Alicya w Krainie Słów


Drogę gubią ci, którzy obracają się za siebie


Koniec nie nadejdzie


HIT lub KIT, czyli film tygodnia


Polecamy


Czytam, bo lubię grozę


Ludzie niby ci sami, ale planeta jakby inna

A gdyby rzucić to wszystko w pierony i wyjechać na wyspę Spitsbergen? Może nie zachęca do tego lodowate Morze Arktyczne, górzysta powierzchnia pokryta lodowcami, doprowadzająca do obłędu polarna noc i wcale nie delikatniejszy od niej polarny dzień, ale przecież do wszystkiego da się przyzwyczaić. Skoro niedźwiedzie polarne, renifery i lisy potrafią tam przetrwać, to i człowiek sobie poradzi. W końcu inteligentne z nas bestie, prawda?

Okazuje się, że wiele osób wpada na podobny pomysł. Wyspa przyciąga ludzi jak magnes. Uciekających przed przeszłością życiowych rozbitków, naukowców, żądnych przygód ryzykantów, i tych którzy po prostu mają dosyć przedstawicieli własnego gatunku i chcieliby od ich obecności odpocząć. Ilona Wiśniewska przytaczając historie kolejnych mieszkańców wyspy próbuje dociec, co nimi kierowało i dlaczego wybrali właśnie ten kierunek. Świat Spitsbergen jest przecież zupełnie różny od tego do którego jesteśmy przyzwyczajeni: panuje tutaj wieczne zimno, dzikie zwierzęta stanowią realne zagrożenie, a życie toczy się swoim niepowtarzalnym rytmem. By przetrwać trzeba nie tylko być silnym, odważnym i hardym, przede wszystkim trzeba mieć mnóstwo pokory i wyobraźni. Wyspa na której mieszka więcej niedźwiedzi niż ludzi rządzi się bowiem swoimi prawami. Nie można się na niej urodzić ani zostać pochowanym, prawo zabrania (niestety) trzymania tu kotów (za to zwykła mucha może stać się cennym towarzyszem rozpraszającym samotność). Trzeba czasami zabić: białego misia w samoobronie, renifera lub fokę dla mięsa, a lisa dla futra. Rytuał oprawiania upolowanej zwierzyny nie jest widokiem obcym nawet dla pięcioletniego dziecka. Wyspa Spitsbergen to takie dziwne, białe więzienie, w którym każdy może czuć się absolutnie wolny…

Białe, to nie tylko opowieść o harmonii panującej w małej społeczności lecz także podróż śladami historii. Mamy tu np. miasto widmo, które jako atrakcja turystyczna stało się symbolem tego, co człowiek potrafi robić najlepiej – zaśmiecania. Nasza przewodniczka zabiera nas także do Całorocznej Polskiej Stacji Polarnej Hornsund. Pozawala zaglądać nam do hytt (jakkolwiek to brzmi, są to domki letniskowe), które są w takim samym stopniu budynkami, jak i stanami umysłu tych, którzy w nich przebywają. Wraz z nią śledzimy rytuały, wypadki, nieszczęścia, sukcesy i chwile uniesień. Reporterka zbierając strzępki opowieści, rozmów i wspomnień roztacza przed czytelnikiem obraz świata, który zdaje się leżeć gdzieś poza czasem i z dala od ludzkich granic. W miejscu, w którym spowalnia nawet ciemność, nie jest ważne skąd kto pochodzi i jakiego koloru ma skórę, wobec natury wszyscy są równi.

Wiśniewska mówiła o Białym, że to „reportaż od środka”. Ta szczególna właściwość wynika z faktu, że nie pojechała na Spitsbergen by napisać książkę, lecz po to by tam żyć. Pracując spędziła na wyspie cztery lata, poznając tutejsze życie, zwyczaje i język. Przyzwyczaiła się do lichej jakości warzyw i kiepskiej opieki zdrowotnej (np. okulistka okazuje się ginekolożką), nigdy jednak nie zaakceptowała myślistwa. Zwłaszcza, gdy dla futer zabijali miastowi. Siła jej książki tkwi w tym, że nie próbuje nikomu wmówić, że mieszkać mogą tutaj tylko bohaterowie. Nie dodaje zbędnego patosu pracy i zwykłym codziennym czynnościom. W sposobie w jaki opowiada o wyspie czuć za to poetycką nostalgię, tęsknotę za pustką, przestrzenią i wolnością.

Reportaż Wiśniewskiej nie jest książką, którą można przeczytać jednym ciągiem. Podczas lektury niezbędne są przerwy. Nie tylko po to by, łagodząc przejmujący chłód norweskiej wyspy, przygotować sobie kubek ciepłej herbaty, czy schować się głębiej pod kocem. Mnogość historii i informacji połączonych celnymi spostrzeżeniami, potrzebuje czasu na to by „uleżeć” się w naszych głowach. To także czas w którym zastanawiamy się czy Spitsbergen to miejsce dla nas. Za czym byśmy tęsknili, a co zostawilibyśmy za sobą bez większego żalu. Jakie to uczucie, gdy po kilku miesiącach po raz pierwszy wschodzi słońce. Próbujemy sobie wyobrazić jak to jest przetrwać kilka „dni” polarnej nocy bez zegarka, gubiąc całkowicie znany sobie rytm, jakie to uczucie, gdy po kilku miesiącach znów widzi się pierwsze promienie słońca. Czy starczyłoby nam odwagi? Czy też pokochalibyśmy tę wszechobecną biel?

Długich dni i zaczytanych nocy
Podążajcie za Atramentowym Królikiem!

Zobacz również:

COPYRIGHT © 2024 ALICYA.PL

STRONY INTERNETOWE I REKLAMA:Distort Studioswww.distortstudios.com