że jest czymś innym niż jest.

Główni bohaterowie zmagający się z czerwoną planetą, to członkowie dosyć nietypowej rodzinki. Miranda (Jennifer Dorogi) jest szychą, jej eks-mąż Foster to supernaukowiec, a ich córka Ellie (Arianna Afsar) utknęła w marsjańskim bunkrze. Foster wraz z obecnym mężem Mirandy – istna opera mydlana – lecą na ratunek uwięzionej dziewczynie. Panowie nawet się podczas wyprawy polubili, ale prawa rządzące takimi filmami są nieubłagane – do domu wróci tylko jeden z nich. Co ciekawe cudem ocalona przed piaskową burzą latorośl, informuje ojca, że kocha inaczej i przedstawia mu także swoją życiową partnerkę Idę (Chloe Farnworth). Jednym słowem: nowa planeta, nowy początek i nowe horyzonty. Nie byłoby to wcale zła idea, gdyby ktoś nie przekombinował i nie próbował na siłę robić z tych wątków czegoś zabawnego. W efekcie od całego filmu i zawartego w nim przesłania o przyszłości ludzkości, więcej głębi ma ulotka środka czyszczącego. Czytanie jej dostarcza nam zresztą nawet więcej rozrywki…

Oczywiście nie obyło się także bez tandetnych, wygenerowanych komputerowo scen. Nie są one jednak tak tragicznie, jak absolutnie żenująca gra „aktorów”. Większość pojawiających się na ekranie osób, myślami jest zupełnie gdzie indziej. Uciekając przed śmiercią, serwują nam miny z cyklu: „czy na pewno wyłączyłam żelazko?”, gdy jednak ktoś poinformuje ich, że za chwilę będzie zbliżenie i muszą się wykazać, paraliżują nas nadmierną i nietrafioną ekspresją. Niekwestionowanym drewno – masterem okazał się Foster (Lane Townsend), który konając pozostaje niewzruszony niczym skała – zero jakiejkolwiek emocji. Podczas gdy się dusił nie drgnął mu nawet mięsień! Sam Terminator mógłby mu pozazdrościć opanowania. Jedyne po czym możemy poznać, że brakuje mu tlenu, to nieudolnie podłożony dźwięk – świszczący oddech.

Lubię kino klasy Z za jego absurdalność. W tej konkretnej produkcji nie odnalazłam jednak niczego poza śmiertelną dawką nudy. Zdecydowanie trzymajcie się od tego czegoś z daleka. Po cichu liczę na to, że Scott Wheeler bardziej wykaże się jako reżyser zapowiadanej na ten rok produkcji o intrygującym każdego pączkowego łasucha tytule: Attack of Killer Donuts. Trzymam kciuki!

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2021 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com