Alicya w Krainie Słów


Drogę gubią ci, którzy obracają się za siebie


Koniec nie nadejdzie


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


Obsesje

Czasami odczuwam nieokiełznaną, wewnętrzną potrzebę, żeby wyjść poza strefę komfortu i przeczytać coś zupełnie nie w moim stylu. Cóż nadawałoby się do tego lepiej niż powieść o tytule: Miłość i inne obsesje?

Wyobraź sobie, że jakiś czas temu stuknęła ci trzydziestka i masz już za sobą kilka nieudanych związków. Jesteś hipnoterapeutką więc sporo potrafisz przepracować i poukładać sobie w głowie, jednak mimo to i tak bardzo (ale to bardzo) chcesz, żeby w końcu ktoś cię pokochał. I to tak na poważnie! Nic więc dziwnego, że gdy facet, którym jesteś żywo zainteresowana, na randce z grobową miną stwierdza, że ma ci coś ważnego do powiedzenia, po czym znika na nieprzyzwoicie długi czas w WC, dosłownie i w przenośni toniesz w potoku myśli. Oczywiście tłumaczysz sobie, że to nie może być przecież nic takiego, ale równolegle zaczynasz podejrzewać, że coś jest z tobą grubo „nie tak”. Ulga, którą odczuwasz, gdy wraca (juuuuhuuuu!! Nie uciekł!!) i okazuje się, że chodzi TYLKO o jego eks, która go PRZEŚLADUJE i NĘKA, jest przeogromna. Uf! Ze stalkerką przecież sobie jakoś poradzisz, najważniejsze, że mu się podobasz!

No i się zaczyna. Na początku Ellen i Patricka ogarnia ekscytacja i euforia. Wiadomo: jedzą sobie z dzióbków, przedstawiają sobie swoich najbliższych i przymykają – z grubsza – oko na swoje wady. Jako, że są już w pewnym wieku, to spoglądają także na partnera przez pryzmat własnego bagażu doświadczeń i tutaj zaczynają się schody. Każdy z nas wie, że samo w sobie nie jest to łatwe. A jest jeszcze trudniej, gdy na ten powstający powoli kruchy konstrukt, cień rzuca ktoś trzeci. Ktoś na tyle bezczelny by pod fałszywym nazwiskiem zapisać się na sesje z Ellen. I w tym momencie Moriarty mnie zaskoczyła. Myślałam, że fabuła będzie się głównie kręciła wokół tego właśnie motywu, że nasza bohaterka nie będzie świadoma faktu, że jest wciąż sondowana, a my jako czytelnicy będziemy, poznając je coraz lepiej, spośród klientek typować, która to ta nieobliczalna i szurnięta Sasika. Pisarka postanowiła nas jednak zaskoczyć i nie wybrała tej, w sumie jakże oczywistej, drogi. Czy powieść na  tym zyskała, musicie ocenić sami, bo absolutnie nie mam zamiaru zdradzać wam szczegółów, żeby nie odbierać wam przyjemności z lektury.

Zacznę od tej mniej przyjemnej strony, czyli od tego co mi się nie spodobało. Minus przede wszystkim za Patricka! Nie przypadł mi do gustu, mimo ogromnych chęci nie potrafiłam się do niego przekonać. Bez względu na to, jakich zapewnień by nie wygłaszał, mnie wciąż jawił się jako mdły i „śliski” typ. Chciałam, żeby Ellen też to zauważyła (bo ją akurat polubiłam). Zabrakło mi również w tej powieści mroku i mocniejszego „szarpnięcia”. Wciąż oczekiwałam, że coś się wydarzy, coś co wyjątkowo mocno zatrząśnie życiem bohaterów (blurb przecież krzyczy do czytelnika czerwonym napisem: Do czego zdolny jest człowiek, któremu zabrano jego życie?). Płynęłam więc z tekstem i płynęłam. Ale okazało się, że tak jak i w życiu 99% rzeczy, których się obawiamy i na które czekamy, nigdy się nie wydarza… A czekanie podczas lektury niestety mnie tym razem zmęczyło.

Na plus zaliczyłabym na pewno to, że: przynajmniej do pewnego momentu, trudno było mi się nie identyfikować z główną bohaterką i tę włożoną między wersy prawdę, że zawsze nadchodzi w związku taki moment, w którym między dwojgiem ludzi zaczynają latać talerze. Trzeba również przyznać, że Moriarty to naprawdę dobra obserwatorka, która potrafi w zgrabny sposób ubrać w słowa nasze uczucia: niepokój, wątpliwości, obawy i pragnienia. Jej opowieść może nie wnosi niczego nowego w nasze pojmowanie świata, ale za to w ładny, przystępny sposób opowiada nam po prostu o tym, czego często doświadczamy. Dodaje nam również otuchy. I nie chodzi mi wcale o banały typu: „wątpliwości to nic złego, każdy ma prawo się pogubić, bo życie to nie harlequin”, „każdy sobie kogoś w końcu znajdzie”, tylko o to, że w ludziach nie ma aż tyle zła, ile sądzimy, że jest. Wielu z nas da się przy odrobinie chęci „naprawić”. To trochę bajkowe, ale działa. Pozwala nam bowiem schować się przed wrogim światem, w bezpiecznej bańce.

Początkowo książka okazała się bardzo przyjemną odskocznią, bo z pewnością nie można nazwać jej przelukrowanym romansem,  im bliżej końca, tym bardziej mnie już jednak nużyła. Oczekiwałam po niej większego – jakiegokolwiek! – pazura. Zamiast tego dostałam ugrzeczniony dramatyzm, oraz zdecydowanie za dużo miłości, a za mało obsesji. Powieść ma naprawdę dobre momenty, ale całokształt niestety, bez efektu „wow”.

Moim skromnym zdaniem Miłość i inne obsesje jest słabsza od Dziewięciorga nieznajomych i zakwalifikowałabym ją do grupy książek: „czytadełko na jeden raz”. Tym razem bowiem, czar Moriarty prysł zbyt szybko.

Długich dni i zaczytanych nocy.
Podążajcie za Atramentowym Królikiem!

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2020 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com