Alicya w Krainie Słów


Drogę gubią ci, którzy obracają się za siebie


Koniec nie nadejdzie


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


Sanatorium, przyjeżdżasz tutaj na własną odpowiedzialność

Opuścicie Tranquillum House szczęśliwsi, zdrowsi, lżejsi i wyzwoleni.

Przyznaję, byłam nastawiona sceptycznie. Myślałam, że Dziewięcioro nieznajomych będzie plażowym czytadłem jakich wydaje się teraz (zbyt) wiele, że będę zniesmaczona pustakowatymi i niewiarygodnymi postaciami oraz kiepską i przewidywalną fabułą. A tutaj proszę, miłe zaskoczenie! Chociaż powieść Liane Moriarty trudno nazwać thrillerem i z pewnością nie jest ona jakimś literackim odkryciem ani fenomenem, to muszę przyznać, że spędziłam z nią bardzo przyjemnie czas i nie miałam ochoty ciskać nią po kątach podczas lektury.

Nie bez dozy humoru –  która doskonale rozładowuje dramatyzm sytuacji, w jakich znajdują się kolejni bohaterowie – autorka opisuje trapiące gości sanatorium życiowe problemy, komponując przy tym nieskomplikowaną, ale dzięki swej prostocie, ciekawą intrygę. Do pewnego momentu, a mianowicie do trzechsetnej strony, czytałam książkę przekonana, że to co zostało zamieszczone w blurbie: Jedno miejsce, dziewięcioro nieznajomych i dziesięć dni, które zmienią wszystko, wyczerpuje temat i naprawdę nie ma w tej powieści niczego więcej. Potem nastąpił jednak mały, zaskakujący przełom… Ale po kolei.

Na samym początku, w drodze ku przemianie, czyli podczas podróży do nietypowego sanatorium, poznajemy Frances, którą możemy traktować jako główniejszą z postaci, bo chociaż wszyscy zabierają tutaj głos, to ona „mówi” zdecydowanie najwięcej i najczęściej. Z całą pewnością nie jest to najlepszy okres w jej życiu. Wydawnictwo odrzuciło jej najnowszą książkę, ponieważ jej niegdyś bestselerowym romansom brakuje już tego czegoś, co zapewniłoby ich sprzedaż, na dokładkę jest podwójną, samotną rozwódką, która dopiero co dała się podejść oszustowi matrymonialnemu i, jakby tego było mało, męczy ją wyjątkowo upierdliwa menopauza. Zachęcona przez koleżankę wybiera się do owianego tajemnicą sanatorium Tranquillum House na dziesięciodniowy turnus odnowy i oczyszczenia. Na miejscu spotyka osiem innym poturbowanych przez życie osób: pozornie wyluzowanego i zdystansowanego prawnika geja, młodą parę milionerów stojących u progu rozwodu, świeżo upieczoną rozwódkę z ogromnymi kompleksami, nieco nadmiernie zaokrąglonego byłego sportowca tęskniącego za psem i rodzinę zmagającą się ze śmiercią syna. Wraz z resztą kuracjuszy musi poddać się serii uciążliwych „zabiegów” i przestrzegać męczących reguł, np. oddać urządzenia cyfrowe, nie tylko zrezygnować z kawy i słodyczy, ale nawet głodować, milczeć przez 5 dni, unikać kontaktu wzrokowego, a także poddawać się nocnym, nieoczekiwanym medytacjom. Każdy reaguje na te rewelacje w sobie charakterystyczny sposób (mniej lub bardziej potulnie), w połowie turnusu okazuje się jednak, że apodyktyczna Masza, dyrektorka przybytku, przygotowała dla swoich gości o jedną niespodziewaną „atrakcję” za dużo. Uważając samą siebie za nieomylne guru (zapachniało sztampą a’la „ci podli Rosjanie”), nie wzięła pod uwagę faktu, że nikt nie lubi, gdy się na nim bez wyraźniej zgody eksperymentuje i to w tak oburzający sposób!

O czym już wspominałam, powieść ma dosyć specyficzną konstrukcję. Można spokojnie uznać, że przez pierwsze trzysta stron „nic się konkretnego nie dzieje”. Wydarzenia w Tranquillum House, które ograniczają się do posiłków, medytacji, pływania w basenie, masaży i łamania reguł przy każdej możliwej okazji, stanowią tylko tło dla tego co najistotniejsze, a mianowicie poznawania bohaterów. Dzięki wielogłosowej narracji (nie ma tutaj jednak miejsca na indywidualizację języka, wszyscy mówią „jednym” głosem) odkrywają się przed nami ich sekrety, dowiadujemy się, co sprawiło, że mają kłopoty emocjonalne, czują się zagubieni i pragną odmiany. W tej kwestii jednak, również nie dzieje się nic odkrywczego. Każdy w pewnym sensie zastawił w swoim życiu sam na siebie pułapkę, która ma swój początek w przemilczeniu, kłamstewku lub poczuciu winy. Aż chciałoby się rzec: nihil novi i zapytać o co tyle z tą powieścią szumu. I kiedy tracąc już nadzieję, wciąż czekamy aż, któryś z kuracjuszy wypuści w końcu swojego trupa z szafy, okaże się seryjnym mordercą, albo odkryje naprawdę mroczną tajemnicę, na jaw wychodzi pewien brudny sekrecik i przez moment odczuwamy wraz z bohaterami niepokój i napięcie. Po tym nieprzyjemnym przełomie, znów wracamy do pewnej stagnacji fabularnej, nadal głównie poznajemy myśli i obawy bohaterów, którzy tym razem stają w obliczu nieoczekiwanego wyzwania. Ciąg dalszy historii toczy się więc dokładnie w takim samym rytmie, jak jej początek.

Nie trudno się domyślić, że głównym atutem tak skonstruowanej powieści są jej postacie, które naprawdę dało się polubić (oprócz Maszy) i muszę przyznać, że z każdą w pewnym stopniu potrafiłam się utożsamiać (poza Maszą), wejść w jej emocje i mocno jej kibicować (nie, Maszy nie). Moriarty korzystając z faktu, że oddała każdemu z dwunastu bohaterów głos (do naszej dziewiątki trzeba dodać bowiem Maszę i dwójkę jej asystentów), sprytnie przedstawiła nam mechanizm z pomocą którego oceniamy innych. Wystarczy jedno spojrzenie by wrzucić obcego do szufladki i przypiąć mu łatkę: seryjnego mordercy, neurotycznej intelektualistki, furiatki, zakochanego w sobie pięknisia lub niedojdy. Dopiero poznając się bliżej kuracjusze zmieniają swoje osądy, a nawet zaczynają się wzajemnie lubić i szanować. Ich reakcje potwierdzają tylko starą prawdę, że chociaż wszyscy wiemy, że nie ocenia się książki po okładce, to i tak wszyscy odruchowo to robimy. No cóż, natury nie da się oszukać.

Oprócz postaci na plus warto wyróżnić tutaj także nienachalny i wyważony humor. Przypuszczam, że bez niego lektura nie wydawałaby mi się już aż tak urocza lecz raczej nudnawa i męcząca. Podsumowując, Dziewięcioro nieznajomych, to trochę historia o tym, że nie da się zapomnieć ani o przeszłości, która zapuściła w nas swoje korzenie, ani o kłamstwach, które jak złe duchy mącą w naszym życiu, że rozwiązanie naszych problemów tkwi w naszych prywatnych, klaustrofobicznych światach i, że nigdy nie jest za późno na nowy początek, jeśli znajdziemy do nich klucz. Jeśli więc szukacie powieści z wartką akcją i skomplikowaną intrygą albo thrillera, to nie jest to lektura dla was. Autorka głównie prześwietla tutaj serca i umysły swoich bohaterów, „umilając” im czas pobytem w sanatorium.

Długich dni i zaczytanych nocy.
Podążajcie za Atramentowym Królikiem!

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2019 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com